Jak się okazuje, najczęściej zieleń (w praktyce Park Książąt Pomorskich i Górę Chełmską) uznają zapytani przez nas koszalinianie za swoje ulubione miejsca w mieście.

 

Wypalenie centrum miasta przez Armię Czerwoną w marcu 1945 roku, a później wyburzenia mające zrobić miejsce „nowemu” – zwłaszcza przed dożynkami centralnymi w roku 1975, przełożyły się na bezpowrotne zatracenie przedwojennego klimatu Koszalina. I nawet jeśli był on za czasów niemieckich miastem nieładnym, jak twierdzą niektórzy, miał pewien charakter, którego próżno się doszukiwać w nim obecnie.

Kiedyś pewien wybitny architekt, oceniając architekturę Koszalina, stwierdził, że można w nim w dowolnym miejscu postawić dowolny obiekt, bo i tak nic tu do niczego nie pasuje. To złośliwa opinia, ale chyba w jakimś stopniu prawdziwa. Miasto ma tak luźną zabudowę, że na wolnych parcelach mogłoby powstać jeszcze mnóstwo budynków. I powstają, ale nie według koncepcji dobrze przemyślanej dla określonych lokalizacji, ale jako pojedyncze realizacje – każda w nieco innym stylu. I niewiele w całokształcie poprawiają takie udane kompleksy jak zbudowany w latach 90. ubiegłego wieku Pasaż Milenium (zespół mieszkaniowo-usługowy przy ulicach 1 Maja, Wyszyńskiego, Domina) czy budowane obecnie przez PB Kuncer Osiedle Zwycięstwa na Rokosowie.

To symptomatyczne, że większość wypowiadających się osób nie znajduje w obecnej zabudowie miejsc szczególnie przyciągających. Za to niemal każdy chwali Koszalin za zielone zakątki. Miejmy nadzieję, że po udanej rewitalizacji park jeszcze wypięknieje, a Góra Chełmska doczeka się dalszej rozbudowy infrastruktury służącej aktywnemu wypoczynkowi. Ona rzeczywiście jest czymś wyjątkowym – niewiele miast w Polsce może cieszyć się takim leśnym rajem w swoich granicach jak Koszalin.

 

 

Anna Wiśniewska_Anna Wiśniewska – uczy jogi, od niedawna prowadzi własne studio Yoga by Ania

W Koszalinie mieszkam od 2004 r. Przyjechałam tutaj na studia i doskonale pamiętam, że traktowałam to jak karę. Przez te pierwsze trzy lata Koszalin wydawał mi się brudny, szary, nieciekawy. Był miastem mojego drugiego wyboru, bo wcześniej próbowałam się dostać na studia do Gdańska. Był dla mnie takim miastem drugiej kategorii: już nie miasteczko, niby większe miasto, ale ciągle jakby drugiej kategorii.

Pamiętam też dokładnie taki moment na ostatnim roku studiów, kiedy wjeżdżając do Koszalina pomyślałam „jestem w domu” i samą mnie zdziwiła ta myśl! Mimo to miałam wrażenie, że Koszalin jest tak właściwie tylko na chwilę, że jeszcze pewnie się przeprowadzę.

Aż tak mniej więcej dwa lata temu byłam na warsztatach jogi w Gdańsku i pomyślałam wtedy – świetnie byłoby mieszkać w dużym mieście, w którym jest tyle ciekawych możliwości i tyle ludzi, tyle ciekawych wydarzeń, blisko morza. I nagle w mojej głowie coś przeskoczyło i pomyślałam sobie – przecież Koszalin też jest blisko morza! Mało tego, w Koszalinie mogę szybciej dostać się nad morze niż mieszkając na przykład w zatłoczonym Gdańsku.

Kolejna sprawa: przecież ja mogę stworzyć taką przestrzeń w Koszalinie, w której będzie się wiele działo i to wszystko jest w zasięgu moich możliwości!

Jest to tym bardziej piękne, że to właśnie teraz spełniam te swoje marzenia.

I to był taki moment, w którym pomyślałam Koszalin jest spoko, tu jest dobrze. A w ciągu ostatniego roku nabrałam pewności, że ja nie chcę nigdzie indziej mieszkać niż właśnie w Koszalinie.

