izabela rogowska 11 Temat z okładki

Koszalin wymyśla się na nowo

Nic tak nie podgrzewa temperatury komentarzy na forach internetowych jak pomysły na modernizację koszalińskiego Śródmieścia. Wszyscy są zgodni co do jednego – zmiany są konieczne. Ale już to, jakie mają przyjąć kształty, kto na nich skorzysta, a kto straci, budzi ogromne emocje. Więcej zieleni? A może więcej miejsc parkingowych? Ilu mieszkańców, tyle pomysłów. Tymczasem Koszalin to nie tylko Śródmieście. Miasto potrzebuje nowej perspektywy – dopasowanej do potrzeb i stylu życia mieszkańców. Czy można wymyślić miasto od nowa? Czy wystarczy łatać największe bolączki, czy też trzeba podejść do Koszalina jak krawiec do tkaniny – pociąć, zszyć i dopasować na nowo, by powstał wygodny płaszcz na kolejne lata? Przyjrzeli się temu z bliska Bartosz Warzecha, architekt, i Anna Zawiślak, rozmawiając o przestrzeniach, które mogłyby nadać Koszalinowi nowy, współczesny rytm.

Anna Zawiślak: Myślisz, że można stworzyć miasto od nowa?
Bartosz Warzecha: Niełatwo jest zejść ze ścieżki przyzwyczajeń, ale można inaczej rozłożyć akcenty – tak, by odpowiadały mieszkańcom, a nie tylko planom urbanistów. Kluczem jest obserwacja codziennych nawyków ludzi. Zdarza się, że to nieoczywiste miejsca nadają rytm miastu, a teoretycznie reprezentacyjne punkty świecą pustkami. Urbanistyka polega właśnie na reaktywowaniu przestrzeni z potencjałem.

AZ: To porozmawiajmy o takich miejscach. Ja mam kilka własnych typów, ale ciekawa jestem twoich.
BW
: Nie zaskoczę, jeśli powiem, że wciąż niewykorzystanym miejscem jest rynek. To przestrzeń wymagająca unowocześnienia – dobrze rozumianego. Centralny plac miasta jest niezbędny, ale potrzebuje reorganizacji, by stał się przyjazny. Po pierwsze – zieleń. Jest jej zdecydowanie za mało. Po drugie – ruch samochodowy, który stopniowo się ogranicza. To budzi sprzeciw, głównie u osób przyzwyczajonych do dawnego układu. A przecież mamy obwodnice śródmiejskie, które pozwalają przejechać przez miasto bez wjeżdżania do centrum. Mniej aut oznacza więcej ciszy i bezpieczeństwa. Hałas to jedno z największych utrapień mieszkańców – powoduje rozdrażnienie i przebodźcowanie. W takich warunkach trudno o przyjemne popołudnie przy kawie. Ograniczenie ruchu daje też przestrzeń, po której można swobodnie chodzić z dzieckiem, bez konieczności ciągłego pilnowania go i trzymania za rękę.

AZ: Ciszej i bezpieczniej – to wystarczy?
BW
: To dobry początek. Od razu można dodać więcej zieleni na placu przed Ratuszem – zielone wyspy z ławkami, nawet częściowo redukując fontannę. Dzięki temu rynek stałby się bardziej kameralny i przyjazny. A przy okazji byłaby możliwość spędzenia czasu bez kosztów.

AZ: Mówisz „bez kosztów”?
BW
: Tak. Chodzi o przestrzeń otwartą i demokratyczną, do której każdy może przyjść i spędzić czas bez konieczności płacenia. Miasto nie może sprowadzać się wyłącznie do kawiarni i restauracji – to wyklucza część mieszkańców. Na rynku powinna być możliwość spotkania się, wypicia kawy z własnego kubka, obserwowania bawiących się dzieci. Takie miejsca są ważne dla seniorów i młodzieży. Sam rynek mógłby zyskać także nową zabudowę – niskie kamienice po dwóch stronach placu wniosłyby różnorodność i ożywiły pierzeję. W Toruniu, Krakowie czy Poznaniu spacerując rynkiem, podziwiamy różne style kamienic – to cieszy oczy. Nasz rynek jest dziś monotonny i pozbawiony charakteru.

