IMG 20231123 163312 Ludzie

Kocham siebie – jak to trudno powiedzieć, ale można się tego nauczyć

Wyrozumiałość, moc, miłość, to hasła, które Anna Węgrzynek zamienia w talizmany. Puszczone dalej w przestrzeni internetowej podlegają różnym interpretacjom i każdy odbiorca może z nich zabrać coś dla siebie. Terapeutyczna siła płynąca z tych ledwie haseł urzeczywistnia się na warsztatach czy kobiecych kręgach. O tym jak znaleźć w sobie podkłady samomiłości rozmawiamy z bohaterką naszego materiału na chwilę przed świąteczną gonitwą.

– Twoje media społecznościowe wypełnione są kobiecą energią. Dotykają duchowości, ale też stawiają mocno na odkrywanie w sobie wewnętrznego „ja”.

– Jestem terapeutką, która, na co dzień w swoim gabinecie najczęściej spotyka się z młodzieżą. Bardzo lubię tę pracę i odczuwam też potrzebę realizacji w tym obszarze, głównie ze względu na moje wykształcenie i długie lata pracy w oświacie. Jednak tym co przynosi mi wiele satysfakcji, są spotkania, warsztaty, kręgi skupione wokół kobiecej energii. Takie grupowe spotkania pozwalają odkryć w sobie więcej niż na indywidualnych sesjach, nawet jeśli się jest tylko obserwatorem.

– Poznałam Cię, jak prowadziłaś wspaniałe miejsce, którego bardzo brak na mapie miasta, szczególnie dla młodych mam – myślę tu o „Puszczyku” kawiarni dla mam i dzieci.

– Miejsce to powstało z potrzeby wprowadzenia nowej jakości. Wspólnie z Eweliną Żukowską – Nadulską miałyśmy pomysł, aby na ciekawej i kreatywnej przestrzeni dzieci mogły się bawić czy uczestniczyć w warsztatach, a w tym czasie mamy miały szansę na dobrą kawę. „Puszczyk” był dla nas obu bardzo angażującą pracą. Same miałyśmy jeszcze małe dzieci, ja byłam w drugiej ciąży i do tego posypało mi się kompletnie życie prywatne. Nasza kawiarnia przetrwała 3 lata, ostatni rok przy nikłym moim udziale, ze względu na poród i problemy osobiste. Kiedy zamykałyśmy ostatecznie to miejsce, kotłowały się we mnie dwa uczucia: żalu, ale i ulgi, bo „Puszczyk” zaczął stawać się obciążeniem, nie do końca spinającym się ekonomicznie, pochłaniał zbyt dużo czasu, jak na tamten okres w naszym życiu.

– Co było potem?

– Jest we mnie sporo z osoby, która ma potrzebę „ratowania świata”, tak też moim kolejnym zajęciem była praca w Euro Szkole. Placówce, która powstała na bazie pomysłu minister edukacji pani Katarzyny Hall, pod hasłem Akademia Dobrej Edukacji. Tu stawiano nacisk na indywidualne podejście, nie było ocen i stresujących sprawdzianów. Szkołę tę założyła psycholog Maja Megier, moja wykładowczyni ze studiów. Kiedy nasze ścieżki życiowe znów się splotły, bardzo mocno uwierzyłam, że taka szkoła to świetny pomysł, tym bardziej, że powszechny system edukacyjny już wtedy mocno kulał. Akurat pierwszą klasę rozpocząć miała moja starsza córka, więc ten temat był mi szczególnie bliski. Mimo entuzjazmu z biegiem czasu miałyśmy coraz mniejszy wpływ na spójne prowadzenie szkoły, więc wraz z odejściem założycieli, ja również zrezygnowałam z pracy w tej placówce i wtedy zrodził się pomysł i potrzeba, aby zostać terapeutką.

– To również zajęcie z kategorii „ratuję świat”?

– Poniekąd tak, ale teraz na zdecydowanie bardziej świadomym działaniu. Zgodnie z wykształceniem rozpoczęłam prowadzenie indywidualnych terapii, skupiając się głównie na młodzieży. Musiałam wykonać też sporą pracę nad sobą. Nadal byłam mamą samotnie wychowującą córki, więc musiałam nauczyć się zdecydowanie rozdzielać świat mojej pracy, od domu. A w tym wszystkim znaleźć jeszcze przestrzeń dla siebie. Wtedy właśnie zaczęłam mocno zgłębiać aspekty poznania przyczyn oraz poszukiwań rozwiązań, czemu jest tak, a nie inaczej w moim życiu. I że nie uratuję świata, jeśli całkowicie pozbawię się przestrzeni dla siebie.