Mamy taką możliwość z mężem, że właściwie moglibyśmy pracować z dowolnego miejsca w kraju i kiedy zastanawialiśmy się nad przeprowadzką, stwierdziliśmy, że tutaj jest nam bardzo dobrze.

W Koszalinie brakuje mi trochę pięknej architektury, ale poza tym bardzo odpowiada mi rozmiar miasta, to że nie jest to wielka aglomeracja, że mogę się łatwo przemieszczać piechotą (co bardzo lubię), a samochodem tym bardziej. Uwielbiam w Koszalinie wszystkie tereny zielone, najbardziej okolice Góry Chełmskiej, bardzo lubię też Park Książąt Pomorskich – uważam, że jest piękny.

Kolejna moja ulubiona lokalizacja to spacer ulicą Sportową i Piłsudskiego, zwłaszcza kiedy kwitną magnolie. Lubię ścieżki rowerowe w Koszalinie, lubię przystań w Jamnie i kocham morze. W Koszalinie jest mnóstwo miejsc, w których mogę spędzać czas w kontakcie z naturą i to jest dla mnie ogromny plus, bo natura jest wspaniałym nauczycielem i lekarzem jednocześnie.

Mamy tu czyste powietrze, a to jest niezmiernie istotne dla naszego dobrostanu.

Jako nauczyciel jogi spotkałam tutaj wielu wspaniałych ludzi, którzy myślą podobnie i korzystają z bliskości natury w naszym mieście. Chciałabym współtworzyć letnie wydarzenia w plenerze dla mieszkańców Koszalina, bo uważam, że mamy tu niewykorzystany potencjał.

Jestem bardzo za Koszalin wdzięczna.

 

 

Bartłomiej ZielonkaBartłomiej Zielonka – Stowarzyszenie Koszalińska Kompania Rycerska, miłośnik i znawca gier planszowych – założyciel Koszalińskiego Klubu Gier Planszowych

Jeśli miałbym wskazać jakieś miejsce, które dobrze wspominam i zawsze wracam to byłaby to Góra Chełmska. To tam rozpoczęła się moja przygoda z rycerstwem. Pierwsze spotkania przy wieży ciśnień, a później na stadionie zlokalizowanym na Górze gdzie spędziłem wiele lat trenując szermierkę, łucznictwo, poznając fantastycznych ludzi. Dzięki tym spotkaniom zawiązało się Stowarzyszenie Koszalińska Kompania Rycerska, które działa w Koszalinie już blisko 20 lat. Na stadionie tym toczyło się również życie towarzyskie, gdzie wspólnie organizowaliśmy liczne ogniska. Na stadionie również trenowałem bieganie – niezapomniane „jeszcze jedno okrążenie” sprawia, że uśmiecham się na samo wspomnienie.

Góra Chełmska to również las. Za młodu jako fascynat jazdy rowerem górskim, zjeździłem całą Górę wrzesz i wzdłuż gubiąc się na niej niejednokrotnie i przeżywając niezłe przygody, które wspominam do dzisiaj. Bardzo cenię sobie singletrack, który powstał na Górze promujący tą formę aktywności. Zimą, jak spadnie śnieg, polecam wybrać się rowerem do lasu. A jeśli nie rower, to zdecydowanie sanki i zjazd z samej góry przy wieży widokowej. Do dzisiaj pojawia się tam mnóstwo rodziców z dziećmi, żądnych niezapomnianych wrażeń. Takich, które przeżywałem sam jako dziecko.

 

 

Karolina Magnowska 1Karolina Magnowska – fotografka tworząca niezwykłe portrety; prowadzi zakład fotograficzny Deber i studio fotografii rodzinnej, prywatnie mama trójki dzieci z głową pełną pomysłów.

Kiedy ktoś pyta mnie o moje ulubione miejsce w Koszalinie, przed oczami staje mi magiczny zakątek. Myślę tak o tym miejscu już od 30 lat i przyznaję, że od czasu do czasu wpadam sprawdzić, czy nadal istnieje i czy nie był to tylko sen. Ten magiczny kawałek ziemi znajduje się kilka kilometrów od miasta w kierunku Polanowa. Mieszkańcy Koszalina znają wyasfaltowany parking na łuku drogi, na którym widać często samochody i spacerujące po lesie rodzinki.

