Jedenaście kilometrów długości ma pracujący na czterech kondygnacjach najdłuższy ciąg transportowy zmontowany przez ekipę firmy Baron Montagearbeiten. Powstał dla klienta z Polski, ale podobnie instalacje koszalińscy montażyści tworzą w zakładach produkcyjnych i wielkich magazynach na terenie niemal całej Europy. Założona prawie dziewięć lat temu przez Iwonę i Przemysława Baronów firma jest fenomenem, bo w krótkim czasie na trudnym rynku znalazła dla siebie miejsce i stała się marką systematycznie przyciągającą kolejnych klientów.

Gdyby wielkie współczesne fabryki albo magazyny porównać do ludzkiego ciała, wewnętrzne linie transportowe byłyby ich tętnicami i żyłami. Przenoszą części, półprodukty i wyroby gotowe na wielkie odległości. Ich sprawność decyduje o efektach pracy skomplikowanych gospodarczych tworów, a często również w dużym stopniu o czasie dostarczenia nam kurierskich przesyłek zamówionych w Internecie.

 

IMG_6445-2++Konkretny ślad w Europie

Przemysław Baron relacjonuje: – Montaż linii transportowych to nisza, w której doskonale się odnaleźliśmy. Czasami się śmieję, że ta nasza robota to taka „duża Ikea”, czyli składanie w całość dobrze opisanych elementów. Niby proste, a jednak nie każdy potrafi to wykonywać jednakowo dobrze. Przy tym jest to „Ikea” duża i ciężka. Jedna z linii, którą wykonywaliśmy dla klienta z Polski miała 11 km długości, wiła się po czterech kondygnacjach obiektu, a na dokładkę na każdym piętrze miała jeszcze po kilka poziomów. To naprawdę poważna „układanka”.

Kluczowa jest precyzja. Kilka milimetrów niedokładności na początku montowanej linii transportowej przekłada się kilkaset metrów dalej na metr odstępstwa od planu. To oczywiście jest niedopuszczalne. Fachowcom z Baron Montagearbeiten takie błędy się nie zdarzają, a dokładność stała się jednym ze znaków rozpoznawczych ich pracy.

Na linie transportowe składają się nie tylko montowane w ciągach rolki, ale również taśmy, przerzutki, siłowniki elektryczne, elementy sterownicze, bardzo złożona automatyka i elektryka. Ekipy montażowe składają się więc ze specjalistów kilku dziedzin technicznych.

Przemysław Baron mówi: – Najczęściej wyposażamy zakłady produkcyjne i magazyny. W takiej kolejności. Jeśli chodzi o magazyny to są ich dwa główne typy: magazyny wewnętrzne firm oraz magazyny wysyłkowe. Wszystko w nich jest zautomatyzowane, nawet obrót zużytymi opakowaniami. Nikt już ręcznie nie składa kartonów. Suną one po liniach, żeby w końcu wylądować w określonym miejscu. Czasami mówi się, że automaty zabierają pracę ludziom. To nie tak. Ludzie wciąż są potrzebni, ale ich praca staje się w sensie fizycznym lżejsza i ekonomicznie efektywniejsza.

Baron Montagearbeiten działa na terenie niemal całej Europy. Wielka Brytania, Francja, Szwajcaria, Holandia, Belgia, Czechy, Węgry, Austria, Niemcy to kraje, w których firma zostawiła po sobie konkretny ślad. Wkrótce dołączy Szwecja – kontrakt już został podpisany. Panu Przemysławowi marzy się Rosja.

 

Zespół

Obecnie firma Baron to pięćdziesięciu, momentami nawet sześćdziesięciu, specjalistów, wyjeżdżających na budowy w różnych konfiguracjach personalnych: czasami jest to kilka, czasami nawet kilkanaście osób.

