4 Ludzie

Zapomniana zima stulecia

W XX wieku zdarzyło się kilka zim, które z racji dużych opadów śniegu i silnych mrozów nazywano „zimami stulecia”. Ostatnia – i najbardziej w Polsce pamiętana – była w 1979 roku. Natomiast za pierwszą można uznać tę, która miała miejsce równo 65 lat wcześniej, na przełomie 1913 i 1914 roku. Szczególnie w okolicach Koszalina miała dramatyczny przebieg.

Rok 1913 ówcześni koszalinianie żegnali – tak jak mieszkańcy całego cesarstwa niemieckiego – z optymizmem. Był to rok jubileuszy: przede wszystkim hucznie obchodzonego stulecia rozpoczęcia zwycięskiej tzw. wojny wyzwoleńczej z Napoleonem. Natomiast w czerwcu tego samego roku ćwierćwiecze panowania obchodził cesarz Wilhelm II, pod którego rządami Niemcy stały się europejską i morską potęgą oraz coraz bardziej liczącym się państwem kolonialnym. Kolejny, 1914 rok miał być równie pomyślny dla całego państwa. Także przyszłość Koszalina pod rządami burmistrza Puscha rysowała się w jasnych barwach: latem 1914 roku miał zostać oddany do użytku nowy, funkcjonalny dworzec kolejowy, zaplanowano również modernizację parku miejskiego poprzez urządzenie w nim stawu z wysepką łabędzi i gondolami. Trwały rozmowy na temat uruchomienia lotniska, co miałoby usprawnić komunikację, zaplanowano też uruchomienie przeprawy z Koszalina do Unieścia niewielkim stateczkiem przez jezioro Jamno. Wszystko to miało się przyczynić do dalszego intensywnego rozwoju turystyki w Koszalinie oraz w pobliskich miejscowościach nadmorskich.

Kraj pod śniegiem

Pamiętna powojenna „zima stulecia” rozpoczęła się w Sylwestra 1978 roku. Podobnie było 65 lat wcześniej. Jeszcze prognoza pogody z poniedziałku, 29 grudnia 1913 roku zapowiadała na następny dzień i noc jedynie niewielkie ochłodzenie i brak opadów. Jednak już w dniu, gdy ją opublikowano w gazecie „Stralsunder Zeitung”, w całych północnych Niemczech od Schlezwiku do Prus Wschodnich rozszalała się burza śnieżna. Nieco mniejszymi opadami śniegu została dotknięta środkowa i południowa część kraju, ale cały Berlin został sparaliżowany zaspami, do których usunięcia i wywiezienia zatrudniono tysiące robotników. Jak informował krakowski Ilustrowany Kurier Codzienny, „Pociąg expres wschodni przybył wczoraj do Berlina z opóźnieniem 36-godzinnem.”

Na wybrzeżu Bałtyku rozszalał się sztorm, który spowodował lokalne podtopienia. W Kilonii woda w porcie znacznie się podniosła i zalała część ulic. W Rostocku woda całkowicie zalała plaże oraz wdarła się do piwnic domów. Wypompowywała ją stamtąd straż pożarna. Podobnie było w Lubece. W Sasnitz pod wodą znalazła się promenada, w Stralsundzie mieszkańców ostrzegano przed niebezpieczeństwem klaksonami. W Ahlbeck zatonęła łódź z czterema rybakami. W Travemünde poważnemu uszkodzeniu uległa nadmorska promenada, w Warnemünde woda podniosła się o półtora metra i przerwała tamę. W Greifswaldzie i okolicach zabrakło prądu. Na wyspie Rugia mola w kilku turystycznych miejscowościach zostały mocno uszkodzone. W Świnoujściu ulice znalazły się pół metra poniżej poziomu wody i przemieszczano się tam łodziami. W Szczecinie burza śnieżna spowodowała liczne opóźnienia pociągów, wstrzymano również ruch pociągów z Cammin (dziś Kamień Pomorski) do Treptow (Trzebiatów) i z Greifenberg (Gryfino) do Kołobrzegu. Duże szkody poniosły inne portowe miejscowości środkowo bałtyckiego wybrzeża, m. in. Łeba i Ustka. Bardzo ucierpiało kąpielisko na Westerplatte, na którym mocno uszkodzone została hala plażowa, Dom Zdrojowy, restauracja i molo.

Żywioł dotknął także wschodnie wybrzeże kraju. Port w Pucku został mocno uszkodzony, w Ceynowie (dziś Chałupy) domy rybaków znalazły się pod wodą. Pod wodą znalazły się również liczne budynki w Jastarni, dwa z nich musiały zostać rozebrane, gdyż groziły zawaleniem.

