3 Zdrowie i uroda

Drugie życie medali

Fot: arch. własne B.R.Gutowski – Małe Muzeum Medali Sportowych

Bernard Gutowski ze Sławna nigdy nie został zawodowym sportowcem, ale zamiast medali zdobywanych na stadionach czy w maratonach, postanowił dać drugie życie tym, z którymi żegnają się ci, którzy je zdobywali. Tak powstało Małe Muzeum Medali Sportowych – unikalna w Polsce kolekcja, licząca ponad kilkanaście tysięcy eksponatów. To nie tylko zbiór metalu i wstążek, lecz opowieść o ludziach, ich wysiłku, pasji i wspomnieniach. Z Bernardem Gutowskim rozmawia Katarzyna Kużel

Zanim przejdziemy do samej kolekcji, proszę powiedzieć – jak zaczęła się pańska przygoda ze sportem.
Zaczęło się, jak to zwykle bywa, w szkole. Sport szkolny był zawsze obecny – trochę biegania, trochę zajęć lekkoatletycznych. Potem próbowałem jeszcze swoich sił w różnych aktywnościach, ale życie potoczyło się inaczej. Kontuzje sprawiły, że nie mogłem rozwijać się w tym kierunku tak, jak chciałem. A do tego rodzina, obowiązki –
wiadomo, każdy ma swoje życie i priorytety. Sport zszedł na dalszy plan, ale dziś mogę śmiało powiedzieć: nie jestem sportowcem w sensie czynnym, ale sport jest w moim życiu obecny.

Skoro nie sport czynny, to skąd pomysł, by gromadzić medale?
To wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie. Początkowo nie planowałem żadnego muzeum, żadnej wielkiej kolekcji. Miałem jedną ścianę w biurze, na której powiesiłem kilka medali. Chciałem, żeby cieszyły oko, żeby było kolorowo i żeby mieć coś, co przypomina o sporcie. Potem doszła druga ściana. Kiedy przyszła telewizja i pokazała to ludziom, nagle pojawił się odzew. Okazało się, że ludzie mi ufają i są gotowi przesyłać swoje medale. I tak to się zaczęło.

1 Zdrowie i uroda

Prawdę mówiąc, na początku myślałem, że moja kolekcja nie przekroczy 1000, może 2000 medali. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się, że dziś będzie ich kilkanaście tysięcy. To dla mnie samego szokujące. Wszystko to są medale, które otrzymałem od ludzi – od biegaczy, sportowców, organizatorów imprez, czasem od rodzin dawnych zawodników. Nie ma w tym przypadku. To jest prawdziwe dziedzictwo, które trafiło do mnie, żebym się nim zaopiekował.

Czy pamięta pan pierwsze reakcje ludzi, kiedy ogłosił pan, że zbiera medale?
O, tak. Kiedy zaczynałem pisać na portalu społecznościowym, że chętnie przyjmę medale, pokazywać pierwsze “zdobycze” – spotkałem się z hejtem. Ludzie pisali różne rzeczy, że po co mi to, że chcę zarabiać, że to bez sensu. Bywały momenty, że odechciewało mi się tego wszystkiego. Ale znalazła się grupa ludzi, którzy potraktowali to inaczej i uznali, że każdy może mieć jakieś hobby, a jeśli ja zbieram medale, to warto mnie wesprzeć. To oni dodali mi sił. Dzięki nim nie załamałem się i dalej zbierałem.

Największym przełomem była pandemia. Ludzie zostali w domach, biegi były organizowane „internetowo”, wirtualnie. I wtedy zaczęły przychodzić paczki, jedna po drugiej. Ludzie biegali, dostawali medale i od razu część przesyłali do mnie. To był prawdziwy wysyp. Apogeum całego projektu.

