Ten tekst jest nie w obronie psychologii, ale w obronie sensu, jaki niesie próba zrozumienia człowieka.
Jakiś czas temu na koncie skupiającym ludzi ciekawych świata, rozwoju i zjawisk społecznych, pojawił się wpis, który po interwencji innych szybko zniknął. Mnie jednak poruszył do żywego. W telegraficznym skrócie był to gorzki komentarz o współczesnej psychologii i kulturze terapii. Autorki sugerowały, że psychologia rozgościła się na salonach i zamiast pomagać, coraz częściej staje się modą, napędza własny ruch i karmi złudzenie rozwoju.
Czy się z tym nie zgadzam? Ależ oczywiście, że się nie zgadzam. Pisałam o tym zresztą w Prestiżu (maj 2023), gdzie krytykowałam pop psychologię i cały rynek szybkich recept na szczęście. Nadal uważam, że szerzenie psycho bzdur powinno być karalne, tak jak szerzenie głupot w medycynie. Ale co innego krytyka, a co innego generalizowanie wszystkiego, co psychologiczne. Na to się nie godzę.
Dlaczego tak łatwo przychodzi nam drwić z dziedziny nauki? Tak, psychologia to właśnie dziedzina nauki, która z założenia bada ludzkie zachowania i poszukuje sposobów, by je lepiej rozumieć i wspierać.
Nie wiem, czy jest coś bardziej poruszającego niż zderzenie się ze sobą w procesie terapeutycznym. Jako psychoterapeutka w trakcie szkolenia nieraz zastanawiałam się, dlaczego w programie obejmującym niemal 1700 godzin aż 250 przeznaczono na rozwój własny terapeuty. Po blisko 130 godzinach terapii własnej i kilku treningach intrapsychicznych oraz interpersonalnych stwierdzam, że urodzenie moich dwóch synów to była przy tym betka.
Kiedy opadają kurtyny wszystkich wypracowanych mechanizmów funkcjonowania, stajesz twarzą w twarz ze swoim „ja”, konfrontując się z tym, co ci służy, a co już nie. Podejmujesz najtrudniejszą decyzję w życiu – decyzję o zmianie. Świadomie wybierasz, w którą stronę pójdziesz. I to jest właśnie historia o odwadze – o odwadze wyboru i podejmowania decyzji zgodnych ze swoim wewnętrznym głosem.
Więc pytam: skąd ta drwina? Tudzież skąd się wziął ten tłusty kot?
Drwina ma w sobie coś z panicznego śmiechu. Kiedy coś dotyka nas zbyt głęboko, kiedy czujemy się bezradni wobec własnych emocji, łatwiej zamienić to w żart. Śmiech i ironia pozwalają zdystansować się od tego, co boli, zanim zdążymy się temu przyjrzeć. Kultura cynizmu, w której tak często żyjemy, daje złudne poczucie wyższości. Drwiąc, można poczuć się mądrzejszym, bardziej stabilnym, „poza tym wszystkim”. Ale to poczucie mocy trwa krótko, bo pod spodem wciąż zostaje to samo: niepewność, strach, czasem wstyd.
Drwina to często obrona przed bliskością – przed tym, że język psychologii dotyka miejsc, które wolelibyśmy zostawić nietknięte. Bo jeśli dopuszczę, że te słowa mają sens, to może będę musiała przyznać, że coś we mnie wymaga uwagi. Niezliczoną liczbę razy obserwowałam trud psychoterapii. Samo nazwanie czegoś, co boli, bywa już aktem odwagi.
Język psychologii – próba uchwycenia niewyrażalnego
Język psychologii bywa nieporadny. Czasem zbyt miękki, czasem patetyczny, a niekiedy brzmi jak nieudolna próba ubrania w słowa czegoś, co wymyka się racjonalnemu opisowi. Ale właśnie dlatego jest potrzebny. Bo dotyka obszarów, których nie da się wyrazić chłodnym językiem faktów.
Język nauki opisuje to, co można zmierzyć i powtórzyć. Język psychologii próbuje natomiast uchwycić to, co ulotne – wewnętrzne doświadczenie, emocję, napięcie między tym, kim chcemy być, a tym, kim jesteśmy naprawdę. To język, który nie operuje dowodami, tylko znaczeniami.
Dla wielu ludzi to pierwszy sposób, by spróbować nazwać coś, co długo pozostawało nienazwane. Wstyd, złość, lęk, tęsknota – dopiero wypowiedziane zaczynają istnieć w sposób, który daje szansę na zrozumienie. Dlatego psychologia potrzebuje swojego języka, nawet jeśli nie jest on idealny. Bo milczenie w sprawach emocji zawsze bywa bardziej niebezpieczne niż ich nieporadne nazwanie.
