Dziś wystarczy kilka kliknięć, by w sekundę rozesłać życzenia świąteczne do całej listy kontaktów. Jednak przez większość XX wieku Boże Narodzenie zaczynało się dużo wcześniej, od rytuału wybierania, kupowania i wysyłania kartek. Te niewielkie, drukowane obrazki były nie tylko nośnikiem ciepłych słów. Stanowiły osobisty gest, przedmiot kolekcjonerskiej pożądliwości, a nierzadko małe dzieło sztuki użytkowej. Ich powrót w ostatnich latach obserwujemy na aukcjach, gdzie oryginalne pocztówki sprzed kilkudziesięciu lat osiągają ceny liczone w setkach, a nawet tysiącach złotych. Zbierają je miłośnicy designu, historii i ilustracji, bo wbrew pozorom kartka świąteczna to nie drobiazg. To kapsuła czasu.


Od „postcardu” do „pocztówki”
Zanim Polacy zaczęli wysyłać świąteczne pozdrowienia, długo nie mieli odpowiedniego słowa na określenie nowego wynalazku. W końcu XIX wieku Europę opanowała moda na ilustrowane kartoniki, które można było potraktować jak krótkie listy bez koperty. Do Polski dotarły szybko, ale nazewnictwo długo pozostawało problematyczne. Dopiero w 1900 roku redakcja Słownika Języka Polskiego ogłosiła konkurs na polski odpowiednik angielskiego „postcard”. Wygrał ktoś podpisany jako „Marii z R.” – dopiero później ujawniono, że autorem był Henryk Sienkiewicz. To on podarował nam słowo „pocztówka”, które wyparło konkurencyjne „posyłkę”, „listek” czy „pisankę”. Trudno dziś wyobrazić sobie inne niż pocztówka określenie na kolorową kartkę z życzeniami lub pozdrowieniami.
W okresie międzywojennym zwyczaj wysyłania kartek nabierał rozpędu. Na początku dominowały fotografie – często pozowane, pełne teatralnego rozmachu, z dziećmi w anielskich skrzydełkach lub eleganckimi rodzinami przy strojnej choince. Jednak z czasem fotografię zaczęła wypierać ilustracja. Artyści odkryli, że niewielki kartonik może stać się świetnym miejscem do twórczych eksperymentów.

Złota era pocztówek
Prawdziwy rozkwit polskich kartek świątecznych przypadł na drugą połowę lat 50., 60. i 70., czyli okres odwilży po stalinizmie, dynamicznego rozwoju ilustracji i graficznego wzornictwa. Początkowo ich wydawaniem zajmowała się Cepelia oraz oficyny takie jak Czytelnik, lecz z czasem absolutnym dominatorem rynku stało się przedsiębiorstwo „Ruch”. Kioski pełne kolorowych, świątecznych obrazków były grudniową codziennością. I miało to swoją magię i urok.
Skalę produkcji pokazują archiwalne liczby. W 1966 roku Przekrój odnotowywał: „16 milionów nowych pocztówek i karnetów na życzenia świąteczne i noworoczne wydało Biuro Wydawnicze Ruch. 270 projektów graficznych przygotowało 27 znanych plastyków”. A w 1978 roku Dziennik Zachodni informował, że tylko do kiosków w trzech województwach trafiło aż 10 milionów kartek. To więcej niż dzisiejsze nakłady najpopularniejszych książek.

Nie było to masowe drukowanie przypadkowych obrazków. Projektowali je najlepsi – Janusz Stanny, Olga Siemaszko, Maria Heidrich, Adam Kilian, Józef Wilkoń, Kazimierz Mann, Jan Marcin Szancer, Antoni Uniechowski i wielu innych znakomitych ilustratorów. Dla niektórych pocztówki były poligonem doświadczalnym, miejscem testowania nowych form plastycznych, zabaw kolorem, linią i typografią. Dla odbiorców – najtańszym możliwym sposobem obcowania z nowoczesnym designem.
Polityka, folklor i popkultura
Historia kartek świątecznych to opowieść nie tylko o estetyce, ale i o realiach epoki. W PRL-u – zwłaszcza w okresie stalinizmu – władze z dystansem traktowały religijne symbole. Dlatego na kartkach chętnie pojawiały się bałwanki, dzieci, zwierzęta, zimowe pejzaże czy stylizowane motywy ludowe. Szopki i anioły niekiedy ustępowały miejsca fabrycznym kominom, gołębiom pokoju czy bombkom w kształcie cyfry sześć – symbolizującej plan sześcioletni. Z kolei w latach 60. i 70. religijna ikonografia wróciła w łagodniejszej, nowocześniejszej formie: zgeometryzowane szopki, bizantyńskie anioły, stylizowana ludowość.
Małe dzieła sztuki, wielkie emocje
Dziś dawne kartki świąteczne przeżywają drugą młodość. Kolekcjonerzy wyszukują rzadkie egzemplarze na giełdach, aukcjach internetowych i w antykwariatach. Oryginalne pocztówki Bohdana Butenki, Stannego czy Szancera potrafią osiągać ceny od 200 do nawet 1500 zł za sztukę, zwłaszcza jeśli zachowały się w idealnym stanie i nie były opisane. Jeszcze droższe są komplety wydawnicze lub kartki powstałe w niewielkich nakładach. To rynek, który z roku na rok rośnie, bo wraz z nim rośnie świadomość, że te drukowane drobiazgi są częścią historii polskiej sztuki użytkowej.

Dawne kartki fascynują nie tylko piękną ilustracją, ale też tym, co zapisane na odwrocie. Czułe, staranne życzenia.
Odręczny charakter pisma. Opowieści o śniegu, który spadł „jak za dziecięcych lat”. Słowa, które musiały pokonać setki kilometrów, zanim trafiły do rąk adresata.
Zwyczaj, który gaśnie
Choć współczesne święta wciąż kojarzą się z ciepłem i bliskością, tradycja wysyłania kartek świątecznych wyraźnie zanika. Coraz rzadziej szukamy ich w księgarniach czy sklepach papierniczych. Coraz częściej klikamy „wyślij do wszystkich” i dorzucamy gotowy emotikon. Życzenia stają się szybkie, masowe, automatyczne, często pozbawione refleksji, indywidualizacji czy estetycznego wyboru.


A szkoda. Bo pocztówka wymagała czasu: wyjścia z domu, wyboru ilustracji, przemyślenia słów, zapisania ich odręcznie, naklejenia znaczka, pójścia na pocztę. Wymagała zaangażowania, a więc emocji. Była materialnym śladem pamięci. Czymś, co można było schować do szuflady i wyjąć po latach.
Może właśnie dlatego warto ocalić ten zwyczaj, wysyłając choćby jedną kartkę w roku. Bo za każdym takim gestem stoi nie tylko świąteczna tradycja, nie tylko historia polskiej ilustracji i designu, ale przede wszystkim człowiek, który chciał komuś powiedzieć: pamiętam o Tobie.
Może więc tej zimy warto poszukać w kiosku, antykwariacie albo w szufladzie babci. Wybrać kartkę, wziąć długopis, pochylić się nad papierem. I wysłać komuś najpiękniejszy prezent – chwilę uwagi.






















