trzepak Temat z okładki

Guma, podchody i trzepak, czyli lato bez prądu i internetu

W czasach, gdy telefon stacjonarny był luksusem, a telewizja nadawała dobranockę o 19:00, dzieciństwo smakowało kurzem podwórka i echem trzepaka. Wakacje w PRL-u nie potrzebowały zabawek z reklamy ani programów animacyjnych non stop. Wystarczyło kilka metrów gumki bieliźnianej zakupionej w pasmanterii, kawałek kredy i gromada dzieci, które dzień po dniu budowały swój własny, równoległy świat. Tam obowiązywały inne prawa – ustalane spontanicznie, demokratycznie lub przez najstarszego z ekipy – i nikt nie zastanawiał się, co to znaczy „czas wolny”. Bo cały czas był na zabawę.

Dziewczyńskie skakanie na okrągło

Gra w gumę była niemal rytuałem dorastania każdej dziewczynki. Chłopcy rzadziej brali w niej udział – i raczej z przekory, niż z własnej inicjatywy – bo to była „dziewczyńska sprawa”. Dwie osoby trzymały gumę na wysokości kostek, potem kolan, ud, a nawet pasa, a trzecia musiała wykonać odpowiednie skoki, nie dotykając sznurka i nie gubiąc rytmu. Układy – „na dwa”, „na krzyż”, „na bok” – były przekazywane z pokolenia na pokolenie, jak tajemna wiedza. Przegrana oznaczała „skuchę”, a powrót do początku był źródłem frustracji, ale i motywacji. Nikt nie pytał, dlaczego to takie wciągające – po prostu było.

IMG 1789 2 Temat z okładki

Podchody – wakacyjna wersja thrillera

Podchody były grą, która zamieniała spokojne wiejskie ulice lub osiedlowe zakamarki w scenerię przygody. Dwie drużyny: jedna uciekała, zostawiając znaki z kredy, patyków lub kamieni, druga – tropiła. Po drodze trzeba było wykonać zadania: zaśpiewać piosenkę, zrobić dziesięć przysiadów, znaleźć ukryty przedmiot. Czasem wystarczyło napisać coś na murze, innym razem przeciągnąć ślad przez klatkę schodową, by zmylić pościg. Było w tym napięcie, element rywalizacji, ale też nauka współpracy. I adrenalina, jakiej nie dostarczyłby żaden ekran.

Klasy, chłopek i pudełko kredy

Na chodnikach i asfaltach królował jeszcze jeden must-have każdego podwórka: klasy, czyli popularny „chłopek”. Rysowany kredą lub kawałkiem cegły schemat pól służył do skakania – najpierw z kamyczkiem, potem na jednej nodze, na dwóch, z obrotem. Gra rozwijała nie tylko zwinność i koordynację, ale też wyobraźnię – bo każde pole mogło być „domem”, „piekłem”, „niebem”, a całość tworzyła swoisty plan dziecięcego mikroświata.

Zbijak i dwa ognie – prosto, dynamicznie, na serio

Piłka do siatkówki lub ręcznej wystarczała, by na boisku zaczęła się prawdziwa bitwa. Dwa ognie, znane też jako zbijak, toczyły się na szkolnych dziedzińcach, między blokami i na trawie. Dwie drużyny, dwie „matki” po bokach – i cała filozofia: nie dać się trafić, trafić przeciwnika, przetrwać do końca. Zabawa uczyła refleksu, strategii, ale też pokory. Bo nawet najlepsi czasem odpadali w pierwszej minucie.

IMG 1788 Temat z okładki

Trzepak – najważniejszy SPRZĘT osiedla

Trzepak był czymś więcej niż tylko miejscem do wytrzepywania dywanów. Dla dzieci był placem zabaw, sceną teatralną, drabinką gimnastyczną i punktem widokowym w jednym. Na trzepaku ćwiczono przewroty, „wiszenie głową w dół” i „fikołki”, które dziś przyprawiłyby niejednego rodzica o palpitacje serca. Tam też toczyły się pierwsze rozmowy o „tych sprawach”, tam odbywały się ważne narady i tam, czasem, kończyły się pierwsze kłótnie. Współczesne osiedla nie mają już trzepaków, bo dywany czyszczą samojezdne odkurzacze. Z czasem zastąpiły je bardziej estetyczne i kolorowe drabinki i metalowo-drewniane place zabaw, ale to już zupełnie nie to samo.

Grasz w kapsle?

Dla tych, którzy woleli spokój i strategię – były kapsle. Najczęściej po oranżadzie, czasem z wklejonymi nazwami drużyn kolarskich (Tour de France na piasku!). Tory budowano z kredy lub w piaskownicy. Każdy ruch miał znaczenie, każdy „pstryk” mógł zdecydować o zwycięstwie lub porażce. Podobnie było z hacelami – kawałkami metalu lub kamieni, które trzeba było podrzucać i łapać w określony sposób. Prosto, tanio, wciągająco. Kapsle zastąpiły gry planszowe, ale czy nie lepiej odstawić je na czas długich wieczorów i znów wrócić do retro zabawy na świeżym powietrzu?

Berek, ciuciubabka: gonitwy na całego

Nie istniała zabawa, która lepiej rozgrzewała dzieciaki, niż berek. Był w wersji klasycznej, z bazą, z zamianą ról, a także jako „berek parzy”, „berek kucany” czy „berek z zamianą imion”. Działo się! A jeśli ktoś miał ochotę na coś bardziej dramatycznego –
sięgał po ciuciubabkę (z zasłoniętymi oczami) lub „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy!”. Wszystkie miały jeden wspólny mianownik: wybuchy śmiechu i mnóstwo ruchu.

IMG 1791 Temat z okładki

Kolonie – wakacyjna wyprawa w nieznane

Choć większość dzieci wakacje spędzała na podwórku, szczęśliwcy trafiali na kolonie – nad morzem, w górach, nad jeziorem. Kajaki, rowerki wodne, nocne podchody, wspólne śpiewanie przy ognisku i potańcówki na deskach – to były wakacje życia. Bez luksusów, ale z przygodą i poczuciem wspólnoty, które zostawało na lata. Niezdarnie napisane kartki do rodziców z prośbą o kilka złotych to był jedyny kontakt z „bazą” w ciągu (często trwających po 3 tygodnie) kolonii. A po powrocie? Szorowanie „opalenizny” w wannie, wielkie pranie. Przyjaźnie zawarte na koloniach potrafiły przetrwać długie dziesięciolecia, choć zazwyczaj toczyły się tylko na kartkach pisanych do siebie listów.

Z perspektywy dorosłego można je nazwać „zabawkami biedy”. Ale to nieprawda. To była szkoła kreatywności, ruchu, spontaniczności i bycia razem. Zabawy pod trzepakiem uczyły więcej niż niejeden zorganizowany warsztat. Dziś – w świecie aplikacji, platform i komunikatorów – coraz trudniej o czas bez technologii. Ale właśnie dlatego warto przypominać sobie te gry. I pokazywać je dzieciom. Bo może się okazać, że guma i kawałek kredy mogą dać więcej radości niż najnowszy tablet.