Moda to dzisiaj głównie metka i logo. Coraz mniej jest w niej miejsca na wyrażanie siebie, a coraz więcej pustych sloganów i hipokryzji – mówi Tamara Gonzalez Perea, do niedawna jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych, a obecnie ekspertka z zakresu rozwoju osobistego, rozwoju relacji interpersonalnych oraz pracy nad świadomością i ciałem. Tamara w rozmowie z „Prestiżem” zdradza, jak udało jej się osiągnąć stan świadomości pozwalający wyzwolić się z „muszę”, „powinnam”, „wypada”.

 

_Q5A2216– Zbliża się rok od czasu, gdy podjęłaś chyba najważniejszą decyzję w swoim zawodowym życiu. Kiedyś Macademian Girl, blogerka modowa, dziś po prostu tak jak w metryce, Tamara Gonzalez Perea, life coach i motywatorka. Co pchnęło Cię do tak dużej zmiany w życiu?

– Zmiany zaczęły się przed pandemią, myśl o tym kiełkowała we mnie już kilka miesięcy wcześniej. Rok 2019 to manifest tej decyzji, która jest naturalnym przedłużeniem mojej ścieżki życiowej i wynikiem procesu szukania siebie i sposobu komunikacji z osobami, które są ze mną i mnie obserwują. Przez 10 lat to moda była dla mnie narzędziem do komunikacji na temat stylu, wyrażania siebie, odnajdywania siebie. Z czasem jednak okazało się, że to dla mnie za mało, że po 10 latach język mody stał się zbyt ubogi, by mówić o tym, o czym chcę mówić.

 

– Mówisz o życiu. O życiu świadomym i odpowiedzialnym. Dzisiaj jednak wielu ludzi mówi innym ludziom, jak mają żyć. Mniemam, że u Ciebie nie był to tylko pomysł na nową działalność, ale zmiana poparta solidnym doświadczeniem?

– Tak właśnie. Przez 10 lat budowałam markę osobistą opartą na uczciwości wobec tych, którzy chcieli mnie słuchać i oglądać. Marka Macademian Girl to byłam ja i tylko ja, a nie brand, za którym stoi sztab marketingowców. Zawsze byłam autentyczna, nikogo nie udawałam. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by budować coś na fałszu. To nie ja, nie mój styl, nie mój charakter. Drogę samorozwoju praktykuję od wielu lat – studia, kursy, warsztaty i przede wszystkim codzienne świadome życie. Czułam, że czas dać temu wyraz nie tylko w sferze prywatnej, ale chciałam się tym dzielić.

 

– Wspomniałaś o budowaniu marki osobistej. Macademian Girl to był ścisły top w polskiej blogosferze. Jak dojrzewała decyzja o zmianie, o zostawieniu swojego „dziecka” i rozpoczęciu wszystkiego od nowa?

– Przede wszystkim sama moda się bardzo zmieniła od czasu, gdy zaczęłam się nią zajmować. Stała się do przesady konsumpcyjna, szybka i drapieżna. Metka i logo stały się ważniejsze od własnego ja. Coraz mniej tutaj jest miejsca na wyrażanie siebie, a coraz więcej pustych sloganów i hipokryzji. Obserwowałam te zmiany i stwierdziłam, że nie chcę w to brnąć. Zaczęłam mocniej pracować nad swoją świadomością, coraz więcej czasu poświęcałam na rozwój osobisty. I nagle uświadomiłam sobie, że to co robię w swoim prywatnym czasie, to w co inwestuję swoją energię, zajmuje mi więcej czasu niż praca zawodowa. Decyzja o zmianie kierunku była tego naturalną konsekwencją.

 

– Zmiana ta wiązała się z pewnością z dużą odwagą, nie tylko taką cywilną, ale też biznesową?

– Moda jest zdecydowanie większym biznesem i bardziej nastawionym na zarabianie niż praca ze świadomością. Pieniądze są w życiu ważne, ale ważniejsze dla mnie jest, aby je zarabiać w całkowitej zgodzie ze sobą. Podjęłam ryzyko, również biznesowe, ale nie można ze strachu lub z pobudek konformistycznych tkwić wciąż w tym samym miejscu.

Przez 10 lat w modzie spróbowałam wszystkiego, co mnie w tej branży interesowało – sesje zdjęciowe, stylizacje, pokazy mody, uczestnictwo w imprezach typu Fashion Week, wywiady, komentarze eksperckie, itd. Jestem spełniona, ale trzeba się rozwijać. Teraz robię coś innego i znów czuję tą samą radość i energię, jak wiele lat temu, gdy zaczęłam prowadzić bloga modowego.

 

 

– Mówisz publicznie o potrzebie życia w harmonii ze światem, bycia świadomym człowiekiem. Co przez to rozumiesz?

– To znaczy żyć tu i teraz, cieszyć się tym co mamy, nie gonić nieustannie za pieniędzmi, za sukcesem. Nie rezygnować z pasji, nie rezygnować z siebie. Dbać o relacje. Pandemia wiele zmieniła. Gdy nie ma dostępu do kin, do restauracji, to właśnie relacje stają się istotą naszego życia. To czas, gdy możemy zwolnić i poszukać siebie. Dla wielu ludzi to również czas totalnej zmiany. Nagle wywróciło się do góry nogami wszystko, co do tej pory było stałą – podróże, zakupy, relaks, sposób komunikacji, stosunki międzyludzkie. Nastąpiło bardzo mocne zwrócenie wektora do środka, człowiek dowiaduje się wiele sam o sobie – jak się czuję w swoim domu, gdy muszę spędzić w nim dwa miesiące, jak się czuję ze swoimi przyjaciółmi, gdy nie możemy się zobaczyć, co znaczą relacje, jak są głębokie. Widzimy, jak wiele pandemia nam zabrała, jak bardzo ograniczyła naszą wolność, ale dzięki temu mamy szansę uświadomić sobie, co jest w życiu ważne i dlaczego warto żyć, co mnie tak naprawdę cieszy, czy jestem w miejscu, w którym naprawdę chcę być, za czym gonię i czego tak naprawdę chcę od życia?