AZ: Ja z kolei lubię targowisko przy ulicy Połczyńskiej. We wtorki i piątki kupuję tam warzywa, świeże mleko, ryby czy zioła. Zimą ustawiam się w kolejce po bakalie i przyprawy. To miejsce ma klimat: gwar, znajome twarze, swobodną atmosferę. Brakuje mi tylko tego, by wycisnąć z niego więcej – w naturalny sposób. W wielu europejskich miastach na targu można czegoś spróbować, wypić kawę, usiąść. To nie hipsterka, bo widać, że na koszalińskim targowisku pojawia się coraz więcej młodych. Wystarczyłby ciepły bajgiel czy kawałek domowego ciasta. No i przydałoby się uporządkowanie przestrzeni.

BW: Masz rację – targowisko to serce miasta. Problemem jest parkowanie, ale to część uroku takich miejsc. Nie jestem zwolennikiem podziemnych parkingów. Ważniejsze byłoby uporządkowanie przestrzeni tak, by nie straszyła w dni bez handlu. A może warto rozwinąć formułę – oprócz żywności, np. targ wnętrzarski, odzieżowy czy ogrodniczy? Targi są zawsze magnesem – dla mieszkańców i turystów. Budują lokalną tożsamość i dają alternatywę dla sieciówek. To szansa dla małych producentów, więc powinniśmy zadbać o tę przestrzeń i rozwijać ją w różnych kierunkach.

AZ: Skoro mówimy o zielonych miejscach… z roku na rok bardziej doceniam Górę Chełmską. To dziś bardziej park niż las, ale mnie to nie przeszkadza. Lubię uporządkowaną przestrzeń, szczególnie od podnóża aż do sanktuarium. Góra zachęca do aktywności – spacerów, roweru, nordic walkingu. Plac zabaw i kawiarnia przy wieży widokowej okazały się świetnym pomysłem. Każda wizyta daje mi poczucie, że robię coś dobrego dla siebie – spaceruję, patrzę na zieleń, spędzam czas w naturze, a jednocześnie jestem w mieście.

BW: To prawda, mało które miasto ma w granicach las i górę, tak przyjazną rekreacji. Góra Chełmska stała się miejscem dla sportowców i spacerowiczów. Szlak św. Jakuba, park linowy, piknikowe tereny – to wszystko sprawia, że ludzie czują się tam swobodnie. I co ważne – to przestrzeń niekomercyjna, dostępna dla wszystkich. Trzeba tylko uważać, by nie przesadzić z atrakcjami i nie utracić jej naturalnych walorów. Nie zapominajmy też o sanktuarium, które przyciąga pielgrzymów. Góra rzeczywiście „spadła nam z nieba”, trzeba o nią dbać.

AZ: Sądzisz, że dalej możemy mówić o Koszalinie jako „zielonym mieście”?
BW: Przez wiele lat to było nasze hasło reklamowe, głównie ze względu na Górę Chełmską i Park Książąt Pomorskich w samym centrum. Potem przyszła degradacja – przy nowych osiedlach zieleń traktowano jako minimum ustawowe, a dodatkowo przyszła moda na beton. Ofiarą betonozy padł między innymi rynek. To niechlubny trend, z którym zmaga się wiele miast. Ale nic nie jest nieodwracalne – drzewa potrzebują czasu, ale kiedyś trzeba zacząć.

AZ: Marzy mi się reprezentacyjna dzielnica albo przynajmniej ulica. Wyobrażam sobie Piłsudskiego z jej kamienicami i willami. Wiadomo, że prywatnych nieruchomości nie odnowimy – to ogromne koszty – ale można zadbać o otoczenie: zieleń, oświetlenie, detale.
BW: Jan Gehl, duński urbanista, mówił o mieście „na ludzką miarę”. Tylko z takiej perspektywy możemy naprawdę doświadczać życia: rozmów, architektury, zapachów, dźwięków. Kiedy patrzymy z perspektywy samochodu czy planistycznego „helikoptera”, to zupełnie nie to samo. A tak naprawdę niewielkie zmiany mogą zrobić ogromną różnicę. A gdy okolica zostaje dopieszczona, mieszkańcy chętniej dbają o swoje bezpośrednie otoczenie.

AZ: To samo dotyczy małych parków. Skwer przy Sportowej i Piłsudskiego pamiętam z dzieciństwa – a mam wrażenie, że nic tam się nie zmieniło.
BW: Takie „kieszonkowe” parki są dziś bardzo potrzebne. Zmienia się klimat, więc zieleń realnie poprawia jakość życia. Poza tym to miejsca budowania więzi społecznych. Kiedyś parki były naturalnym punktem spotkań, dziś częściej wybieramy internet, ale nie zmienia to faktu, że takie przestrzenie są niezbędne.