Mnie zaś chodzi o miejsce kawałek dalej, też łuk po prawej stronie, zakole na poboczu koło wysokiej skarpy. Kiedy zaparkujecie na tym leśnym zakolu i przejdziecie na drugą stronę szosy, zobaczycie przesmyk w lesie. Wydeptaną ścieżką dojdziecie do małego raju.

Tam jako dziecko spędzałam zimą każde popołudnie i całe weekendy. Tam był nasz narciarski raj. Mało kto wie, że w tym miejscu do dzisiaj jest przepiękna przestrzeń pomiędzy drzewami, która pozwala szusować na nartach. Nie jest to może wypad na lodowiec, ale to tam nauczyłam się jeździć.

Każdego lata chodziliśmy całymi rodzinami wyrywać samosiejki, udeptywać trawy, niwelować fałdy. Wszystko po to, aby przygotować naszą trasę na zimę. I jak tylko spadał pierwszy śnieg, w to miejsce zjeżdżało się z różnych stron miasta wielu szalonych narciarzy i jeździło do nocy. Nie mieliśmy sprzętu za miliony, nie nosiliśmy wypasionych ubrań. Zabieraliśmy mamę opatuloną w koce, termosy, kiełbasę i kanapki i jechaliśmy na zimowe szaleństwo.

Tata był od nauki, a mama od dokarmiania. Każda rodzina miała swoje stanowisko kulinarne. Młodsze dzieci bawiły się razem, starsze jeździły na nartach, a dorośli rywalizowali między sobą, kto nauczył się lepszej techniki. Były ustalone reguły, których wszyscy pilnowali, aby nikomu nie stała się krzywda. Byłam tam szczęśliwa jak nigdy.

Magia tego miejsca polega na tym, że kiedy w Koszalinie topnieje śnieg i słońce wkracza na chodniki, tam nadal są zaspy. Przerwa w drzewach jest tak niewiarygodnie położona, że słońce bardzo krótko tam operuje. Dzięki temu, kiedy wszyscy już zapomnieli o śniegu, my braliśmy narty na plecy i ruszaliśmy jeździć. Wzroku i pytań sąsiadów nie zapomnę do dziś.

Z tamtego okresu pamiętam jedno marzenie nas wszystkich. Żeby powstał tam wyciąg. Niestety przyszły cieplejsze zimy, śniegu dawno nie było i magiczne miejsce musi poczekać. Podobno to albo teren wojskowy, albo położony blisko wojska i chyba nie uda się tego miejsca przywrócić do życia. A może przyjdą lepsze zimy i znajdzie się znowu jakiś zapaleniec, który wykorzysta niesamowity potencjał tego miejsca.

 

 

Pracownia PozarzadowaŁukasz Cieśliński – wiceprezes zarządu Pracowni Pozarządowej

Słyszę często, że Koszalin to miasto zielone. Dla mnie też jest to jedna z jego głównych cech, ale kojarzę ją nie przez pryzmat Parku w centrum, ale dzięki okolicom Góry Chełmskiej. Mam na myśli cały pas lasów po wschodniej stronie Koszalina – od torów kolejowych w kierunku Gdańska, po rejon za szpitalem, aż do drogi na Polanów.

W dzieciństwie do lasu miałem cztery minuty marszu, widziałem go codziennie z okna mojego pokoju. Od wczesnych lat osiemdziesiątych, kiedy na miejscu dzisiejszego osiedla Bukowe więcej było pól niż domów, przemierzałem te tereny: wspinaczka po drzewach, huśtawki na linach, turlanie się z „góry piaskowej” (wtedy faktycznie całej w piasku, nie porośniętej drzewami), wyprawy na szczyt wieży widokowej. Później doszły wielogodzinne spacery z psem i jego gonitwy za sarnami, testowanie kolejnych rowerów na korzeniach i wertepach…

Teraz co prawda mieszkam dokładnie po drugiej stronie miasta, ale nadal koszaliński las jest dla mnie miejscem wyjątkowym i staram się go odwiedzać tak często jak się da. Jeżdżę po nim rowerem przez większą część roku, zima to długie marsze, chyba że spadnie śnieg – wtedy obowiązkowo sanki, znów jak kilkadziesiąt lat wcześniej, po tych samych dziesiątkach górek.