– Czyli zaczęłaś stawiać granice?

– I sporo osób się wówczas ode mnie odwróciło. Okazało się, że nie jestem potrzebna, jeśli zaczęłam walczyć o siebie. Bardzo łatwo popadamy w schematy, powielamy zachowania wyniesione z domu i jeśli nawet nie widzimy w tym nic złego, to jednak one potrafią zagarnąć nasze życie i poprowadzić je w niekoniecznie odpowiednim kierunku. Musiałam też nauczyć się odpuszczać i pozwolić innym na pomoc. Ta praca nad sobą, która jest ciągle procesem, zbliżyła mnie bardzo do wyjątkowej siły kobiecej energii. W ten sposób powstał pomysł cyklicznych i regularnych spotkań z innymi kobietami. Dajemy sobie na nich dużo, mimo że zupełnie się nie znamy.

svg%3E Ludzie

– Jak wyglądają takie spotkania?

– Trochę zależy to od tematu. Mamy spotkania cykliczne, gdzie na każdych podejmujemy inny aspekt ogólnego zagadnienia np. miłości, szczęścia. Jeździmy na weekendowe warsztaty, czy spotykamy się na jednorazowych wydarzeniach. Staram się poruszać temat cielesności i pracy z ciałem. Spontaniczny taniec, joga, czy elementarne czucie własnego ciała, przez dotyk, objęcie. Widzę, prawie zawsze, że mamy z tym problem. Jednym elementów niektórych warsztatów jest np. przyglądanie się sobie w lustrze. Później skomplementowanie siebie. W zasadzie wszystkie mamy z tym problem. Czasem pojawia się smutek, czasem wręcz łzy, jednak takie spotkania są bardzo otwierające i niejednokrotnie stanowią nowy początek w poszukiwaniu siebie. Nauka samomiłości, która powinna być czymś zupełnie naturalnym stwarza nam problem, nawet ból. Tak zostaliśmy wychowani, na szczęście mamy narzędzia, żeby sobie to uświadomić i spróbować mieć na to wpływ.

– W przestrzeni internetowej twoje posty są apelem o akceptację siebie, otoczenia.

– Żyjemy w społeczeństwie, w którym stawianie siebie na pierwszym miejscu nie wszędzie jest dobrze widziane. Jesteśmy często, my kobiety, ale i mężczyźni, wręcz wtłoczeni w schematy, w jakich wypada, bądź nie wypada się zachować. Trudno wyzwolić się z takich stereotypów, kiedy otoczenie mówi nam, co mamy robić i wie lepiej, co dla nas dobre.

Najtrudniejszy okazuje się ten pierwszy krok. Pierwsza wizyta u terapeuty, pierwsza szczera rozmowa. Zauważyłam, że moje posty w mediach społecznościowych dobrze działają na czytelników. Piszą do mnie, że trafiłam w punkt, że dziś właśnie ktoś czuje podobnie lub to co napisałam dało jemu czy jej do myślenia, że może warto zwrócić się ku sobie.

– A ty jak dbasz o swoją przestrzeń i czym dla ciebie jest twoja własna samomiłość?

– Pracuję 3-4 dni w tygodniu. Mogłabym więcej, ale tu są moje granice. Potrzebuję czasu dla siebie, dla swojej rodziny. To mój priorytet i balans w jednym. Słucham swojego ciała i daję mu przestrzeń. To dotyczy wszystkiego od diet, które potrafią zatruć życie, po wysypianie się. Szukam dobrych energii i uczę się tego, aby innych dopuścić do siebie. My kobiety chcemy często mieć ostatnie zdanie, czy mieć wpływ absolutnie na wszystko, a nie o to chodzi. „Ratowanie świata” staram się trzymać w ryzach, a bardziej koncentruję się na współdziałaniu. Organizowane przeze mnie spotkania kobiet, wiele dają też mnie samej. Jeszcze całkiem niedawno, na niemal każdą prośbę reagowałam swoją gotowością. Teraz mam do tego inne podejście. Sprawdzam sama ze sobą, czy mam przestrzeń i otwartość na taki rodzaj wsparcia.

Jedno jest pewne dobra energia przyciąga dobrą energię. Spotykam mnóstwo osób, które czują podobnie, dla których samorozwój jest wartością, a kiedy jestem świadkiem pozytywnych przemian w czyimś życiu, daje mi to ogromne poczucie sensu.