Dyrektor Pawel Rudecki z zastepczyniami Iwona Mielczarek i Katarzyna Sapieja Ludzie

„Cieszę się z każdego ucznia, który sobie w życiu radzi”

„Nie można być dobrym nauczycielem bez ambicji bycia dla uczniów wzorem. Pasja się udziela. Jeśli uczniowie widzą, że nauczycielowi zależy, że nie traktuje pracy jedynie jako przykrego obowiązku, są jego postawą zmotywowani” – mówi w rozmowie z „Prestiżem” Paweł Rudecki, od dwóch lat dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Dubois w Koszalinie, wieloletni nauczyciel matematyki w szkole obchodzącej jubileusz 80-lecia.

– Jest Pan absolwentem koszalińskiego „Bronka”, lecz po studiach pracę nauczycielską podjął Pan w rywalizującym z nim „Dibulcu”. Skąd taka decyzja?
– Mój wybór nie był żadną demonstracją, po prostu tak się sprawy potoczyły. Mogłem pozostać na uczelni, bo dostałem taką propozycję, lecz wolałem wrócić do rodzinnego miasta, wtedy jeszcze wojewódzkiego. Tym bardziej, że miałem już żonę i czułem się odpowiedzialny za rodzinę. W tym miejscu, jeśli mogę, dziękuję żonie za te wszystkie lata zrozumienia, bo praca zabierała mi często dużo czasu, który należał się jej i domowi.

– Może byłoby Panu łatwiej na starcie w macierzystym liceum?
– Kiedy zaczynałem pracę, nie zdawałem sobie sprawy z faktu, jak na nowego nauczyciela, dawnego swego ucznia, reagują ci, którzy go uczyli. Teraz już wiem, że patrzy się na taką osobę trochę jak na swoje dziecko. Jestem zadowolony, że z naszego grona wychodzą następcy, którzy decydują się na pracę nauczyciela, co obecnie nie jest czymś łatwym. Czy we „własnym gnieździe” jest im łatwiej? Trudno powiedzieć. Sam na przyjęcie w I LO narzekać nie mogę, bo szybko poczułem się jak u siebie.

– Wcześnie doszedł Pan do najwyższego stopnia uznania nauczycielskich kwalifikacji, bo w 2018 roku został Pan wyróżniony tytułem profesora oświaty…
– To nie było tak wcześnie (śmiech). To był już 29. rok mojej pracy. Czuję się zaszczycony tym tytułem, zwłaszcza patrząc na to, jacy nauczyciele matematyki z innych miast są w gronie profesorów edukacji.

– Ma Pan opinię nauczyciela wymagającego, ale również umiejącego nauczyć, a jedno z drugim nie zawsze idzie w parze. Wyobrażam sobie, że praca z uczniem, który matematyki nie lubi albo wręcz „stawia opór”, musi być czymś, co mocno frustruje.
– Na początku rzeczywiście odczuwałem frustrację, bo naładowany wiedzą i przekonaniem, że matematyka jest potrzebna każdemu, chciałem również klasom humanistycznym i językowym przekazać jak najwięcej wiadomości. Tymczasem w klasach o tych profilach zainteresowania moim przedmiotem nie było. Sytuacja zmieniła się, kiedy dostawałem klasy o profilu matematycznym. Pojawiła się również satysfakcja z wyników. Najprzyjemniejsze były zawsze słowa uznania ze strony uczniów, zwłaszcza kiedy po roku od matury rozmawiałem z nimi, a oni relacjonowali jak bardzo na studiach pomaga im solidny fundament wyniesiony ze szkoły.

– Jak często zdarzają się talenty matematyczne?
– U nas w każdym roczniku bywa ich kilka. Inna sprawa, że nie wszyscy z nich wiążą swoją przyszłość z dziedzinami, w których matematyka jest ważna. Często ci najzdolniejsi uczniowie, którzy mogliby dużo zdziałać matematycznie, wybierają klasę biologiczno-chemiczną, bo zamierzają studiować medycynę. Na szczęście pojawia się trend, że rozszerzona matematyka albo fizyka na maturze dają przepustkę na studia lekarskie. Ja się z tego bardzo cieszę.