Wszystko zaczęło się od pana Przemysława Barona, jego brata Adama, ojca – Bogusława Barona oraz kolegów Pawła Frankowskiego i Mateusza Ciacha. Każdy z nich miał już jakieś doświadczenie w pracy monterskiej na Zachodzie. – Ja sam pracowałem w różnych firmach w Niemczech i Holandii, pół roku w Szwajcarii – wspomina pan Przemek. – Uczyłem się fachu i języka. Kiedy zacząłem już lepiej mówić po niemiecku, pomyślałem, że czas na zmiany, to znaczy na pracę na własny rachunek.

Na początku wspomniana piątka pracowała wspólnie fizycznie, dalej poznając niuanse branży. Kolejnym krokiem było stworzenie kilku zespołów, których liderami stali się członkowie pierwszej brygady. Pojawiali się kolejni mechanicy, elektrycy, automatycy, spawacze, którzy uczyli się od swoich szefów. Pan Przemysław mógł w tym monecie zająć się koordynacją pracy z koszalińskiego biura albo odwiedzając poszczególne budowy: – Kiedy działaliśmy już na czterech czy więcej budowach jednocześnie, spraw do załatwienia było dużo. Nie byłbym w stanie się nimi odpowiednio zająć, dalej osobiście pracując przy montażu.

Od zarania firmy jedyną kobietą w jej składzie jest Iwona Baron, żona pana Przemysława, która jednoosobowo prowadzi biuro. W jej ręku zbiegają się nitki rozmaitych kontaktów, formalności, rozliczeń, umów. Jak jej się udaje podołać takiej masie obowiązków? – Bywa ciężko, bo to mnóstwo spraw każdego dnia – mówi pani Iwona. – Pomaga to, że jesteśmy w podobnym wieku jak większość naszych pracowników. Można powiedzieć, że jesteśmy na tym samym etapie życia, więc się dobrze rozumiemy. Ja zajmuję się sprawami na miejscu, mąż zaś jest stale w ruchu, odwiedzając budowy i naszych kontrahentów.

Ekipy nie mają stałego składu, na każdy wyjazd dobierają się na nowo. Przemysław Baron komentuje: – To jest zdrowe, bo ludzie którzy spędzili z sobą w jednym miejscu na przykład pół roku, mają prawo do zmiany. Pracują przecież po 8-10 godzin dziennie, później w tym samym gronie spotykają się w wynajętym domu albo hotelu, jedząc wspólnie kolację a rano znowu spotykając się przy śniadaniu. Wymienność jest – można tak powiedzieć – higieniczna. Poza wszystkim pozwala to również utrzymać jednolitą kulturę pracy i standard jakościowy.

Pani Iwona dodaje: – Ekipy wyjeżdżają za granicę firmowymi samochodami. Każdy pracownik jest wyposażony we własną skrzynkę narzędziową, w elektronarzędzia i ubrania robocze, sprzęt ochronny. Zależy nam na komforcie monterów, na tym żeby nie musieli na miejscu zawracać sobie głowy poszukiwaniem czegokolwiek z rzeczy potrzebnych do pracy. Tak samo wyjeżdżając mogą być pewni, że miejsce pobytu również będzie na odpowiednim poziomie, a nie tylko „dziuplą” do spania. Wynajmujemy najczęściej domy, żeby stworzyć dobre warunki do odpoczynku. Jeśli nie ma takiej możliwości, rezerwujemy porządne hotele. Obok wysokich zarobków warunki pracy i pobytu za granicą są czynnikiem decydującym o tym, że ludzie chcą u nas pracować.

Warto dodać, że firma pokrywa również koszty specjalistycznych szkoleń, dających określone uprawnienia. – Mimo postępującej w Europie unifikacji nadal w różnych krajach pewne wymagania mogą być różne – wyjaśnia pani Iwona. – Kiedy polskie certyfikaty zawodowe nie są gdzieś uznawane, zapewniamy pracownikom odbycie odpowiednich kursów w zgodzie z przepisami określonego kraju a czasami je sami organizujemy. Na przykład kiedy urządzamy szkolenie VCA, które można by nazwać czymś w rodzaju polskiego BHP, szkoleniowiec przyjeżdża do nas z Holandii.

