Na przełomie XIX i XX wieku po europejskich salonach krążył zestaw pytań, z pozoru błahych, a jednak ukazujących głębię osobowości wypełniającego. Dwukrotnie odpowiadał na nie Marcel Proust, więc zyskał nazwę „Kwestionariusz Prousta”. Od tego czasu ewoluował i doczekał się mnóstwa wariantów. Jednym z tych wariantów raczymy naszych czytelników.
Ulubiony przedmiot w domu:
To lampa, którą znalazłam na targu staroci. Okazało się, że to lampa medyczna. Oczywiście w momencie zakupu nie miałam o tym pojęcia. Lampa stołowa okazała się ścienną. Zmodernizowana, odnowiona nabrała oryginalnego charakteru.
Dźwięk, który lubię:
Szum morza. Dźwięk, który uspokaja, nastraja i jest wpisany we mnie w jakimś trzecim wymiarze, którego nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć. To rytm, którego nie mogę przewidzieć, czasem powtarzalny, czasem połączony z innymi dźwiękami (tymi z otoczenia) i to w nim jest najwspanialsze. Kompozytor układa go według własnego uznania i nikt nie ma na to większego wpływu…

Plakat, jaki wisiał nad łóżkiem to…
Nie był to plakat, a oprawiony w szklaną ramę haft wykonany przez moją mamę, kiedy miała 18 lat. W domu mam wiele plakatów, są inspirujące i cenię ich twórców, ale to dzieło jest wyjątkowe i bardzo cieszę się, że jest ze mną. Dwa kolory – biel i granat, motyw nieprzegadany, wyszywany ściegiem sznureczkowym, pojedynczą nicią. Wykrochmalony i starannie wyprasowany.
Nie ma domu bez…
Bez rodziny i przyjaciół, osób przy których dobrze się czuję. Razem z nimi tworzy się atmosfera i wspólny smak życia, poczucie bezpieczeństwa. To buduje klimat domu.



Film lub książka który poleciłabym znajomym:
Trudno polecić tylko jeden tytuł. W dzieciństwie nie było tygodnia bez niedzielnego seansu „W starym kinie” z fantastycznym polskim kinem międzywojennym i prowadzącym Stanisławem Janickim. Najbardziej lubiłam czołówkę programu. Utrzymana w czarno-białej, rysunkowej stylistyce, przestawiała postać dżentelmena w meloniku idącego do kina. W tle przewijały się szkicowe rysunki zabudowy miejskiej. No dobrze, ale przejdźmy do tytułów: „Kino Paradiso” („Cinema Paradiso”) z 1988 roku, film włoskiego reżysera Giuseppe Tornatore, który przedstawia historię przyjaźni kinooperatora Alfredo i małego chłopca Toto, którego wprowadza w magiczny świat kina oraz „Lisbon Story” – film fabularny z 1994 roku w reżyserii Wima Wendersa. W tym filmie przewija się wątek miejski, uliczny gwar, muzyka. Pierwszy raz zobaczyłam ten obraz na studiach i muszę powiedzieć, że miał duży wpływ na to, w jaki sposób zaczęłam postrzegać przestrzeń miejską.
Miejsce, do którego chciałabym pojechać:
Chciałabym pojechać tam, gdzie słońce ustala poczucie czasu. Gdzieś, gdzie można skupić się na otoczeniu i poczuć przestrzeń w pełnym skupieniu i wewnętrznej ciszy.

Z kim zjadłabym kolację marzeń i o czym byśmy rozmawiali?
Może nie kolację marzeń, a raczej spotkanie przy jedzeniu. Przychodzi mi do głowy kilka nazwisk: Krzysztof Lenk – polski grafik, typograf, wykładowca akademicki. Otl Aichera – niemiecki ikonograf, typograf, twórca piktogramów olimpijskich w Monachium w 1972 roku, które stały się wzorem komunikacji wizualnej na całym świecie. Pablo Picasso – hiszpański malarz, grafik, rysownik, jeden z najwybitniejszych twórców sztuki nowoczesnej.
To byłoby zapewne ciekawe spotkanie, biorąc pod uwagę, że każdy z nich żył i tworzył w innym czasie. Rysuje się scenariusz kameralnego spotkanie w otoczeniu natury. Chciałabym zapytać o indywidualne podejście i koncepcje projektowania, jako oceny rzeczywistości, o tworzenie porządku w chaosie form i funkcji. Rozmawialibyśmy o tym, jak w projektowaniu człowiek staje się tym, kim jest, jak proces formuje tożsamość twórcy, jak projektowanie informacji może stać się czy też staje się językiem zrozumienia świata, jak opowiadać angażując wyobraźnię odbiorcy.
Ciekawi mnie, jak odebraliby dziś swoje prace. Czy tworzyliby je inaczej? Zakładam, że wątki rozmowy wyszłyby poza obszar projektowy i twórczy, spotkanie z nimi byłoby niezwykłym doświadczeniem.
Mój obecny stan ducha:
Jest twórczo-zorganizowany. Kocham grafikę, muzykę i naturę —
to moje źródła energii, inspiracji i spokoju. Lubię być aktywna, rozwijać się i osiągać zamierzone efekty. Równowagę odnajduję w projektowaniu, rysowaniu i kontaktach z ludźmi.



