W tym roku koszalińskie Liceum Plastyczne obchodzi jubileusz 50-lecia. Byłem jednym z pierwszych absolwentów tej szkoły, który zdał do niej w drugim roku jej istnienia i tamte pionierskie lata wspominam dziś jako jeden z najlepszych okresów w moim życiu.
Malownicy
Niezwykły był charakter szkoły, w której lekcje tzw. przedmiotów zawodowych, takich jak malarstwo, rzeźba, kompozycja, liternictwo i tkanina artystyczna były przyjemnością. Do dziś pamiętam pierwsze zajęcia, podczas których mieliśmy namalować martwą naturę składającą się z z porozwieszanych draperii, jakichś naczyń i starej zardzewiałej rury kanalizacyjnej, która stała się rekwizytem malarskim i pamiątką po permanentnie trwającym remoncie budynku. Malowałiśmy farbami plakatowymi na brystolach – farby olejne i płótna były gdzieś daleko poza horyzontem naszych ówczesnych umiejętności. Lekcje prowadził potężnej postury Marian Dąbrowski, nieco zapomniany dziś koszaliński artysta malarz, w latach 50. Wojewódzki Konserwator Zabytków, a w latach 70. kilkukrotny komisarz plenerów osieckich. Jedną z jego pierwszych rad dla nas było zalecenie, by nie używać czarnej farby. Stosuję tę zasadę do dziś.
Rzeźbę mieliśmy z założycielem szkoły i jej pierwszym dyrektorem, rzeźbiarzem i wieloletnim dyrektorem Ogniska Plastycznego Zbigniewem Szulcem oraz z Ryszardem Morozem, koszalińskim rzeźbiarzem, współautorem m.in. pomnika braterstwa broni, stojącego na koszalińskim cmentarzu oraz „Muzykantów” w pobliżu afiteatru.
W odróżnieniu od niewysokiego Zbigniewa Szulca, z racji wzrostu i szczupłości pan Moroz zwany był przez uczniów „Bocianem”. Jeżeli profesor Dąbrowski bywał obcesowy wobec „pacykowania” młodych adeptów sztuki, to profesor Moroz odznaczał się zawsze niebywałym spokojem i taktem przy ocenianiu tego, co wymodelowaliśmy w glinie. W późniejszych latach zastąpił go Piotr Maksymiuk, jeden z najspokojniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek dane mi było poznać. Jego zajęcia były formą relaksu po stresujących lekcjach matematyki, fizyki czy chemii. Budził powszechną sympatię, podobnie jak jego żona Bożena Maksymiuk, która uczyła nas historii sztuki.

Artyści
Przez szkołę przewinęło się wielu znakomitych koszalińskich artystów plastyków. Lekcje tkaniny artystycznej prowadziła pani Zofia Szreffel, wciąż aktywna i prezentująca swoje wysmakowane gobelinowe tkaniny na wystawach. Przez dwa lata mieliśmy z nią również lekcje malarstwa, po czym zastąpił ją dojeżdżający z Białogardu artysta malarz Kazimierz Rajkowski. Ominęły mnie, niestety, zajęcia z Bogdanem Niesiołowskim, którego malarstwo, jak sądzę, w znacznym stopniu wpłynęło na początki świadomej twórczości zmarłego w zeszłym roku Krzysztofa Rećko-Rapsy.
Nie mógłbym pominąć pani Bożeny Giedych, jeszcze do niedawna aktywnej artystki i współorganizatorki reaktywowanych plenerów osieckich, która prowadziła w mojej klasie zajęcia z rysunku technicznego. Uczyliśmy się na nich precyzji i dokładności w wymiarowaniu. Być może dlatego, że mąż pani Bożeny był architektem, na naszych lekcjach musieliśmy wyglądać podobnie jak w pracowni kreślarskiej, nosząc obowiązkowe białe fartuchy. W późniejszych latach pani Giedych prowadziła lekcje malarstwa, a podczas jednego z obowiązkowych szkolnych plenerów pod jej okiem wykonywaliśmy ponad dwumetrowej wysokości tkaniny z deficytowego wówczas sznurka do snopowiązałek. Lekcje związane z tkaniną prowadziła również inna koszalińska artystka: Renata Łaba; były to jednak bardziej patchworkowe aplikacje niż tradycyjne techniki tkackie. Nie miałem z nią zajęć.
Od drugiej klasy liceum doszedł nam nowy przedmiot: liternictwo. Prowadził je Bogusław Siwiński, nieżyjący już znakomity fotografik i praktyk, który przekazywał nam umiejętności dziś wyglądające całkowicie archaicznie i egzotycznie. Uczyliśmy się u niego ręcznego przygotowywania projektów do druku (dziś robi się to komputerowo), malowania szyldów farbami olejnymi na szybach za pomocą szablonów wykonywanych z pergaminu przyklejanego specjalnym roztworem żelatyny. Niektóre przekazywanie przez niego metody pracy dekoratora wyglądały tak, jakby pochodziły sprzed kilkuset lat, np. tzw. przeprócha polegająca na nakłuwaniu narysowanych na projekcie konturów i topowaniu w tych miejscach starą pończochą wypełnioną drobnym popiołem – pozwalało to przenieść rysunek z papieru na chropowatą powierzchnię. W czasach powszechnego niedoboru wszystkiego uczył nas również wykonywania samodzielnie cieniutkich retuszerskich pędzelków z włosia jakichś futrzastych zwierzaków, bo w sklepach można było dostać jedynie grube szczeciniaki. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że był też znakomitym racjonalizatorem i konstruktorem, który niczym Adam Słodowy (czy ktoś pamięta jego telewizyjne programy?) potrafił zbudować coś, czego zdobycie poprzez zakup było po prostu niemożliwe.