Dlatego tak często zdarza się, że decyzja o rozpoczęciu terapii jest trudna. Choć jest nam źle, choć czujemy ciężar depresji, sam trud zmiany bywa przerażający. Z tego powodu najpierw chodzimy od lekarza do lekarza, szukamy psychologa, psychoterapeuty, słuchamy, co mówią inni, zmieniamy, próbujemy. Bo na końcu zawsze jest człowiek. A człowiek, poza ciałem, ma w sobie także niekwestionowany wymiar, który można nazwać duszą – rozumianą jako świat doświadczeń, emocji i przeżyć.
Z tego powodu każde słowo, które wypowiadamy o psychologii, o terapii, o ludzkim bólu, ma znaczenie. Bo jednym zdaniem można komuś dodać odwagi, a innym odebrać nadzieję. Kiedy w przestrzeni publicznej pojawia się ironia, lekceważenie czy pogarda wobec języka psychologii, coś w ludziach cichnie. Z każdym takim komentarzem ktoś, gdzieś, utwierdza się w przekonaniu, że lepiej nie mówić o tym, co boli.
Ironia z pozoru tylko bawi, ale w rzeczywistości buduje mur.
Zniechęca do proszenia o pomoc, utrwala wstyd i przekonanie, że „nie wolno mi czuć za dużo”. Że słabość trzeba schować, a emocje mają być opanowane, logiczne i kontrolowane. Tymczasem człowiek nie jest tylko rozumem. Jest również emocją, historią, przeżyciem.
Brak uważności na słowa to nie tylko kwestia stylu wypowiedzi, ale odpowiedzialności społecznej. Słowa tworzą klimat, w którym albo łatwiej mówić o cierpieniu, albo trudniej.
W przestrzeni publicznej tak ważne jest podkreślanie, a nie podważanie znaczenia terapii. Trzeba pamiętać, że czasami wizyta u psychologa jest wizytą ostatniej szansy – przed. I o tym „przed” należy pamiętać. Przed to są wszystkie te trudne decyzje, których konsekwencje zostają z nami niekiedy na zawsze. Przed to rozstanie, porzucenie, odebranie. Czasem to właśnie ta jedna wizyta, ten jeden moment, zmienia wszystko.
Kiedy kończymy proces terapeutyczny, często słyszę: „Dzięki pani to, dzięki pani tamto…”. Zawsze wtedy koryguję: „Dzięki sobie, swojej pracy, swojej chęci do zmiany”. Bo terapia to nie fancy gabinet ani cool terapeuta. Terapia, jeśli ma być skuteczna, powinna być oparta na dowodach naukowych. Nie mamy jako psycholodzy i psychoterapeuci magicznej różdżki, która zmienia wszystko. Mamy wiedzę, doświadczenie i umiejętności nabyte w procesie kształcenia. I może jeszcze ten mały, niemierzalny czynnik WOO (Winning Others Over), opisany w talentach Gallupa jako umiejętność nawiązywania kontaktu. Cokolwiek to znaczy, bo w każdej modalności terapeutycznej oznacza coś innego. I to jest chyba jedyna niemierzalna cecha każdego terapeuty.
Więc gdzie jest ten tłusty kot iluzji?
Moja dawna nauczycielka angielskiego miała kota. Był wyraźnie otyły, a otyłość jest chorobą. Zadziwiał swoją wielkością. Wyglądał jak połączenie piłki tenisowej z lekarską. Czy to wystarczyło, żeby się z niego śmiać? Musiał się okrutnie męczyć, kiedy schodził po schodach. Czasami na drugie piętro szedł całą sześćdziesięciominutową lekcję. Odpoczywał co schodek, widać było jego trud. I tu nie było iluzji. Tu były fakty.
Łatwo kpić z czegoś, czego się nie rozumie. Psychologia nie jest „tłustym kotem od iluzji”, tylko próbą pomocy ludziom, którzy naprawdę cierpią. Samorozwój nie zawsze jest modą – czasem jest desperackim szukaniem sensu, gdy „weź się w garść” już nie działa. Mówienie, że to bełkot, to raczej wygodny sposób, żeby nie patrzeć na własne rany. Łatwo jest drwić z języka, który próbuje nazwać to, czego samemu jest nazwać trudno.
Bo może prawdziwy „tłusty kot iluzji” nie siedzi w psychologii, ale w naszej potrzebie prostych odpowiedzi. W przekonaniu, że można żyć, nie dotykając własnego bólu. W wierze, że wystarczy się śmiać, żeby nie czuć.
Sylwia Hille-Jarząbek
Psycholog, psychotraumatolog i psychoterapeutka, certyfikowana terapeutka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Łączy pracę kliniczną z rolą wykładowczyni akademickiej w Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Koszalinie. Przyjmuje w Poradni z Sercem (ul. Zwycięstwa 238, Koszalin).
Jej aktualne treści i praktyczne wskazówki dostępne są na profilu @psycholog.koszalin





