Jak wygląda pana opieka nad medalami?
To ogrom pracy, o której większość osób nie ma pojęcia. Każdy medal trzeba dokładnie opisać: wpisać do komputera, zeskanować, zrobić zdjęcie. Musi trafić do specjalnego katalogu. Bez komputera nie dałbym rady zapanować nad kolekcją, a większość rzeczy robię praktycznie sam. Owszem, pomaga mi żona, czy pani Grażynka, która pracuje u mnie, czasem pracownicy, ale główną robotę wykonuję sam. Każdy medal musi przejść przez moje ręce.

Do tego dochodzi układanie na specjalnych stojakach z płyt meblowych, które sam wymyśliłem, i które są specjalnie przygotowane. Nie wieszam medali chaotycznie. Ekspozytory są „piramidami”, bo na prostych ścianach nie byłoby takiego efektu. Na piramidzie medal leży ładniej, równiej, lepiej się prezentuje. Kiedy ktoś wchodzi do muzeum, to pierwsze wrażenie jest bardzo ważne.

2 Zdrowie i uroda

Oszczędność miejsca to też duże wyzwanie, muszę wieszać medale jeden pod drugim, zakrywając wstążki, bo inaczej nie zmieściłbym ich wszystkich. Ale dla mnie najważniejsze jest, żeby medal był widoczny, żeby można było go dotknąć i obejrzeć. Nie traktuję ich jak „świętości w folii”. To są przedmioty do oglądania, do dotykania. Jeśli ktoś porysuje medal – trudno. To znaczy, że był używany, że się podoba i ludzie chcą się mu dobrze przyjrzeć.

Które medale uważa pan za najcenniejsze w swojej kolekcji?
Mnie nie chodzi o wartość finansową, ale o sentymentalną. Na przykład medale przekazane mi przez panią Karolinę Łukaszczyk – wybitną sportsmenkę z lat 50. i 60., rekordzistkę Polski w biegu na 400 m. Odebrałem je osobiście. To była niezwykła chwila. Spędziliśmy kilka godzin, podczas których pani Karolina, choć chorowała już na Alzheimera, opowiadała z wielką pasją o dawnych czasach, o trenerach, koleżankach, kolegach z reprezentacji. Nie pamiętała, co było wczoraj, ale tamte wspomnienia były w niej żywe. To dla mnie ważna pamiątka.

Mam też kolekcję medali po Janie Łuce, 18-krotnym mistrzu Polski w trójboju siłowym. To oryginalne medale, z potwierdzającą je książeczką. Mam talerz z 1966 roku dedykowany olimpijce Marii Kwaśniewskiej. Takie rzeczy są bezcenne.

Ale wie pani, które medale cieszą mnie najbardziej? Te robione przez dzieci, przez osoby niepełnosprawne, albo takie zrobione z zakrętki po słoiku. Bo one są unikatowe, jedyne. W maratonie poznańskim rozdaje się tysiące identycznych medali, a takich ręcznie robionych jest tylko kilka. I dla mnie to właśnie one mają największą wartość.

4 Zdrowie i uroda

Wspomniał pan o „Katorżniku” – słynnym biegu ekstremalnym.
Tak, to wyjątkowa część mojej kolekcji. Mam całą serię medali z “Katorżnika”: złote, srebrne, brązowe. Nigdzie indziej nie znajdzie się pełnego kompletu. Sam medal waży 4,5 kg. Proszę sobie wyobrazić: człowiek po morderczym biegu, w błocie, zmęczony, a na szyję zakłada mu się taki ciężar. Jednak to daje niesamowitą satysfakcję. Biegacze mówią nawet: „jak nie mam czterech podków, to nie zaliczyłem Katorżnika”.

Cieszę się, że mogę pokazywać te medale w moim Sławnie, to dla mnie powód do dumy. Moją kolekcją chwali się na przykład Lubliniec, miasto gdzie odbywa się „Katorżnik”.