Ostatnia muzyczna fascynacja:
Album „Liberetto” Larsa Danielssona szwedzkiego kontrabasisty jazzowego. Wyjątkowo impresyjny. Odnoszę wrażenie, że dźwięki dopasowują się do chwili, w której ich słucham. Sytuacje i nastrój odkrywają je na nowo.
W moim mieście najbardziej brak…
Gwaru w centrum, niespiesznych przechodniów, małych galerii sztuki i miejsc z muzyką na żywo. Oczywiście z muzyką jazzową. Poza tymi małymi brakami jest wiele wspaniałych miejsc, niesamowita zieleń otaczająca miasto i bliskość morza.
Szukam w ludziach…
Otwartości na innych i uśmiechu. W każdej, nawet najdrobniejszej sytuacji dnia codziennego uśmiech potrafi zdziałać cuda. Jakiś czas temu byłam z rodziną i ze znajomymi w kawiarni. W pewnym momencie ktoś przy stoliku obok zaczął się śmiać. Śmiech nie ustawał, tylko stawał się coraz głośniejszy. I co się wydarzyło? Po chwili wszyscy nawet pracownicy kawiarni śmiali się – bez konkretnego powodu. Ta sytuacja pokazuje, że śmiech jest zaraźliwy i życzmy go sobie jak najwięcej!
Czas, do którego chciałabym wrócić:
Nie odczuwam potrzeby powracania do momentów z przeszłości, ponieważ każdy etap mojego życia doprowadził mnie do miejsca, w którym jestem, i to jest autentyczne. Przeszłość oceniam jako całość, bo każdy moment miał swój sens. Z zaciekawieniem patrzę w przyszłość.
Nałogowo zbieram:
Raczej gromadzę: płyty, książki, plakaty, przedmioty, które przypominają mi różne sytuacje życiowe, jak stara papierośnica, młotek, latarka znaleziona na biwaku, pieczątka itp. Nie jest to kolekcja, lecz bardziej sentymentalny zbiór rzeczy.
Ostatnie zdjęcie w telefonie:
To ze spotkania z koleżanką, którą znam od pierwszej klasy szkoły podstawowej i pomimo, że każda z nas wybrała inną ścieżkę, począwszy od liceum przez studia, a nawet miejsce zamieszkania (dzieli nas odległość ponad 2000 km), to cały czas się przyjaźnimy.


Idealny poranek to…
Ten powolny, z filiżanką kawy. I nic więcej tu nie będę dodawać… w tle muzyka Larsa Danielssona, kilka promyków słońca – wystarczy.
Sport, którego chciałabym spróbować:
Zdecydowanie nurkowanie. Woda zawsze była moim żywiołem, ale nigdy nie miałam czasu na to, by spróbować takiej przygody. Intryguje mnie wejście do pięknego, surrealnego świata podwodnej ciszy, miejsca, które jest zarówno spokojne, jak i wymagające koncentracji i uwagi.
Czego ze swoich doświadczeń zawodowych nie zamieściłabym w swoim CV:
Każde swoje doświadczenie uznaję za wartościowe, choć nie każde miało związek z kierunkiem, w którym obecnie się rozwijam. Na przykład sezonowa praca za granicą, którą podejmowałam już w trakcie nauki w liceum. Dzięki niej miałam szansę na szkolenie języków obcych, poznawanie ciekawych ludzi, kultur i miejsc. Wszystko, czego doświadczamy, jest ważne, bo kształtuje naszą osobowość, wrażliwość i otwartość na otoczenie. Nie wpisuję tego w swoje CV, ale to ważna część mojej ścieżki zawodowej i twórczej.
Pies czy kot?
Jamnik! Czarny, o aksamitnej sierści i spokojnej naturze, lekko wybredny, czyli ten, który zapewne w tym momencie śpi na mojej kanapie pod swoim ulubionym kocykiem.


Przełamuję strefę komfortu, gdy…
Przełamywanie strefy komfortu jest dla mnie procesem, a nie jednorazowym skokiem. To świadome wychodzenie poza znane (np. rutynę czy schematy), ale w bezpiecznych granicach – krok po kroku – by móc się uczyć, rozwijać i wzmacniać.
W wolnej chwili lubię…
słuchać muzyki i rysować. Szkicownik i cienkopis mam zawsze przy sobie, to mój sposób na relaks. Od niedawna pasjonuje mnie też pielęgnowanie roślin. Uczę się tego i cieszy mnie każdy kwiatek i listek, który rozwija się na moich oczach. Gdy sprzyja pogoda uciekam na spacery do lasu lub na plażę.
Starość to…
nie wiek w kalendarzu. Według mnie zaczyna się, gdy przestajemy być ciekawi świata i przestajemy być chętni do odkrywania w sobie nowych zainteresowań. Jeśli będziemy otwarci na pomysły i na kolejne marzenia, zawsze zachowamy w sobie młodość.

Alina Ostach-Robakowska
koszalinianka z wyboru. Pochodzi z Wrześni w Wielkopolsce. Ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Piotra Potworowskiego i Akademię Sztuk Pięknych z Poznaniu. Marzyła o wyjeździe do departamentu Ardèche we Francji, ale znajomi podsunęli jej informację, że w Instytucie Wzornictwa (obecnie Wydział Architektury i Wzornictwa) na Politechnice Koszalińskiej poszukują asystenta. Spróbowała i tak od 20 lat mieszka i pracuje w naszym mieście. Lubi podróże, a najbardziej wtopić się w tłum miejscowych i choć przez chwilę poczuć odwiedzany region jak oni. Kiedy w radio leci piosenka Zbigniewa Wodeckiego „Lubię wracać, tam, gdzie byłem”, zawsze robi głośniej.




















