Historia twojego życia nie zaczęła się tu i teraz, z chwilą twojego narodzenia. Nie zaczęła się nawet w chwili, kiedy twój ojciec poznał twoją matkę. Czy chcesz czy nie, zaczęła się tak dawno temu, jak pamięć twojej rodziny o niej sięga. Bowiem rodzina to system przenoszonych z pokolenia na pokolenie lojalności rodzinnych. Utrwalonych wzorców i kodeksów postępowania, przekazywanych w rodzinnym DNA. Narracje i mity rodzinne wpływają na twój los na poziomie głębokiej nieświadomości. Utrwalona narracja, która funkcjonuje w systemie rodziny jako „prawda”, wpływa na sposób, w jaki jej członkowie postrzegają siebie, innych i świat.
Czasem nie potrzebujesz żadnych słów, żeby wiedzieć, że czegoś ci „nie wolno”. Że nie wypada być szczęśliwszą od matki. Że nie masz prawa odpuścić, skoro ojciec całe życie „zaciskał zęby”. Że twoje potrzeby są zbyt głośne. Że twoje emocje są „za bardzo”. I nie wiadomo, kiedy to się zaczęło? Może w kuchni, gdy babcia obierała ziemniaki i mówiła, że „kobieta nie ma czasu na fanaberie”. Może w twoim pokoju, gdy słyszałaś przez ścianę, że „takie życie, trzeba wytrzymać”. Może wtedy, gdy zorientowałaś się, że nikt nie zadaje pytań, więc i ty przestałaś je zadawać.
Tak właśnie działa lojalność. Cicha, ale konsekwentna. Uczy, co jest bezpieczne, a co „zdradliwe”. Pokazuje, co wolno mówić, a co lepiej przemilczeć. Nakreśla granice tego, co możliwe. Przekazywana jest spojrzeniem, westchnieniem, wzrokiem spuszczonym w dół. Niby nic, ale wiesz. Czujesz.
I tak powstaje mit. Rodzinny. Oswojony. Jak stare ubranie – może cię uwierać, ale znasz je na pamięć.
Mit, że „trzeba sobie radzić samemu”.
Mit, że „emocje są oznaką słabości”.
Mit, że „miłość zawsze boli, a związek to ciężka praca”.
Mit, że „lepiej nie marzyć, bo potem boli”.
Mit, że „najważniejsze to mieć święty spokój”.
Niektóre z tych mitów powstały, żeby chronić. Może twoja babcia, która straciła męża i wychowywała dzieci sama, naprawdę musiała być silna. Może twój dziadek, który wrócił z wojny, nie potrafił mówić o tym, co widział. Może twoja mama, dorastająca w cieniu przemocy, naprawdę nauczyła się przetrwania bez pytania o siebie.
Dziś to ty żyjesz swoim życiem. Inne czasy, inne wybory, inne potrzeby. Choć nosisz w sobie te historie, nie musisz być ich wierną kopią. Możesz się zatrzymać. Usłyszeć to, co mówi wewnętrzny głos: „zrób coś inaczej”. I wtedy zaczyna się coś nowego, nie w kontrze, nie w buncie, tylko z uznaniem. Z miłością do tych, którzy zrobili tyle, ile mogli. I z miłością do siebie, która mówi: ja też mam prawo żyć po swojemu.
Przenosimy lojalności, ale przenosimy też traumy. Teorią dziedziczenia traum zajmuje się między innymi epigenetyka, badająca zmiany ekspresji genów, które z kolei mogą być przekazywane kolejnym pokoleniom. Badania pokazują, że trudne doświadczenia takie jak przemoc domowa, uzależnienia, gwałty, wojna czy przewlekły lęk mogą pozostawiać ślady nie tylko w psychice, ale i w biologii, wpływając na funkcjonowanie układu nerwowego i hormonalnego potomków, nawet jeśli sami nie doświadczyli tych wydarzeń bezpośrednio.
Christina Lamb, autorka książki „Nasze ciała, ich pole bitwy”, opisuje przemoc seksualną w realnym, wojennym kontekście brutalność, która zburzyła kobiece życia w Bośni, Rwandzie, Kongu, Iraku. Ale przecież II wojna światowa dotyczyła każdej polskiej rodziny. I tak, nie każda kobieta doświadczyła gwałtu, ale historie strachu i przemilczenia wpłynęły na sposób wychowywania kolejnych pokoleń kobiet w Polsce.
Mark Wolynn w głośnej książce „Nie zaczęło się od ciebie”, pisze, że dziedziczymy nie tylko geny, ale również emocjonalne ślady trudnych przeżyć: wojny, porzucenia, przemocy, śmierci dziecka, nagłej straty. To wszystko żyje dalej w języku, w reakcjach, w ciele, które „pamięta” nawet to, co nie zostało nazwane.
Najbardziej porusza mnie to, jak łatwo dziś trauma staje się pretekstem do wszystkiego. Do samozwańczych diagnoz. Do uzdrawiających kursów z certyfikatem. Do opowieści, że „wszystko da się ustawić”. I nie, nie mam na myśli przemyślanej, rzetelnej pracy terapeutycznej. Mam na myśli powierzchowne ustawienia hellingerowskie prowadzone przez „mistrzów ceremonii” po weekendowym kursie w spa albo stodole, albo co gorsze, po wydaniu sporych kwot pieniędzy u kogoś, kto certyfikował się gdzie bądź.