Czy wszystkie medale są metalowe?
Nie! To w tym wszystkim jest najpiękniejsze. Są medale metalowe, ale też drewniane, ceramiczne, szklane, z plastiku, z wosku pszczelego. Mam medale w formie witraży. Mam też takie, które zostały zrobione ręcznie – każdy inny, unikatowy. To niesamowite, bo widać w nich pasję i serce.

Jeden z moich ulubionych eksponatów to tłuczek do ziemniaków z wbitymi w niego, powyginanymi gwoździami – pierwszy medal z biegu „Pogrom Wichra”, który był młodszym bratem „Katorżnika”. Obecnie medal wygląda jak spora drewniana maczuga i dzieci uwielbiają go oglądać, wiele z nich chce sobie zrobić z nim zdjęcie. I o to właśnie chodzi, żeby te medale żyły.

Jak reagują ludzie, którzy odwiedzają muzeum?
Bardzo różnie, ale zawsze pozytywnie. Przyjeżdżają dziadkowie z wnukami i pokazują: „w tym biegu brałem udział”. Nawet jeśli to nie jest dokładnie ten egzemplarz, to i tak mają ogromną satysfakcję. Rodzice przyjeżdżają z dziećmi i tłumaczą: „nam już te medale niepotrzebne, przekazaliśmy je panu Gutowskiemu, a jak będziecie chcieli, to zawsze możecie tu przyjechać i zobaczyć”.

5 Zdrowie i uroda

Zdarza się, że starsze osoby mówią mi wprost: „wie pan co, my już panu przekazaliśmy medale w spadku, kiedy umrzemy, będą dla pana”. Wiem, że to może brzmi żartobliwie, ale dla mnie to ogromna odpowiedzialność i dowód zaufania.

Czasami dostaję medale w fatalnym stanie: zaśniedziałe, z piwnic, brudne. Ale nigdy nie mówię: „wyrzucić”. Bo może akurat ten zniszczony medal jest brakującym elementem w katalogu. Zdarzyło się nieraz, że właśnie taki rzadki egzemplarz uzupełnił kolekcję.

Czy instytucje wspierają pańską działalność?
Niestety nie. Nie ma finansowania z urzędu, nie ma pomocy instytucjonalnej. Wszystko robię własnymi siłami. Byłem w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie, tam są ogromne przestrzenie. U mnie tego nie ma. Muszę oszczędzać miejsce, robić piramidy, wieszać medale jeden na drugim. Ale nie narzekam. To moja pasja, mój sposób na reset.

Kiedy przychodzę do muzeum, zapominam o problemach dnia codziennego. Myślę o tym, że na świecie jest tylu pozytywnych ludzi, którzy mi zaufali, że podarowali mi cząstkę swojej historii. To daje niesamowitą energię.

Jak pan widzi przyszłość muzeum?
Na razie nie mogę poświęcić się temu w stu procentach, bo mam inne obowiązki. Ale wiem, że przyjdzie taki moment, może na emeryturze, kiedy całkowicie oddam się tej pracy. Wtedy będę mógł wszystko uporządkować, wystawić, zrobić tak, jak planuję. Na razie wiele medali czeka na swoją kolej w pudłach.

3 1 Zdrowie i uroda

Ale wiem jedno, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej przy tej kolekcji. To jest coś, co daje radość nie tylko mnie, ale też wszystkim odwiedzającym. I dopóki będę miał siłę, będę to kontynuował.

Małe Muzeum Medali Sportowych w Sławnie, to dziś unikatowe miejsce na mapie Polski. Powstało z pasji jednego człowieka, który postanowił ocalić od zapomnienia sportowe pamiątki. Dzięki zaangażowaniu Bernarda Gutowskiego tysiące medali zyskały „drugie życie”, a ich historie mogą inspirować kolejne pokolenia. Muzeum mieści się w budynku firmy pana Bernarda, przy ul. Koszalińskiej 54L, ale kolekcję medali można przyglądać się także na facebookowym profilu kolekcjonera.