Jerzy Arsoba, szczecinianin, podróżnik, fotograf, pilot wycieczek. „Zaliczył” wiele ciekawych miejsc na świecie – m.in. podróże po Rosji, Azji, trzy miesiące podróży samochodowej po Australii i Nowej Zelandii. W październiku ubiegłego roku postanowił zwiedzić Portugalię. Pieszo. Wrócił w lutym.

 

– Ta podróż była planowana, czy to pomysł ad hoc?

– W próżni spowodowanej potężnym kryzysem w branży, brakiem możliwości działania, miotałem się z pół roku. Trzeba było pozamykać wszystkie organizacje wypraw, oddać zaliczki klientom, których było sporo. Mocno wtedy siadła mi kondycja – psychiczna i fizyczna. Brak było perspektyw. Wtedy skrystalizował się pomysł, aby samemu sobie przywrócić harmonię wewnętrzną i kondycję fizyczną. Wróciłem myślami do Japonii. Ale ona była i jest nadal całkowicie zamknięta dla turystów. Zacząłem szukać takiego kraju w Europie, który spełni takie warunki: można tam polecieć, można się po nim poruszać, jest bezpieczny dla samotnego piechura. Tak pojawiła się na horyzoncie Portugalia, która jest też symboliczna. Stamtąd w XV, XVI wieku bardzo odważni ludzie ruszali w świat, szukać nowych dróg i miejsc. Jako początek i koniec tego mojego projektu wybrałem miasto Porto.

 

– Dlaczego solo? Względy ekonomiczne, bezpieczeństwa?

– Od początku wiedziałem, że to będzie wyprawa solowa. W jakimś sensie jest to mój powrót do korzeni. Przed stworzeniem Pracowni Podróży przez trzy lata podróżowałem po świecie solo. Tak mi się najbardziej podobało. Wtedy zależę tylko od siebie, nie muszę z nikim konsultować rozkładu dnia, trasy podróży, czegokolwiek. Mam wtedy pełną wolność samostanowienia i wędrowania. Myślę, że też byłoby trudno kogoś namówić, by na cztery miesiące opuścił Polskę, rodzinę, pracę i ruszył na taka wyprawę. Solo – tak się najlepiej czuję w odkrywaniu świata. Łatwiej i szybciej też nawiązuję interakcje ze spotykanymi po drodze ludźmi.

 

 

– Kiedy Pan rozpoczął wędrówkę?

– Wystartowałem 17 października 2020, roku a finiszowałem 9 lutego tego roku. W sumie było 86 dni pieszego wędrowania. Najczęściej szedłem około 5 dni pod rząd i robiłem dzień przerwy. Czasem obostrzenia pandemiczne lub brak noclegu wymuszały dłuższy przystanek, a czasem po prostu musiałem dać odpocząć stopom, plecom – niosły plecak o wadze ok. 13 kg. Moja piesza pętla po konturach Portugalii wyniosła 2400 km (zarejestrowany ślad GPS) – można to porównać do odległości w linii prostej ze Szczecina do Batumi w Gruzji nad Morzem Czarnym lub na Gibraltar. Suma wzniosów (podejść liczonych w pionie) wyniosła ok. 35 tys. metrów. To trochę tak, jakby 6 razy wejść z lotniska Lukla na Mount Everest (śmiech).

 

– To były największe trudności?

– Były dwie sprawy, które mnie jako piechurowi się nie podobały. Psy i samochody. Psów w Portugalii jest bardzo dużo i są niestety źle traktowane. Praktycznie wszystkie są na łańcuchach, część dodatkowo w klatkach. Są traktowane jako strażnicy domostw, wykorzystywane do polowań, nierzadko głodują. One z daleka mnie, jako piechura, wyczuwały. Wtedy cała wioska wściekle ujadała, psy rzucały się na ogrodzenia z każdej strony, próbowały mnie dopaść. Cały spokój i radość poddawane wtedy były trudnej próbie. Najgorsze jednak były te psy, które na obrzeżach wiosek, miasteczek były puszczone luzem. Druga sprawa – sposób jazdy portugalskich kierowców. Jeżdżą bardzo szybko, nieostrożnie. Prowincja jest wyludniona. Generalnie widziałem tam tylko osoby 60+. Młodzież i średnie pokolenie wyemigrowały do miast. Starsze osoby za kierownicą to standard na prowincji. Nie zwracają uwagi na pieszego, samochody często jechały prosto na mnie! W ostatniej chwili wykręcały, mijając mnie z dużą prędkością. Standardem jest jazda „na zderzaku”, szczególnie na wąskich drogach. Często jeżdżą bez świateł, również we mgle. Kilka razy zdarzyło się, że w ostatniej chwili uskoczyłem do rowu z wodą.

 

– A co było przyjemnym zaskoczeniem?