I to jest dla mnie kolejna z wyjątkowych cech tego miejsca – jego stałość. Oczywiście, na samej Górze Chełmskiej powstają nowe zabudowania, pojawiły się single tracki dla rowerzystów, zarosła „góra piaskowa”. Ale jednocześnie rozpoznaję te same ścieżki, górki, trasy saneczkowe, na których spędzałem tyle godzin w młodości; pozostał ten sam klimat spokoju, obcowania z naturą, aktywnego odpoczynku. I to wszystko kilka minut drogi od hałasu i pędu dużego miasta.

Podobnie jak często słyszę o Tatrach, że tłumy na szlakach (a są tak naprawdę tylko w kilku najbardziej popularnych miejscach), tak samo tutaj można znaleźć spokój i ciszę zaledwie kilkaset metrów od głównych dróg leśnych. Staram się tu zawsze szukać takich miejsc.

 

 

Magdalena Łoś-Wojcieszek - fot. Marcin GolikMagdalena Łoś-Wojcieszek – współtwórczyni i dyrektor Teatru Muzycznego Adria

Myślę, że Koszalin nie zasługuje na miano nudnego. Nazwałabym to inaczej – spokojny. To chyba trafne określenie. Jednak, aby to stwierdzić potrzebowałam kilku lat i swego rodzaju dojrzałości i zmian priorytetów w życiu.

Tu się urodziłam, wychowałam. Z perspektywy minionych 32 lat wiem, że nie zamieniłabym tego miasta na żadne inne, a miałam epizod z wyprowadzką do Warszawy. Nie wytrzymałam tam jednak zbyt długo – brakowało mi właśnie tego spokoju, który daje Koszalin. Ludzie też są tu inni, bardziej przyjaźni, nie pędzą zaślepieni wizją kariery zawodowej nie patrząc na poboczne sprawy.

Zawsze ceniłam w mieszkaniu tu, w Koszalinie, bliskość do morza, które uwielbiam, szczególnie poza sezonem. Jako nastolatka uwielbiałam drogę do mojego liceum, która prowadziła przez Park Książąt Pomorskich, wiosną miał on niepowtarzalny urok.

Możemy narzekać, że w naszym mieście nie ma starówki jak w innych miejscach Polski, ale obecnie staram się przekuwać tego typu „niedoskonałości” w plusy. To przecież właśnie na koszalińskim placu ratuszowym, kiedy miałam zaledwie kilka lat, najlepszą rozrywką było dokarmianie gołębi. To właśnie w Koszalinie mamy jeden z lepszych amfiteatrów w Polsce, a trochę w swoim zawodowym życiu amfiteatrów odwiedziłam.

Kultowym miejscem, które w moim życiu odegrało dużą rolę było też dawne kino Adria, w którym to obejrzałam najpiękniejsze bajki, będąc dzieckiem, pierwszy muzyczny film będąc nastolatką, a aktualnie w tym miejscu współtworzę Teatr Muzyczny Adria, mając nadzieję, że za kilkanaście, kilkadziesiąt lat ktoś wspomni Adrię jako miejsce jego wspomnień.

 

 

Marek BrajczewskiMarek Brajczewski – współwłaściciel sklepów z okularami przy ulicy Łużyckiej oraz ulicy Matejki w Koszalinie

Koszalin! Mój. Trochę zaściankowy, trochę nadążający za światem. Uwielbiam go za jego bliskość. Bliskość wszędzie.

Na szczęście nie mam jednej, jedynej, ulubionej miejscówki, bo nie mógłbym się nią podzielić, aby nikt jej nie przejął.

Wielu przewodników i różnego rodzaju materiały prezentujące walory turystyczne Koszalina na pierwszym miejscu stawiają bliskość morza oraz ilość parków w mieście. Trudno się z tym nie zgodzić, ale czy to tak bardzo wyróżnia miasto spośród dziesiątek innych w kraju?

W rodzinnym mieście ogromnie cenię kilka wyjątkowych budynków i w ich okolicach często przebywam.

Pierwszy, najpopularniejszy (również w przewodnikach) a i nie mający sobie równych to amfiteatr. Nietypowa konstrukcja zadaszenia symbolizującego tęczę do dnia dzisiejszego wzbudza podziw, zachwyt i pozytywne emocje. To chyba dzięki temu obiektowi oraz wydarzeniom tam organizowanym (Światowy Festiwal Chórów Polonijnych czy Letnia Noc Kabaretowa) Koszalin dał się poznać z pozytywnej strony. Warto dodać, że obiekt został zaprojektowany i wykonany przez koszalińskich inżynierów.