– Dużo miał Pan w karierze super uzdolnionych uczniów?
– Zdarzały się takie osoby, które chciały wiedzieć dużo więcej niż wymagał program licealny. Zresztą na zajęcia kółka matematycznego uczęszczały osoby z innych szkół albo nawet spoza Koszalina. Jeżeli ktoś przyjeżdża aż z Kołobrzegu, to znaczy, że ma silną motywację. Cieszę się z faktu, że mogę uczyć w takiej szkole, a od dwóch lat nią kierować. Jako nauczyciel z długim stażem mam refleksję, że brak sympatii do matematyki albo kłopoty z nią najczęściej biorą się stąd, że gdzieś na początku edukacji coś poszło nie tak jak należy. Na przykład ktoś nie dopilnował, żeby dziecko nauczyło się porządnie tabliczki mnożenia albo od samego początku brakowało systematyczności, przez co uczeń nie miał szans na zrozumienie, że w matematyce zawsze coś wynika z czegoś. Jeśli z roku na rok narastają zaległości, często nie ma szans na ich nadrobienie w normalnej edukacji.

– Śledzi Pan zawodowe losy swoich wychowanków?
– Oczywiście. Napawa mnie dumą fakt, że spośród tych szczególnie zainteresowanych matematyką, „doczekałem się” profesora na Uniwersytecie Jagiellońskim, dwóch doktorów na Uniwersytecie Warszawskim, z czego jeden z nich jest wiceszefem instytutu na Wydziale Matematyki UW. Warto jeszcze wymienić pochodzącego z Koszalina absolwenta I LO – Karola Hausmana, którego funkcja na wizytówce brzmi „CEO of Physical Intelligence and Adjunct Professor at Stanford University”, co znaczy, że mimo młodego wieku kieruje on na Uniwersytecie Stanforda wdrażaniem tzw. fizycznej sztucznej inteligencji, a w praktyce oznacza kierowanie zespołem budującym maszyny zdolne do samodzielnego podejmowania decyzji. To jest absolutny top światowej nauki. Karola Hausmana ja akurat nie uczyłem, ale dla szkoły jest on powodem do wielkiej dumy. Nie chcę jednak tworzyć wrażenia, że cenię tylko tych super zdolnych, odnoszących spektakularne sukcesy. Cieszę się z każdego ucznia, który sobie w życiu radzi, nieważne czym się zajmując, bo to świadczy, że przyłożyliśmy rękę do wyposażenia ich w wiedzę, która jest pomocna. Choć nie do końca mamy tę świadomość, ale matematyka jest obecna w każdym aspekcie naszego życia. Myślę, że procentuje kultura pracy i styl myślenia, które nasi absolwenci wykształcili lub tylko udoskonalili w I LO im. Stanisława Dubois w Koszalinie.

– Po Pana nominacji słyszałem w mieście opinię: „taki dobry matematyk, szkoda go na dyrektora”. Jak to Pan skomentuje?
– Rzeczywiście mnóstwo czasu zużywam na rozmaite sprawy związane z bieżącym zarządzaniem, na szczęście mam współpracowników, którzy mnie wspierają. Wcześniej cały czas i moja cała energia szły w nauczanie. Teraz już tak się nie da, muszę ją podzielić na nauczanie i zarządzanie.

– Pana dyrektorska kadencja przypadła na trudny czas. Niż demograficzny uderza w szkoły, które muszą walczyć o ucznia.
– Tak, to są trudne czasy. Odczuliśmy to mocno w ubiegłem roku podczas rekrutacji. W ostatnim było już lepiej. Jednak dopiero, kiedy spojrzy się w prognozy, można się przerazić, bo dzieci rodzi się bardzo mało, a więc za kilkanaście lat nastąpi dosłownie załamanie liczby uczniów w szkołach średnich. Ja będę wtedy na emeryturze, ale do dobrych liceów wróci sytuacja, że będą otwierać nie po kilka oddziałów w roczniku a tylko na przykład dwa.