Z powodu dużego remontu szkoły, od 1979 roku lekcje liternictwa mieliśmy w budynku Ogniska Plastycznego. Tam też chodziliśmy, aby uczyć się techniki linorytu na zajęcia prowadzone przez zmarłego niedawno znakomitego artystę grafika Bolesława Gilewicza. Tematy były różne: martwe natury lub motywy koszalińskie, również ex librisy. Właśnie wystawą ekspresjonistycznych linorytów debiutował jako pierwszy z uczniów Marek Chmielewski, jeden z najzdolniejszych absolwentów pierwszego rocznika szkoły. Pozwolono mu je wyeksponować w kawiarni nieistniejącego już Biura Wystaw Artystycznych. Marka od kilku lat niestety również już nie ma…
Niewątpliwymi oryginałami byli zatrudnieni w szkole jako nauczyciele nuzealnicy: Jerzy Szwej z pasją i dowcipnie wykładał historię sztuki (szkolna kronika zanotowała jego wystąpienie na temat „O recepcji percepcji koncepcji w apektach sztuki”). Zaś dzięki znakomitemu konserwatorowi zabytków Zbigniewowi Drywie uczniowie poznawali tajniki technologii drewna, kultury rzymskiej i języka łacińskiego. Te dwa ostatnie przedmioty przydały się, gdy w pierwszy dzień wiosny, będący nieformalnym Dniem Wagarowicza, uczniowie wybrali się samodzielnie na Górę Chełmską wysyłając z pobliskiej poczty telegram do dyrekcji szkoły (nieistniejąca już dziś forma korespondencji) z sentencją Cycerona „O nomen dulce libertatis” („O słodkie imię wolności”).
W późniejszych latach przez szkołę przewinęła się prawdziwa plejada koszalińskich artystów, z którymi jednak nie miałem do czynienia jako uczeń. Niemniej słyszałem mnóstwo pozytywnych opinii o lekcjach prowadzonych przez Elżbietę Kalinowską-Motkowicz, Marię Kozłowską-Panek, znakomitym architekcie wnętrz Antonim Surmanie i Adamie Grzędzie. Dziś nauczycielami są tam moi rówieśnicy i młodsi, również absolwenci tej szkoły, a wśród uczniów i uczennic dzieci moich szkolnych znajomych.