Kolejnymi obiektami, które z emocjami pokazuję odwiedzającym znajomym, są gmach Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej oraz budynek po EMPiKu. Oba położone w tym samym co amfiteatr parku w odległości dosłownie kilkuminutowego spaceru. Jeśli się nie mylę oba budynki reprezentują polski modernizm a może nawet brutalizm, ale te podziały pozostawiam specjalistom. Dla mnie to przejaw bardzo interesującej architektury, której nie powstydziłby się Berlin czy Tokio, u nas niestety często wytykane palcami jako szkaradztwo.

Niestety wszystkie wspomniane obiekty w czasie plandemii tracą na swojej wartości z uwagi na brak czynnika ludzkiego.

I tu pojawia się kolejny punkt na mojej mapie Koszalina. Przepiękne płuca miasta, ogromne połacie zieleni okalające najwyższe na Pomorzu Środkowym wzniesienie. Góra Chełmska, a w zasadzie Góra Krzyżanka, to niezliczone ilości tras pieszych, biegowych, rowerowych. To bliskość natury, którą każdy koszalinianin powinien mieć w sercu! Informacja o tym wzniesieniu pojawia się zawsze, ilekroć mówię o pogodzie w naszym mieście. To dzięki tej górze lub przez nią – jak kto woli – miewamy w Koszalinie strefy pogodowe. I choć miasto rozpościera się wzdłuż zaledwie kilkunastu kilometrów często na jednym jego końcu mamy piękną słoneczną aurę a na drugim leje jak z cebra.

Od jakiegoś czasu regularnie maszeruję po wzniesieniach Góry Chełmskiej. Lubiatowo, Maszkowo czy Kłos są w zasięgu dwugodzinnego spaceru, a zaskakujące jest to jak samotnym można być w tak bliskiej odległości od 100-tysięcznego miasta. Wbrew pozorom pandemia to idealny moment na pojednanie z naturą, relaks z dala od komputerów i technologicznych gadżetów.

Z mojej perspektywy Koszalin to miasto z ogromnym potencjałem turystycznym. Niestety mała wiara mieszkańców i pewna zaściankowość powoduje, że częściej wolimy stąd wyjechać na weekend niż poznawać najbliższe okolice i rozkoszować się pięknem!

 

 

Mateusz SodułMateusz Sudoł – współwłaściciel Agencji Marketingowej Wypisz Wymaluj oraz Studia Projektowego Lets Grow

Kiedy myślę o Koszalinie, wyświetlają mi się w świadomości konkretne „klatki i ujęcia”. Nie ma wśród nich zbyt wielu wspomnień z dzieciństwa, są tylko i wyłącznie obrazki z rejonów ulicy Rejmonta, przy której spędziłem pierwsze siedem lat życia. Do Koszalina wróciłem po prawie 10 latach uczyć się w II Liceum Ogólnokształcącym i to wokół tego miejsca kręcił się mój cały, koszaliński świat. Wśród zestawu ujęć najbardziej jaskrawe kolory ma nieistniejący już pub Zacisze. Jest w tym garść absurdu, bo w wystroju ciężko było o cokolwiek jaskrawego. Wojskowe siatki, kusze, krzesła podwieszone pod sufitem i cała masa innych bibelotów – tworzyły unikalny charakter tego miejsca. Najjaśniej wśród tego wystroju świeciła osobowość Szeryfa – właściciela i barmana. Do Zacisza przychodziło się również dla Niego. Zatem kiedy myślę Koszalin, myślę „Bronek” i widzę Zacisze.

