Birdwatching – angielski termin ze stuletnim rodowodem oznacza obserwowanie ptaków. To niebanalne hobby jest popularne w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, ale i u nas dobre kilka tysięcy ludzi wychodzi nad akweny albo do lasu i obserwuje fruwające stworzenia. Tomasz Grzebielucha poszedł o krok dalej. Jego fotografie pokazują świat zwierząt, który mamy w zasięgu ręki, a właściwie oka.

 

 

Tomasz Grzebielucha 2– Fotografia przyrodnicza to dla Pana bardziej spotkanie z przyrodą, czy łapanie najlepszego ujęcia?

– Fotografuję z pasją i sercem, nie rozdzielając tych dwóch rzeczy. Najpierw idę na spotkanie z przyrodą, obserwuję ją, poznaję a następnie staram się wydobywać z niej najlepsze ujęcia ptaków czy ssaków. Czasami jest to kwestia szczęścia, przypadku, bycia w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu, wciśnięcia w odpowiedniej chwili spustu migawki.

 

– Ta fascynacja musiała się jakoś rozpocząć

– Byłem wychowywany w kontakcie z przyrodą. Mieszkając na Rokosowie, w niedużej odległości od lasu, często chodziliśmy z babcią na spacery, obowiązkowo na grzyby czy po drobne drewno na rozpałkę. W trakcie tych wyjść babcia opowiadała mi o otaczającej nas przyrodzie. Pamiętam, że kiedy dochodziliśmy do lasu, babcia za każdym razem wypowiadała te słowa „Witam Cię lesie i pozdrawiam”. Tak wyrażała swój szacunek. Później lubiłem często sam, bez opieki, pochodzić sobie po lesie. Brałem wtedy ciężką radziecką lornetkę taty, siadałem na jakiejś górce i obserwowałem teren. Z reguły podglądałem małe ptaki, bo trudno było zobaczyć ssaka w tym rejonie.

– A pierwsze kroki w fotografii?

– Aparat był w domu od zawsze. Tato, zapalony fotoamator, gdy miałem 10-11 lat, kupił nową lustrzankę analogową i zaczął mnie uczyć jej obsługi. Nie było to łatwe, bo długo nie mogłem pojąć zależności czasu, przysłony i czułości, aby wykonać poprawne zdjęcie. Pamiętam jak w sobotnie wieczory nasza łazienka zamieniała się w ciemnię fotograficzną. Asystowałem tacie, który pozwalał mi wkładać naświetlony papier fotograficzny do wywoływacza. Bardzo mi się to podobało, bo na białym papierze po chwili wyłaniało się zdjęcie, które trzeba było w odpowiednim czasie włożyć do przerywacza, potem utrwalacza i do wanny z wodą. Rano suszyliśmy te zdjęcia w specjalnym urządzeniu.

– Fotografuje Pan tylko naturę?

– Często fotografuję uroczystości rodzinne, znajomi proszą mnie, abym towarzyszył im z aparatem w ważnym dla nich dniu. Fotografia przyrodnicza chodziła za mną bardzo długo, ale byłem ograniczony sprzętowo. Aż do zeszłego roku, kiedy wyprzedałem swój cały sprzęt używany w działalności związanej z filmowaniem. Za zebraną sumę kupiłem duży teleobiektyw. Zadowolony wyruszyłem w teren na łowy, znajdując temat do zdjęć. Po powrocie do domu i obejrzeniu tych fotografii na ekranie komputera byłem rozczarowany. Ptaki w locie były poruszone, zdjęcia ciemne, wszystkie nadawały się do kosza. Wtedy zrozumiałem, że fotografowanie przyrody jest trudną dziedziną i że jeśli chcę to robić, muszę znacząco poprawić swój warsztat. Zacząłem więc czytać książki o fotografii, szukać pomocy na forach internetowych. Z czasem moje fotografie stawały się coraz lepsze. Każde wyjście w teren uczy mnie czegoś nowego.

– Jak poluje się aparatem fotograficznym?

– Zanim wyjdę w teren, sprawdzam prognozę pogody, zakładam odzież kamuflującą, odpowiednie obuwie, zazwyczaj kalosze. Ważne jest zakrycie rąk i twarzy, bo te części ciała odbijają światło i jesteśmy widziani z dużej odległości. Przeważnie wychodzę przed świtem, aby być na miejscu, zanim wstanie dzień. Bardzo ważna kwestia związana jest z bezpieczeństwem. Tereny Nadleśnictwa Manowo, na których wykonuję ponad 90 procent swoich zdjęć, są włączone w obwody łowieckie i trzeba bardzo uważać, aby nie zostać pomylonym z dzikiem, a takie przypadki już w Polsce się zdarzały. Głównie fotografuję na terenach podmokłych, leśnych łąkach czy wzdłuż rzeki. Przeważnie z pozycji leżącej. Rozkładam karimatę, mocuję aparat na statywie tzw. patelni, rozpinam przed sobą bądź nakrywam się siatką maskującą. Mniej więcej kieruję obiektyw na miejsce, w którym przypuszczam, że coś się będzie działo i czekam. Ptaki są bardzo wyczulone na jakikolwiek ruch, łatwo je spłoszyć, szczególnie większe gatunki. Jeśli już musimy przesunąć obiektyw w lewo czy w prawo, zmienić pozycję, róbmy to bardzo powoli. Lubię też siadać pod gęstym krzakiem na leśnej polanie i fotografować przelatujące ptaki. W ten sposób po raz pierwszy uwieczniłem przelatującego bielika.

– To wymarzone ujęcie jeszcze przed Panem?