– Portugalia jest przepiękna krajobrazowo, bardzo fotogeniczna, kolorowa, zróżnicowana, urokliwa. W czasie tych trzech miesięcy pieszo po konturach Portugalii, zwiedziłem większość regionów tego kraju. Na swoim fotoblogu codziennie publikowałem małą galerię zdjęć. Łącznie jest ich ok. 1700. Fotoblog cieszył się sporą popularnością. Wiele osób podkreślało, że dzięki niemu stworzyłem przewodnik fotograficzny po Portugalii. Portugalia wydaje się niewielka w skali Europy. Ale to kraj regionów, mocno różniących się od siebie. To kraj wina – na półkach sklepowych są ich setki, w tym słynne wina porto. Cena jest bardzo dostępna – za dwa i pół euro takie wina często testowałem. I nie trafiłem ani razu na wino, które byłoby złe, niesmaczne. Jak więc dobre musiały być te z górnej półki (śmiech). Dalej – kawa. W Portugalii jest dobrem podstawowym, jak chleb. A nawet może bardziej. Wszędzie głównym miejscem, w którym się ludzie spotykają od samego rana są „cafe”. Przychodzi się do nich przede wszystkim na kawę typu espresso, w cenie 60-70 eurocentów. Przepyszne są narodowe ciastka pastel de nata. W tych cafe spotykają się wyłącznie mężczyźni. Tak przynajmniej jest na prowincji. Kobiety są „pozamykane” w domach.

 

 

– Taka jest wielopokoleniowa tradycja, takie są względy kulturowe.

– Cafe to także miejsce w których na prowincji koncentruje się życie, spotkania. Kolejny ciekawy element: asulejos – to sławne płytki ceramiczne, ręcznie malowane. Są wszędzie. Każdy dom ma takie własne płytki na ścianie zewnętrznej. Również obiekty użyteczności publicznej, np. dworce, kościoły. To jest piękne. Najbardziej tradycyjne biało-niebieskie. Bardzo podobała mi się portugalska przyroda, a zwłaszcza drzewa. Byłem zaskoczony ilością lasów dębów korkowych. Czasami szedłem wzdłuż takiego lasu kilometrami. Inne drzewa, których jest bardzo dużo, to drzewa oliwne oraz eukaliptusy! Nie spodziewałem się ich w takiej ilości. Do tego cytrusy, głównie drzewa pomarańczowe. No i setki bocianów, w ogóle mnogość ptaków. Bardzo czyste powietrze!

 

– Musiał Pan też coś jeść.

– Niestety, kuchnią jestem rozczarowany. Począwszy od drugiego miesiąca wędrowania często w ciągu dnia marzyłem o polskim jedzeniu. O portugalskiej kuchni mówi i pisze się bardzo dobrze. I zapewne jest tak w tych droższych restauracjach, w Lizbonie i Porto, w popularnych miejscowościach na wybrzeżu Atlantyku. Jednak 9/10 kraju to są zwyczajne knajpki, w których menu składa się z jednej zupy i 2-4 dań, wszędzie podobnych, nie przyprawionych, za tłustych, zbyt mięsnych, bez warzyw, o konsystencji papki.

 

– A noclegi?

– Nocowałam w różnych miejscach – od obiektów agroturystycznych, pensjonatów po pięciogwiazdkowe hotele, bo nie było innego wyjścia. Wszędzie śniadania w swym składzie były monotonne: chleb tostowy, ser żółty i wędlina z tzw. bloku, czasem kiełbasa chorizo, nieco jakiegoś dżemu, kawa, herbata, czasem płatki kukurydziane, jakieś owoce. I to wszystko, żadnych warzyw. Jedzenie to jeden z mitów, który dla mnie padł. Kolejny, to mit o dorszu.

 

– A co z tym dorszem?

– Po pierwsze on wcale nie jest portugalski, najczęściej norweski. Po drugie – spotkałem się w przewodnikach z hasłem, że dorsz jest w Portugalii potrawą narodową, przyrządzaną tam na 365 sposobów. Ja przez te cztery miesiące spotkałem się z nie więcej jak sześcioma wariantami. I często to, co otrzymywałem, to była taka niedoprawiona papka, składająca się z kawałków ziemniaków, cebuli i kawałków dorsza. To wszystko poddane było próbie zapieczenia. Raz się chyba udało, bo to miało jakąś skorupkę. Dowiedziałem się też, że bardzo bym się Portugalczykom naraził taką opinią. Uważają, że ich kuchnia jest najlepsza na świecie. I jeszcze jeden mit, który dla mnie upadł…

 

– Jaki?

– Mit portugalskiej gościnności. Jest szeroko opisywany w przewodnikach. Niestety, ja jej prawie nie doznałem przez te cztery miesiące. Odbierałem mieszkańców jako zamkniętych, zdystansowanych, niechętnie nawiązujących kontakty. Dodatkowo pandemia spowodowała, że okrążali mnie wielkim łukiem i nie chcieli wchodzić w interakcję. Nieco inaczej było na głębokiej prowincji. Tam mniej przejmują się pandemią.

Podobną opinię usłyszałem od kilku Polaków oraz Ukraińców mieszkających w Portugalii. Mieszkańcy są często zamknięci na przybyszów, nietolerancyjni. Nie ma np. czegoś takiego jak wiszące w oknie ogłoszenie „pokój do wynajęcia”. Nie widziałem ani jednej takiej wywieszki. To nie funkcjonuje. Gdybym nie miał wcześniej zarezerwowanych i z góry opłaconych noclegów, nie miałbym gdzie spać. Nie zabrałem namiotu zakładając, że nie będę się bardziej obciążał. Czytałem, że często trudno jest znaleźć miejsce w terenie na nocleg w Portugalii, bo wszędzie wokół, kilometrami ciągną się tereny prywatne, ogrodzone siatką z drutem kolczastym. I tak było. Dostępność noclegów często zatem determinowała wybór trasy. Ale cel wyprawy został osiągnięty we wszystkich jej aspektach. Wykonałem pełną pętlę, poznałem wszystkie regiony Portugalii, naprawiłem kondycję fizyczną i psychiczną.