 

 

Mikołaj KurkusMikołaj Kurkus – propagator ekologicznej żywności, na co dzień o porady pytajcie go w Eko Smakach

Koszalin to moje ulubione miasto. Może to brzmi dziwnie i mało obiektywnie, bo przecież jestem mieszkańcem, ale dla mnie Koszalin ma wszystko. Z jednej strony jest wiele miejsc, do których można pójść, coś zjeść (oczywiście w pandemii jest to utrudnione), ale miasto ma też kilka cichych i spokojnych miejsc. Te które lubię najbardziej to Góra Chełmska i Wodna Dolina. W obu można spacerować, wyciszyć się, odpocząć, a nadal się jest w mieście. Dla mnie to wyjątkowo cenne. Przez jakiś czas studiowałem w Gdańsku i miasto to okazało się dla mnie zbyt duże i może nawet za szybkie, aby osiąść tam na stałe. Spacer trzeba planować z wyprzedzeniem, wszędzie pęd i pośpiech. W Koszalinie bardzo często zdarza mi się po pracy po prostu podjechać na Wodną Dolinę i wraz z moją dziewczyną rozmawiamy o tym jak minął dzień. Czasem bierzemy psa, można usiąść na ławce, czy po prostu pospacerować. W Koszalinie czuję równowagę pomiędzy pracą, a czasem wolnym i obie te przestrzenie można wypełnić będąc w obrębie miasta. Szczególnie, że wszędzie jest blisko, w zasadzie nie ma problemów z przemieszczaniem się czy parkowaniem. Jest woda i las. To wszystko rozładowuje emocje, jest balsamem dla duszy i ciała.

 

 

Natalia SterczyńskaNatalia Sterczyńska – radca prawny

Kawałek prawdziwej natury w mieście? Dla mnie to miejsce, gdzie nie mierzę czasu, pełne spokoju i kontaktu z przyrodą. Można tu oderwać się od rytmu miasta, pospacerować i spędzić czas. Od paru lat uprawiam tam sporty wodne i pływam łódką.

Zawsze dziwię się, kiedy komuś o nim opowiadam i otrzymuję odpowiedź, że jeszcze tam nie był. Naprawdę? Nadal są osoby, które jeszcze nigdy nie odwiedziły przystani w Jamnie.

Odkąd Jamno stało się dzielnicą Koszalina, a w ostatnich dniach oddano po długim remoncie drugi pas ruchu, dojechać na jamneńską przystań, to zaledwie moment.

Szkoda, że tak mało mówi się o tym miejscu, bo może wówczas skłoniłoby to do inwestycji w porządną infrastrukturę.

Wierzę, że kiedyś uda się tu stworzyć wspaniałą marinę, z której będą korzystali wszyscy.

A do tego czasu, będzie moim małym lokalnym azylem. Tu podziwiam wschody i zachody słońca, stojąc nad brzegiem jeziora. To zdecydowanie moje ulubione miejsce w Koszalinie.

 

 

Żanetta Gruszczyńska 2Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska – aktorka Bałtyckiego Teatru Dramatycznego

Uwielbiam okolice ulicy Konstytucji 3 Maja, wszystkie uliczki łączące się z ulicą Drzymały, plac Teatralny i drogę prowadzącą do rynku. To jest ta część miasta, którą poznałam na samym początku pobytu w Koszalinie, w 1995 roku. Może nie jest to obecnie najbardziej reprezentacyjna część miasta, ale klimat starego Koszalina, przedwojennego i tego z lat 50. ub. wieku odpowiada mi niezwykle. Lubię letnie spacery po tych uliczkach, słońce wydobywa wtedy specyficzny zapach z klatek schodowych w kamienicach. Bardzo mi się to kojarzy z dzieciństwem i zapachem wrocławskiego Nadodrza, gdzie mieszkali dziadkowie. Idąc ulicami, przyglądam się przeważnie kamienicom, szczegółom, ornamentom. Bardzo lubię się gapić na architekturę, odpoczywam wtedy od całej życiowej bieganiny. No i park przy dawnym Empiku. Przyjemnie tam połazić przed pracą, po próbie. Gdyby się udało wyremontować tą część miasta, zreperować ulice i chodniki byłoby wspaniale! I jeszcze, gdyby się udało przywrócić dawne puby, kawiarnie, knajpki, księgarnie, cukiernie w tych miejscach (szczególnie w okolicach ratusza), to byłoby z pożytkiem dla mieszkańców nie tylko centrum, ale i turystów. Lubię zieleń w każdym mieście, a Koszalin ma jej sporo, to ważne, szczególnie w upalne dni roku. Zawsze mnie cieszą wizyty w miastach, gdzie odnawiane są stare budynki i ulice, może i w Koszalinie doczekamy większej ilości takich miejsc. Tak przyjemnie patrzeć na nowe życie starych części miasta.