Przez kolejne dni pogoda nie uległa poprawie. „Gazeta Toruńska” z 2 stycznia donosiła: „Nawałnice śnieżne srożyły się jeszcze w środę i czwartek (31 grudnia i 1 stycznia) prawie w całej Europie, przybierając rozmiary straszliwego orkanu. Najwięcej ucierpiały miasta położone nad Bałtykiem i Morzem Północnem. Ulice stanęły pod wodą. Od 40 lat nie pamiętają takich powodzi. Wiele ludzi utonęło. Miejscami ustał ruch kolejowy, a także połączenia telegraficzne i telefoniczne były przerwane. Mosty zniszczone, zasiewy mocno ucierpiały. Szkody w polach, lasach i ogrodach ogromne. We Flensburgu i Rostoce poziom wody sięgnął pierwszych pięter. Kilkadziesiąt domów runęło.

Podobne przerażające wieści nadchodzą z Anglii, Francyi, Węgier, Rosyi, Danii, Szwecyi, Turcyi i Bułgaryi. W Rosyi i Anglii wielu ludzi pomarzło. Pociągi poutykały w śniegu, inne spóźniły się znacznie. Zachodnie i południowe Niemcy nawiedziła klęska powodzi. Dopływy Renu wylały. Ruch kolejowy pomiędzy Niemcami i Danią ustał zupełnie. Donoszą także o licznych wypadkach na morzu.” „Gazeta Gdańska” natomiast informowała, że „Z Niemiec zachodnich i Francyi w dalszym ciągu nadchodza wiadomości o wielkich zawiejach śnieżnych, które spowodowały wielkie przerwy w komunikacyi. Porozumienie telegraficzne Pomiędzy Paryżem a Berlinem jest utrudnione, pod wieloma względami nawet niemożliwe. Telegramy z Berlina do Paryża i odwrotnie muszą iść przez Brukselę, skutkiem czego doznają wielkich opóźnień, przytem również trudno tą drogą telegrafować, bo i w Belgii pada śnieg bez przerwy, co ujemnie wpływa na siłę przewodów elektrycznych w drutach telegraficznych. Największe szkody są we Francyi południowej, gdzie ruch kolejowy ustał zupełnie. Na wybrzeżach rozbiło się wiele mniejszych statków.”

Potop

W Koszalinie po nocnej śnieżnej burzy 30 grudnia, przez następny dzień obficie padał śnieg, uniemożliwiając ruch kolejek wąskotorowych do Bobolic i Polanowa. Również pociąg z Koszalina do Kołobrzegu utknął w śniegu w Henkenhagen (dziś Ustronie Morskie). Połączenie tramwajowe z Koszalina do Mielna zostało utrzymane dzięki pracy licznych robotników, jednak jeden z tramwajów wykoleił się w Strzeżenicy (nikt nie odniósł obrażeń). W samym Mielnie morskie fale całkowicie zalały plażę i przelały się przez wydmy, zalewając okoliczne parcele. Mocno uszkodzona została stojąca przy plaży, nieistniejąca już willa rodziny von Kameke, właścicieli znanego w Niemczech przedsiębiorstwa hodowli ziemniaków w Strzekęcinie. Betonowe ogrodzenie willi zostało całkowicie zniszczone. Woda zalała również ulicę w Unieściu, jednak linia tramwajowa do Mielna pozostała przejezdna.

Tego samego dnia, późnym popołudniem pierwsze fale uderzyły w wieś Sarbinowo, pokonując wykonane kilka lat wcześniej falochrony i umocnienia wydmowe, kamienne, murowane, długie na 1200 metrów i wysokie na dwa metry. Zalane zostały domy i budynki gospodarcze do wysokości pół metra. Woda płynęła z taką siłą i szybkością, że ledwo można było wyprowadzić bydło w bezpieczne miejsce. Hotel, w którym goście zamierzali świętować Sylwestra, musiał zostać ewakuowany. W Funkenhagen (dziś Gąski) woda przedarła się przez trzymetrowej wysokości wydmy, to samo było w Bauerhufen (Chłopy). Wysoki most nad kanałem Jamneńskim znalazł się całkowicie pod wodą. Również pod wodą znalazł się teren między jeziorem Jamno i Bukowo. Dwie wsie zostały całkowicie zniszczone, o czym pisał nawet odległy polski „Kurjer Lwowski z 14 stycznia 1914 roku:

Koszalin. Powódź wyrządziła tutaj straszne spustoszenia. Wsie Laase i Damkerort (dziś Łazy i Dąbkowice – przyp. K.U.) zniszczone zostały zupełnie. Woda wezbrała tak nagle i gwałtownie, że ludność uratowała tylko życie tracąc cały dobytek. Zrozpaczeni mieszkańcy chronią się na dachy i wzywają od 30 godzin nadaremnie ratunku, gdyż wezwane na pomoc wojsko nie może ruszyć z miejsca. Po miejscowości Damkerort nie ma śladu. Wielu mieszkańców uratowało się, płynąc od domu do domu. Dotąd nie wiadomo, ile jest ofiar w ludziach.” „Schlawer Zeitung” informowała, że w obu wioskach, które były przygotowane na atak żywiołu, woda podniosła się rano w ciągu dwóch godzin tak szybko, że mieszkańcom udało się jedynie ratować własne życie, chroniąc się na wysokich wydmach, jednak bez zapewnienia sobie wystarczającej ilości jedzenia. Nie udało się natomiast ocalić przerażonego gwałtownymi falami bydła, które potonęło.

Na jeziorze Jamno nastąpiła tzw. cofka spowodowana wtłaczaniem wody morskiej do jeziora. Wraz z nią fale naniosły piasek, który zamknął odpływ z jeziora do morza. Poziom wody w Jamnie podniósł się do stanu najwyższego od 1852 r. Woda odcięła od świata znajdującą się po drugiej stronie jeziora wieś Puddemsdorf (dziś Podamirowo) oraz dotarła do wsi Neuenhagen (dziś Dobiesławiec), a nawet do Schwerinsthal (dziś Skwierzynka na obrzeżach Koszalina). Do pomocy w oczyszczeniu kanału z piasku sprowadzono żołnierzy stacjonujących w Skibnie i Sianowie. W ewakuacji mieszkańców pomagało również 50 żołnierzy z 54. regimentu piechoty von der Goltz. Z powodu wielogodzinnego przebywania w lodowatej wodzie jeziora dowodzący nimi porucznik Burckhardt odmroził sobie obie nogi, które trzeba było amputować. Zwolniony z wojska, zamieszkał później w domu inwalidów w Słupsku.

Po burzy

Gdy pogoda się ustabilizowała, 12 stycznia dotknięte żywiołem tereny odwiedził książę Eitel Friedrich, syn cesarza Wilhelma II. Wraz z nadprezydentem prowincji Pomorskiej Wilhelmem von Waldow oraz koszalińskim landratem (starostą) von Eisenhart-Rothe udali się tramwajem do Mielna, a stamtąd nad kanał, który pogłębiało 50 żołnierzy z 54. regimentu piechoty von der Goltz z Koszalina. W tym czasie prezydent rejencji koszalińskiej Drews pojechał do Darłowa, a następnie do zniszczonych Dąbkowic, gdzie mieszkańcy schronili się w jedynej pozostałej chacie na wydmie. Książę spędził noc w Mielnie, w willi tamtejszego junkra Maxa von Schmelinga. Jak wspominała wnuczka właściciela, Rita Scheller, pokoik, w którym spał, jeszcze po latach nazywano „pokojem cesarskim”.

Dla pomocy poszkodowanym zorganizował się komitet powodziowy pod protektoratem księcia Eitela Friedricha i przewodnictwem prezydenta rejencji Drewsa, który wydał odezwę z apelem o wsparcie. Drugą odezwę wydał Komitet Pomocy Prowincji Pomorskiej pod przewodnictwem von Waldowa. W jego skład weszli pomorscy landraci, prezydenci rejencji i burmistrzowie. 13 stycznia prezydent rejencji koszalińskiej przekazał na konto komitetu pierwsze 10 tysięcy marek. Niewielkim wsparciem dla mieszkańców dotkniętych żywiołem miejscowości była też obfitość wyrzuconego przez morze bursztynu. Tylko w dwóch miejscowościach zebrano ok. 100 kg tego drogiego już wówczas surowca.

Zanim przyszła odwilż, nad morzem zjawili się również lokalni fotografowie, którzy uwiecznili fantastyczne lodowe formy pokrywające drzewa i budynki w Sarbinowie. Ukazały się później w formie pocztówek wydanych przez koszalińskie wydawnictwo „J. Rosenberg”, a także przez autora zdjęć, Emila Ziemera. Jeden z takich kadrów, ukazujący skutą lodem nadmorską promenadę z charakterystyczną wieżą kościoła w tle i budynkami pokrytymi grubą warstwą lodu i sopli zwisających z dachów i ogrodzeń, został zamieszczony kilka miesięcy później w folderze turystycznym „Köslin und seine Ostbäder”, reklamującym uroki letniego pobytu nad morzem. Niestety, również tego lata sezon trwał wyjątkowo krótko: w sierpniu 1914 roku wybuchła I wojna światowa, która dla mieszkańców całych Niemiec okazała się kataklizmem na dużo większą skalę.