– O zainteresowaniu szkołą decyduje jej wizerunek. Jak obraz szkoły chce Pan budować, żeby z jednej strony utrzymać wysoki poziom nauczania, a jednocześnie nie zniechęcać potencjalnych chętnych a właściwie ich rodziców?
– To jest nieprosta sprawa w czasach, kiedy uczniowie na jedno kliknięcie, dzięki sztucznej inteligencji, mają dostępne wszelkie potrzebne im informacje. Powinniśmy budować szkołę przyjazną uczniowi z ludźmi zaangażowanymi w nauczanie i lubiącymi młodzież. Niezbędni są nauczyciele, którzy lubią swoich uczniów i lubią to, co robią. Dyrektor szkoły musi mieć trochę szczęścia, żeby tacy ludzie chcieli się w niej zatrudnić. Zarobki, choć trochę się poprawiły, to wciąż nie są specjalnie zachęcające i mało atrakcyjne wobec zarobków na przykład informatyka albo specjalistów w innych zawodach.

– Ma Pan takich nauczycieli u siebie?
– Tak, są tacy. Obserwuję z satysfakcją, jak ich zaangażowanie, rozmaite starania przekładają się na uczniów i ich wyniki. Nie można być dobrym nauczycielem bez ambicji bycia dla uczniów wzorem. Pasja się udziela. Jeśli uczniowie widzą, że nauczycielowi zależy, że nie traktuje pracy jedynie jako przykrego obowiązku, są jego postawą zmotywowani. Z całego serca dziękuję nauczycielom I LO za pasję w kształceniu
uczniów.

Jubileusz 80-lecia I LO im. Stanisława Dubois

Pierwszy zjazd absolwentów I Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Dubois odbył się w 1960 roku, a więc 15 lat od momentu powstania tej pierwszej polskiej szkoły średniej w Koszalinie. Odtąd uroczyste jubileusze są organizowane co pięć lat. Tegoroczny, osiemdziesiąty, zaplanowano na 22-27 września, przy czym główne uroczystości zostały zaplanowane na piątek 26 września w szkolnej auli, po czym w Filharmonii Koszalińskiej odbędzie się okolicznościowy koncert dyrygowany przez Marzenę Diakun, absolwentkę z roku 2000. W sobotę 27 września kolejny dzień obchodów jubileuszu rozpocznie msza święta w katedrze, a po niej o godz. 11 nastąpi uroczyste otwarcie zjazdu w hali gimnastycznej szkoły. Tego dnia przewidziane są spotkania klasowe, a wieczorem bal absolwenta.

Paweł Rudecki, od dwóch lat dyrektor szkoły a od 35 lat nauczyciel matematyki w I LO, relacjonuje: – Cykl wydarzeń rozpoczniemy 22 września o godz. 18. Na scenie Bałtyckiego Teatru Dramatycznego nasza młodzież pod kierunkiem Agnieszki Naszydłowskiej i Małgorzaty Bednarskiej da koncert muzyczny zatytułowany „Prywatka w Dubois” złożony z popularnych piosenek, przy których na „domówkach” bawili się licealiści na przestrzeni ostatnich ośmiu dekad. We wtorek, 23 września, posadzimy w Alei Pamięci w parku obok Koszalińskiej Biblioteki Publicznej dąb z okazji 80-lecia. W środę, 24 września, planujemy zorganizować przemarsz uczniów naszej szkoły śladami pierwszych budynków I LO, który zakończymy wspólnym odtańczeniem belgijki na Rynku Staromiejskim. W czwartek, 25 września o godz. 18:00 odbędzie się wystawienie sztuki „Indyk” według tekstu Sławomira Mrożka wyreżyserowanej przez Tomasza Stępniaka. To samo przedstawienie dla szerszej publiczności zaplanowaliśmy na poniedziałek 29 września na scenie głównej BTD.