– Uwielbiam fotografować ptaki, lecz moim marzenie jest sfotografować wilka bądź całą watahę, bo wiem, że taka żyje na terenie Nadleśnictwa Manowo. W sumie pierwsze małe spotkanie mamy już za sobą podczas ubiegłorocznego rykowiska, kiedy zobaczyłem sylwetkę wilka poruszającego się w trzcinach. Zrobiłem mu kilka zdjęć, ale są one bardziej dokumentacyjne niż takie, by je pokazywać.

– Czy są wśród obserwowanych ptaków i ssaków takie okazy, do których Pan chętnie powraca?

– Znam miejsca gniazdowania dużych ptaków, ale staram się omijać je, aby nie wprowadzać niepotrzebnego im stresu. Ptaki czy ssaki boją się ludzkiej sylwetki i uciekają na nasz widok. U ptaków niesie to ze sobą takie zagrożenie, że kiedy wysiadują jaja, czy wychowują pisklęta a my je spłoszymy, wtedy mogą długo nie wracać, zostawiając gniazdo bez opieki. Jest to niebezpieczna sytuacja. Opuszczone gniazdo mogą spenetrować drapieżniki, na przykład kruki.

– Wybierając się w plener, jesteśmy w stanie trafić na „perełkę”?

Może być nią bocian czarny. Gniazda buduje na starych drzewach w miejscach trudno dostępnych dla ludzi, a żeruje na terenach podmokłych.

– Lato czy zima? Która pora roku jest najwdzięczniejsza dla fotografa przyrody?

– Każda jest dobra, ma swój urok. Od pory roku uzależniony jest kalendarz fotograficzny. Wiosną wszystko się zaczyna, budzi do życia, ptaki wracają z zimowisk na tereny lęgowe, zaczynają się gody, budowanie gniazd. Latem dzieje się mniej, bo ptaki zajęte są wychowywaniem piskląt. Jesień to czas odlotów na zimowiska i zaczyna się wyczekiwane przez wielu rykowisko jeleni. W ubiegłym roku po raz pierwszy mogłem na żywo obserwować ryczące byki. Świetne przeżycie. Zima, to czas, kiedy nie ma liści na drzewach, dzięki czemu łatwiej dostrzec siedzące na gałęziach ptaki, które nie odlatują w cieplejsze regiony Europy czy Afryki. Liczę, że jeszcze uda mi się zrobić zdjęcie myszołowa włochatego, który przylatuje do nas ze Skandynawii, bo w Polsce zimy są łagodniejsze.

– A egzotyczne gatunki. Nie kuszą?

– Nie. Zdecydowanie wolę fotografować krajowe ptaki.

– W kniei i w szuwarach – to nazwa strony na FB, którą Pan prowadzi. Tam oprócz zdjęć, jest spora dawka ciekawostek przyrodniczych.

Strona powstała przede wszystkim dlatego, że bardzo chciałem pokazać przyrodę, która nas otacza. Tereny Nadleśnictwa Manowo są piękne i bardzo zróżnicowane. Ja najbardziej uwielbiam te, gdzie są leśne stawy, jeziora, tereny podmokłe, bo tam zawsze coś się dzieje. Jest pewnie sporo ludzi, którzy są na spacerze w lesie czy w parku i nie dostrzegają uroku przyrody, bo rozmawiając na przykład przez telefon, nie widzą co się dzieje wokół nich, mogą na coś patrzeć i tego nie widzieć. Jestem stażowo młodym miłośnikiem przyrody, cały czas poszerzam zakres wiedzy. W Polsce mamy ponad 400 gatunków ptaków i przyznaję, że wielu jeszcze nie znam.

– Pasja pochłania sporo czasu. Czy w rodzinie znajduje ona zrozumienie?

– Tygodniowo poświęcam na fotografowanie przyrody 8-9 godzin. Chciałbym więcej, ale ogranicza mnie praca zawodowa i obowiązki poza nią. Żona mnie wspiera, bo też bardzo lubi przyrodę i rozumie moje wyjścia w teren. Zdarza się, że chodzimy wspólnie czysto obserwacyjnie, zabierając sześcioletnią córkę, aby zobaczyć nowe miejsca, a czasami na długie marsze po naszych lasach. Córka w zeszłym roku postanowiła, że też chce robić zdjęcia jak tata i udało jej się „ustrzelić” lecącego jastrzębia i bielika. Co prawda wysoko na niebie, ale pierwsze koty za płoty. Może wyrośnie z niej przyrodnik lub leśnik.

– Które miejsce warto odwiedzić na sam początek przygody, nie tyle z fotografią przyrodniczą, a choćby z obserwacją ptaków.

– Na pewno polecam wały przeciwpowodziowe wzdłuż jeziora Lubiatowo. Dojeżdżamy w Koszalinie na ulicę Żurawią i stamtąd idziemy pieszo polną drogą wzdłuż jeziora. Po kilkuset metrach mamy widoczny skręt w lewo na pierwszy krótszy odcinek. Doprowadzi on nas do miejsca, w którym rzeka Dzierżęcinka wypływa z jeziora. Jest to bardzo urokliwe miejsce. Idąc dalej przechodzimy przez betonowy most i wchodzimy na drugi dłuższy odcinek. Ta droga prowadzi do Manowa. Przy odrobinie szczęścia spotkamy bielika, który lubi pojawiać się na tamtym terenie. Po za nim występują tam żurawie, czaple siwe i białe, gęgawy oraz inne ptaki wodno-błotne. Zamiast aparatu fotograficznego na początek polecam lornetkę.