aerial view crowd people beach Kultura
Aerial View of Crowd of People on the Beach, summer's day

Mój jest ten kawałek podłogi

Fot. IG Sztuczna Polska

Jesteśmy narodem terytorialnym. Lubimy mieć coś na własność, nawet jeśli to miałoby być malutkie czy nie do końca w naszym klimacie. Lubimy się okopać zarówno we własne przekonania, jak i dosłownie we własnym grajdole.

O wolność naszą i waszą walczyli dziadkowie, ale jej definicja… cóż, w dużej mierze zależy od osobistych zysków i strat. Tą wolność i niezależność, wpajaną już od przedszkola przez wszelkie szczeble edukacji, nie sposób porównać do cech opisujących wspólnotę, współwłasność, wspólny interes czy nie daj bóg tolerancję.

svg%3E Kultura

Najbardziej uderza mnie to latem, a już najbardziej nad wszelkimi zbiornikami wodnymi.

Ileż to śmiechu było w internecie o Polakach, którzy w wakacyjnych kurortach, hotelach all inclusive, w których wszystko im się należy „za darmo”, walczą od bladego świtu o leżak. Kiedyś wystarczyło tylko rzuć ręcznik, teraz ponoć trzeba stworzyć małe nadbasenowe obozowisko. Nie ma więc mowy o wyspaniu się na urlopie, bo ten proceder mógłby zdewastować resztę dnia, brak leżaka na urlopie, któż to wiedział? Polak potrafi!
Legendy i mity krążyły więc latami, aby w końcu zawitać już kilka sezonów temu i nad nasz rodzimy Bałtyk. Plaże, mamy ładne i szerokie i co nie jest oczywistą sprawą dostępne bezpłatnie dla wszystkich, a jednak… dochodzimy w tu do owej wolności, którą każdy niestety rozumie inaczej.

W zeszłym roku pojechałam na plażę. Nie na taką najbardziej obleganą, ale taką do której mam sentyment od dziecięctwa. Jeździliśmy tam z rodzicami każdego lata i choć nie było tam nigdy zupełnie pusto, to odległości między kocami były na tyle spore, że nikt siebie nie słyszał i sobie w torby nie zaglądał. Pojechałam tam więc po latach i od wejścia skierowałam się w stronę najdalej rozłożonego ludzkiego legowiska, aby i za nim, w pewnej komfortowej odległości się ulokować i prócz jodu zaznać jeszcze odrobiny relaksu.

Z torby wyciągnęłam butelkę wody i książkę. Nie zdążyłam się jednak jeszcze wygodnie umościć, jak przyszła za mną rodzinka turystów, rozkładając się dosłownie 50 cm ode mnie. Myślę, sobie: piachu w brud, plaży kawał, czemu oni tak blisko, zaburzając wręcz pewną strefę komfortu, kładą się niemal na mnie.

No nic, może są zdania, że w kupie raźniej, niemniej jednak od początku robią zamieszanie. Głośnio rozmawiają, nastawiają sprzęt muzyczny z disco polo na pełen regulator. Czemu na pełen? Bo poszli do wody i chcieli słyszeć z oddali swoją ulubioną nutę, to że inni, w tym ja, dostaliśmy dźwiękiem po uszach jak obuchem, zdaje się zupełnie nie miało dla nich znaczenia.

W pewnym momencie, kiedy to pan domu kręcił się w te i we wte poprosiłam go, aby ściszył sprzęt. Mało dyskretna jego małżonka, krzyknęła do niego: Czego ona chce?
On na to: Ściszyć. A ona: przecież żyjemy w WOLNYM KRAJU!

Panu przez sekundę na twarzy pojawił się dobrotliwy grymas. Jak tu pogodzić obcą kobietę na plaży, która chce relaksu i ciszy i żonę, która zdecydowanie wyznaje wolnościowe podejście nie tyle do życia, co chociażby do formy spędzania wolnego czasu w swoim wykonaniu. W tej krótkiej chwili, kiedy zupełnie nie wiedział co robić: ściszyć, czy się kłócić, spostrzegł na moim kocu, jeszcze nieotwartą książkę i równie niedyskretnie odkrzyczał do żony: Ale pani czyta!

Żona na to (nadal niedyskretnie): Co? Czyta? Ludziom to się poprzewracało w głowie. Nie ściszaj!

svg%3E Kultura

Nie muszę chyba dodawać, że na ów kawałek okupowanej przez siebie plaży nawieźli: parawanów, namiotów, całą przyczepkę dziecięcych zabawek, dmuchańców, torby jedzenia i picia, łopaty, owe sprzęty muzyczne, parasole, leżaki i pewnie coś jeszcze.
Żyjąc jak oni w wolnym kraju, spakowałam swój mandżur w płócienną torbę, zarzuciłam na ramię i wróciłam do domu. Tyle miałam z plaży w zeszłym roku.

Jak będzie w tym sezonie? Choć jestem rodowitą koszalinianką i od zawsze mieszkam blisko morza, nie posiadam leżaka, hamaka, parawanu, parasola, ani taczki dziecięcych zabawek. Z moim podręcznym kocem mogę położyć się, gdzie chcę, tak postrzegam wolność. Wolność to dla mnie również nie demolowanie zasada współbytownia.
Ostatnio przeglądając zdjęcia z jakiegoś miasta ujrzałam neon, który rozkładał się na dwie strony fasady budynku w napis: Gość – inność.

No właśnie z gościnnością nie jest u nas najlepiej, ale i goście przysparzają problemów. Żałuję, że przez dziesiątki lat, nie udało nam się, tu nad morzem wypracować pewnej etyki zachowań, norm czy zasad. Goście, z których czerpiemy zyski, demolują niejednokrotnie nasze strefy komfortu pod hasłem: płacę to wymagam. Najzabawniejsze jest to, że tak jak ja ową rodzinkę przytaczam jako nadbałtycką anegdotę, tak pewnie oni, innym – sobie podobny opowiadali o dziwnej pani, która czyta na plaży. Inność bowiem moim drodzy ma wiele twarzy i o tym też warto pamiętać