W efekcie słyszysz, że twój lęk przed pływaniem to trauma po wujku, który 200 lat temu, podczas wojny, utopił wroga. Co masz z tą wiedzą zrobić? Wujka nie znałeś, nie możesz tego zweryfikować, a jednak coś się w tobie porusza – robi się mroczno, niedobrze i jakoś… nierzeczywiście.
Nie jestem w tym sceptycyzmie odosobniona. W Niemczech, kraju, z którego wywodzi się ta metoda, ustawienia hellingerowskie nie są uznawane za terapię o potwierdzonej skuteczności i nie funkcjonują w oficjalnym systemie opieki zdrowotnej. Środowiska psychoterapeutyczne i izby zawodowe wielokrotnie ostrzegały przed tą praktyką jako potencjalnie szkodliwą, szczególnie dla osób z nierozpoznaną traumą lub niestabilną psychiką. I trudno się dziwić, bo w tych sesjach prowadzący często przyjmuje niemal boską pozycję – człowieka z wiedzą. Wie, co ci się przydarzyło, wie, dlaczego boli i wie, co z tym zrobić. Brzmi znajomo? To nie psychoterapia. To magia podszyta manipulacją. Dodam, że w Polsce ani Polskie Towarzystwo Psychologiczne, ani Polskie Towarzystwo Psychiatryczne nie uznaje ustawień Berta Hellingera jako metodę pracy z jakimikolwiek kryzysami psychicznymi.
W drugim odcinku serialu Netfliksa „Aniela” oglądamy, jak podczas ustawień Czarek Pazura „przypomina sobie”, że matka nie karmiła go piersią – i właśnie dlatego całe życie cierpi na lęk separacyjny, po czym przytula się do piersi rzeczonej Anieli wierząc, że jest właśnie niemowlęciem. Można się z tego śmiać. Ale w realnym życiu dekompensacja psychiczna to nie materiał na mem, tylko potencjalna droga do hospitalizacji psychiatrycznej. Bo nie każda psychika uniesie to, co zostanie jej „pokazane” bez kontekstu, bez przygotowania, bez wsparcia.
Z traumą nie pracuje się w godzinę, przy świecach i dzwoneczkach. Z traumą pracuje się w relacji opartej na bezpieczeństwie i zaufaniu. Pracuje się z psychotraumatologiem, który jest też psychologiem, a najlepiej psychoterapeutą. Z osobą, która ma nie tylko dobre intencje, ale też wiedzę, wykształcenie, doświadczenie i odpowiedzialność.
No i co teraz? Skoro już tak mocno wybrzmiało o „big no” psychologii?
Praca z przekazami międzypokoleniowymi obecna jest w wielu podejściach psychoterapeutycznych, szczególnie w nurtach psychoanalitycznym, psychodynamicznym i systemowym. Freud i Jung jako pierwsi dostrzegli wpływ nieświadomości rodziców na dzieci, a Anne Ancelin Schützenberger opisała rodzinne lojalności i tzw. „syndrom rocznicowy”. W podejściu systemowym Ivan Boszormenyi-Nagy mówił o niewidzialnych zobowiązaniach między pokoleniami, a Murray Bowen analizował wzorce emocjonalne przekazywane w rodzinie.
A że nie ma terapii bez odniesienia do rodziny pochodzenia, to wachlarz podejść i specjalistów jest naprawdę szeroki. Można wybierać między różnymi stylami i metodami w zależności od tego, czego naprawdę potrzebujesz.
Jeśli w grę wchodzi praca z traumą, warto sięgnąć po pomoc psychotraumatologa. Psychotraumatologia to dziedzina, która specjalizuje się w złożonych urazach psychicznych i oferuje konkretne narzędzia, takie jak: przetwarzanie poznawcze, przedłużona ekspozycja, EMDR, czy narracyjna terapia traumy. To tylko część dostępnych metod, jest w czym wybierać. A dobra terapia to koniec cierpienia, nie jego pogłębianie.
Jeśli nie czujesz, że potrzebujesz terapii, ale łapiesz się na tym, że kiedy mówisz do swoich dzieci albo męża, słyszysz… własną matkę. Albo gdy reagujesz jak twój ojciec, chociaż całe życie chciałeś inaczej? Wtedy pomocna może być praca z genogramem, potocznie nazywana pracą z rodem, z historią rodziny itp. Taki warsztat psychologiczny to nie psychoterapia, ale bardzo wartościowa forma przyjrzenia się wzorcom rodzinnych historii i lojalności, które – chcąc nie chcąc – mogą wciąż w tobie działać. Bo może nie chodzi o to, żeby wszystko natychmiast naprawiać. Może wystarczy zatrzymać się i zauważyć, co w tobie jest naprawdę twoje, a co przyszło z przeszłości. Co cię wspiera, a co już nie musi.
Nie każda historia musi się powtarzać. Nie każdą lojalność trzeba nieść dalej.
Czasem wystarczy jedno dobre pytanie, żeby zobaczyć swoje życie w nowym świetle.
A może to właśnie ten moment?
Autorka jest psychologiem, psychotraumatologiem, psychoterapeutą, certyfikowanym terapeutą terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach. W swojej pracy łączy pasję, jaką jest psychologia, z wieloletnim doświadczeniem pracy z ludźmi w organizacji.
Na co dzień pracuje w Poradni z Sercem, Zwycięstwa 238 w Koszalinie oraz
spotkasz ją na @psycholog.koszalin




