AZ: Coś, z czego możemy być dumni, to ścieżki rowerowe. Nie sądzisz, że mamy ich naprawdę sporo?
BW: Zdecydowanie. W zasadzie wszędzie można dojechać rowerem po ścieżkach – poza ścisłym centrum. Być może przy reorganizacji ruchu to się poprawi. Nie jestem zwolennikiem ścieżek wyznaczanych na ulicach, bo kultura jazdy wciąż u nas kuleje.

AZ: Ja lubię trasę przez park, którą można dojechać od Jamna aż po Wodną Dolinę, a nawet dalej, bo do Manowa. Spora część prowadzi z dala od ruchu samochodowego. Dla mnie rower to środek transportu, nie sport.
BW: A dla mnie odwrotnie – lubię ciekawe trasy i kilometry w tle. Ale właśnie dlatego miasto powinno być bardziej przyjazne rowerzystom: więcej stojaków i bezpiecznych miejsc, gdzie można zostawić rower, zrobić zakupy czy pójść do kawiarni. Nie jest źle, ale zawsze może być lepiej.

AZ: Zauważyłam też, że wiele osób buduje domy na obrzeżach lub poza granicami miasta. Nic dziwnego, że Śródmieście się wyludnia. Ludzie po pracy jadą do domu, a w weekendy czy w wakacje – jeszcze dalej. I kto ma spacerować po centrum?
BW: Miasto zmienia się wraz ze stylem życia. Koszalin swoim układem świetnie wpisuje się w ideę miasta 15-minutowego. Każdy mieszkaniec powinien w kwadrans pieszo dojść do szkoły, sklepu, apteki, parku, placu zabaw czy ośrodka kultury. W Koszalinie ludzie rozproszyli się po obrzeżach, ale wciąż muszą załatwiać podstawowe sprawy w centrum. Pytanie: czy to dobre? Osiedla jak Przylesie spełniają te założenia, ale dziś popularność zdobyły domki jednorodzinne. Duży potencjał ma Jamno, z ciekawym planem miejscowym, dostępem do jeziora, Zagrodą Jamneńską. To może być autonomiczna dzielnica z potencjałem turystycznym.

AZ: Woda jako leitmotiv miasta – co o tym myślisz?
BW
: Akweny w mieście to dar natury. Życie zawsze skupiało się wokół wody. To skarb, z którego trzeba korzystać. Jamno ma potencjał – marina, jachty, zachody słońca. To ogromna atrakcja, choć realnie problemem jest jakość wody i brak dostępu do morza. Ale wciąż można budować infrastrukturę podnoszącą atrakcyjność okolicy. Wodna Dolina też cieszy się popularnością, ale i tam tkwi niewykorzystany potencjał.

AZ: Zastanawia mnie, że przy każdej dyskusji o zmianach w mieście pojawia się fala krytyki. A przecież wiele możemy zrobić sami. Współtworzyłam grupę Slow Koszalin – organizowaliśmy spotkania w nietypowych miejscach: na koronie Amfiteatru, przy Bibliotece, na Górze Chełmskiej czy nad Wodną Doliną. Pikniki, joga, gry planszowe, wymiana roślin – to wszystko oddolne inicjatywy, które wnoszą koloryt i wcale nie wymagają dużych pieniędzy.
BW: Zgadzam się. Cenię też inicjatywę Good Vibe, koncerty w różnych punktach miasta pozwalają spojrzeć na nie z innej perspektywy. Ważne są też małe, prywatne działania mieszkańców, np. ogródki przed blokami pełne kwiatów. To również buduje miasto.

AZ: To jaki powinien być Koszalin za kilkanaście lat?
BW
: Społeczeństwo się starzeje – to fakt, którego nie zmienimy. Musimy dostosować miasto do potrzeb seniorów i osób z niepełnosprawnościami. Bez barier architektonicznych, z infrastrukturą dostępną dla wszystkich. A jeśli chcemy zatrzymać młodych, musimy stworzyć im przestrzeń do rozwoju i życia rodzinnego, właśnie w duchu miast 15-minutowych.

Nie będziemy typowo turystycznym miastem, ponieważ jesteśmy zbyt blisko, a jednocześnie zbyt daleko od morza. Ale możemy przyciągać gości choćby na chwilę. Może wystarczy jeden wyjątkowy obiekt, rozpoznawalny w skali kraju? Miasto przede wszystkim musi być wygodne dla mieszkańców: bezpieczne, dostępne, niewykluczające. Miasto to my. Każdy może i powinien dołożyć cegiełkę do jego budowy. To daje więcej satysfakcji niż narzekanie w internecie.