Nauczyciele
Wspominając ich wszystkich, nie mogę pominąć tych, którzy prowadzili z nami lekcje „tradycyjnych” przedmiotów ogólnych. Nasza wychowawczyni, pani Henryka Banaszek, była matematyczką. Mimo, że akurat ten przedmiot był moją piętą achillesową, jakoś udało się jej spowodować, że nie oblałem matury (był to wówczas przedmiot obowiązkowy). Podobnie zapamiętałem nauczycielkę historii Krystynę Milewską, którą wszyscy nazywali „babcią”, Trudno mi dziś powiedzieć, ile miała lat, ale była dla wszystkich pełna prawdziwie babcinej wyrozumiałości, rozumiejąc, że artystycznym duszom trzeba czasem wybaczyć więcej.
Języka rosyjskiego (w tamtym czasie był to przedmiot obowiązkowy) uczył nas pan Kołesar, z pochodzenia Ukrainiec. Być może dlatego na jego lekcjach dość łatwo było wciągnąć go w absurdalne dyskusje: wystarczyło zapytać „po co właściwie musimy uczyć się języka radzieckiego”, by wysłuchać wykładu, na czym polega różnica między słowem „radziecki” i „rosyjski”. Byle do dzwonka. I choć w praktyce znajomość tego języka nigdy mi się do niczego nie przydała (może poza umiejętnością czytania cyrylicy), to do dziś pamiętam treść meldunku, jaki na każdej lekcji klasowi dyżurni musieli składać nauczycielowi. Po jego wejściu do klasy i komendzie „Smirno! (Baczność), recytowało się: „Dieżurnyj pierwowo kłasa dakładywajet: Kłas gatow w uroku ruskawa jazyka.
Obszczustwujet…” (Dyżurny pierwszej klasy melduje: klasa gotowa do lekcji języka rosyjskiego. Obecnych…) i tu podawało ilość uczniów.

Takie meldunki składało się również na wszystkich innych lekcjach, ma się rozumieć, po polsku. A w poniedziałki były szkolne apele, czyli zgromadzenia wszystkich (czterech) klas w szkolnym holu między filarami.
Fizyki uczyła nas pani Elżbieta Reck – po latach wieloletnia przewodnicząca Rady Gminy w Mielnie. Natomiast polonistką była pani Teresa Kmiecik, postać dość barwna, której zawdzięczam swoje literackie zacięcie. Jej również już nie ma wśród nas.
Muszę również wspomnieć o pracownikach administracyjnych, z którymi jako uczniowie też mieliśmy przecież do czynienia: przede wszystkim z panią Lidką w sekretariacie i z małżeństwem Łabędzkich – wspaniałymi woźnymi, którzy darzyli nas prawdziwie rodzinną miłością.
50 lat minęło jak jeden dzień
W licealnej biliotece, do której niedawno trafiłem w poszukiwaniu archiwalnych szkolnych zdjęć, natrafiłem na kronikę mojej klasy, w dodatku prowadzoną przeze mnie przez cały okres nauki! Kompletnie zapomniałem, że będąc pierwszoklasistą zostałem wybrany na klasowego kronikarza i teraz z rozrzewnieniem i nostalgią czytałem swoje wpisy sprzed niemal 50 lat. Fragmenty jednego z tekstów, które przetrwały tam na ostatnich stronach, chciałbym tu zamieścić, bo wydaje mi się, że jest zapisem stanu świadomości wszystkich maturzystów, niezależnie od roku czy profilu szkoły. Oto, co niecały miesiąc po maturze zanotował dwudziestoletni Krzysztof Urbanowicz:
„Już za parę dni wszystko się skończy, rozejdziemy się po raz ostatni jako była klasa. Jakiś rozdział w naszym życiu zostanie zamknięty. Jaki był? Wielu mówi, że mają tej szkoły serdecznie dosyć; dosyć kucia, ściągania, uzależnania swoich losów od niepotrzebnych, ale wymaganych informacji i wiadomości. Chcieliby pójść na swoje, zacząć życie naprawdę, sprawdzić się jako dorośli.

To prawda, że żyliśmy dotąd w trochę nierealnym, może nawet irracjonalnym świecie. Uczyliśmy się, ile ludności ma USA, ile powierzchni NRD, jak rozmnaża się mech, uczyliśmy się o prawdopodobieństwie i przebiegu zmienności funkcji – tymczasem za oknem, w zakładach pracy, na ulicach ludzie pracowali, produkowali, sprzedawali i kupowali.
Teraz przyszedł czas na to, żebyśmy dołączyli do nich. (…)
Wchodziliśmy do tej szkoły jako ósmoklasiści. Wychodzimy jako dorośli ludzie.”
Szkolna bibliotekarka zaproponowała mi, żebym teraz, po latach, dopisał coś w tej kronice. Sobie samemu sprzed 44 lat powiedziałbym więc, że co prawda dorosłość nie jest zła, ale zdecydowanie przereklamowana. A uczniowskie czasy, mimo zakuwania mnóstwa niepotrzebnej wiedzy, wspomina się po latach jako te, do których chętnie by się wróciło. Zwłaszcza w tej szkole.





