 

– Za czym zatem gonisz i czego chcesz od życia?

– No właśnie, nie gonię. Cieszę się życiem, realizuję swoje pasje, własne projekty. Dzielę się swoją wiedzą, energią z innymi, cieszę się, że mogę być dla innych inspiracją. Prowadzę wyjazdowe warsztaty rozwojowe, uruchomiłam specjalną platformę do warsztatów on-line www.MocAfrodyty.pl, gdzie odbywają się cotygodniowe, poniedziałkowe spotkania w kobiecym Kręgu Mocy Afrodyty i sesje indywidualne.

Tęsknię bardzo za spotkaniami na żywo. Przed pandemią zorganizowałam fantastyczne warsztaty „Moc Afrodyty – obudź w sobie boginię”. To był magiczny czas, celebracja pięknych chwil w kobiecym gronie. Już niedługo planuję kolejne.

 

– Sporo w ostatnim czasie powstało inicjatyw typowo kobiecych. Z czego to wynika?

– Przede wszystkim chodzi o wymianę kobiecej energii. Dzisiaj kobiety coraz wyraźniej manifestują taką potrzebę. Mężczyźni od zarania dziejów zrzeszają się różnych klubach tylko dla mężczyzn, mają swoje typowo męskie światy, do których kobiety nie mają wstępu lub uwarunkowania społeczne sprawiają, że nie są tam mile widziane. Wsparcie jakie kobieta może dostać od drugiej kobiety jest nieocenione. Z kobietami ładujemy nawzajem swoje baterie, z mężczyznami wymieniamy się energią.

 

_Q5A2635– Na czym polegają warsztaty „Moc Afrodyty – obudź w sobie boginię”?

– Warsztaty są po to, by odkryć w sobie kobiecość, w każdym jej aspekcie. Są też po to, by spotkać inne kobiety, w których oczach możemy się przejrzeć, jak w lustrze. Zakres tego, co robimy jest bardzo szeroki i dotyczy zarówno pracy z traumami, które blokują rozwinięcie skrzydeł, pracę z ego, wewnętrznym dzieckiem, itp. Podejmujemy szereg aktywności pozwalających odkryć swoje talenty. Dużo pracujemy nad komunikacją damsko-męską, komunikacją w związkach. Nie ma tu tematów tabu. Mamy panel o seksualności – rozmawiamy o swoich potrzebach, o cielesności. Jest też praca z cyklem menstruacyjnym. To naturalny element życia każdej kobiety stanowiący jej połączenie z matką naturą, a jednocześnie temat bardzo wstydliwy, krępujący. Warsztaty trwają osiem dni i jest to czas naprawdę głębokiego zanurzenia się w kobiecości.

 

– Warsztaty kładą nacisk na rozwój osobisty, ale czy mają one również charakter feministyczny?

– To zależy, jak postrzegamy feminizm i czym on tak naprawdę jest. W zdrowym, rdzennym rozumieniu tego pojęcia jak najbardziej. Myślę, że już sam fakt, iż warsztaty dedykowane są kobietom, w pewnym stopniu je określa. Natomiast my nie walczymy z mężczyznami. Szukamy raczej sposobu na to, by stać się świadomą kobietą, osadzoną w swojej mocy, która kroczy na równi z mężczyznami, ale wie, że się od nich różni i czerpie z tego radość. Nie ma tu potrzeby zamiany ról.

Chodzi też o stereotypy i ramy, w które „wkładana” jest nasza kobiecość. Jest Matka Polka, strong woman, independent woman, business woman, jest femme fatale i wiele innych. Uświadamiamy, że kobieta jest tym wszystkim, nie musi się zamykać w jednej skórze i określać jednego aspektu swojej osobowości spychając inne na dalszy plan.

 

– Mówisz głównie do kobiet – uświadamiasz, motywujesz, wyzwalasz w nich, często głęboko ukryte pokłady kobiecości. Moim zdaniem droga do tego wiedzie przez samoakceptację. To jest realny problem kobiecego świata?

– Oczywiście, że tak. Częściej ten problem dotyka kobiet niż mężczyzn. Kobiety długo były wypychane na boczny tor przez patriarchat. To się zmienia, kobiecy głos jest coraz mocniejszy, nie boimy się manifestować swoich potrzeb, zawalczyć o swoje prawa. Zaobserwowałam, że kobiety potrafią dostrzec wiele dobrego w innych kobietach, często się nawzajem doceniamy, wspieramy, podziwiamy, ale jednocześnie brakuje nam samoakceptacji. Tymczasem, jeśli szczerze pokochamy siebie, wtedy dzielimy się dobrą energią z potrzeby serca, a nie z potrzeby akceptacji.

 

– Wspomniałaś o presji społecznej, oczekiwaniach, jakie stawia przed kobietami współczesny świat…

– Tak, oczekiwania są ogromne i osobiście uważam, że kobiety wzięły na siebie trochę za dużo, dlatego są tak często przemęczone i sfrustrowane. Zrównały się z mężczyznami, w ten sam sposób prowadzą swoje firmy, żyją w tym samym tempie, a jednocześnie odgrywają rolę przypisaną im przez społeczne uwarunkowania, czy naturę – rodzą dzieci, sprawują opiekę nad domowym ogniskiem, itd. Ważne, aby kobiety nauczyły się prosić o wsparcie i wiedziały, że mają do niego prawo.