Pan Przemysław komentuje: – Zaprzeczamy stereotypowi „polnische Gesellschaft”, polskiej gospodarki, bo u nas wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Kiedy rozpoczynamy pracę w nowym miejscu gdzieś w Niemczech, dopóki ktoś z nas się nie odezwie, Niemcy myślą że jesteśmy Niemcami. Już się zresztą nie mówi „niemiecka precyzja”, teraz mówi się „polska precyzja”.

 

 

Rozłąka

Najtrudniejsza dla pracowników Baron Montagearbeiten jest rozłąka z rodziną. Czasami są to miesiące niewidzenia się z bliskimi. Ekipa jest młoda, większość jej członków nie ma jeszcze czterdziestki, więc w domu zostają małe dzieci. Najłatwiej na pewno jest tym, którzy jeszcze nie założyli rodziny.

Pan Przemysław podkreśla: – Myślę, że każdy ma świadomość, że nie jest to praca na zawsze, że kiedyś trzeba będzie powiedzieć „pas” i zakończyć to życie w delegacji. Ale każdy musi rozstrzygnąć sam, kiedy ten moment przychodzi dla niego. Nie ma co ukrywać: pracujemy ciężko, ale zarabiamy odpowiednio do tego wysiłku. Mówimy o pensjach zachodnich chociaż firma jest polska. Kilka lat takiej pracy pozwala rodzinie na uzyskanie dobrego startu życiowego, czyli własnego mieszkania albo nawet domku. Ale nie ma nic darmo, koszt emocjonalny jest wysoki.

W rozmowach z osobami, które najdłużej pracują w firmie, zawsze powraca wątek rozłąki. Adam Baron tak o tym mówi: – Obecnie jest znacznie łatwiej niż jeszcze kilka lat temu, kiedy nie było rozbudowanych platform internetowych i darmowego roamingu telefonicznego. Wtedy rozmowy kosztowały sporo pieniędzy. Obecnie bez kłopotu można za pośrednictwem Internetu porozmawiać każdego dnia, nawet się widząc. Dzięki temu jesteśmy na bieżąco ze wszystkim co dzieje się w domu. Ale wiadomo, że to nie to samo, co być na miejscu. Tęsknota dokucza, ale musimy się przyzwyczaić – i my, i ci, którzy zostają w Koszalinie.

Kiedy robota odbywa się w niedużej odległości od granicy niemieckiej, bliscy odwiedzają członków ekipy: – Do Berlina z Koszalina jest naprawdę niedaleko, więc żona przyjeżdżała na 2-3 dni. Ale jest również tak, że kiedy zlecenie dotyczy długiego okresu, a bywały kontakty nawet dwuletnie jak dla Lidla w Niemczech i Holandii, średnio co trzy tygodnie robimy sobie na zmianę tygodniowe przerwy na pobyt w domu.

Mateusz Ciach kieruje obecnie 12-osobową ekipą pracującą w magazynie wielkiej firmy w Łodzi. To nie nowy obiekt, ale od nowa wyposażany w linie transportowe: – Prawdziwa gmatwanina podajników. Bardzo ciekawe zadanie, bo hala jest stosunkowo nieduża a łączna długość transporterów jak dla obiektu cztery razy większego – mówi pan Mateusz. – Pracujemy tutaj od września ubiegłego roku i pewnie skończymy robotę w maju bieżącego.

To rzadka sytuacja, kiedy montażyści mogą spędzać weekendy w domu, bo pracują w Polsce. Pan Mateusz pracował kiedyś w Anglii i Szwajcarii: – Przyzwyczailiśmy się do tego z rodziną, choć nie jest łatwo. Ale coś za coś. Ta praca pozwala odłożyć pieniądze na mieszkanie albo inne ważne potrzeby.

Kiedy rozmawialiśmy z Pawłem Frankowskim, również jednym z pierwszych członków zespołu Baron Montagearbieten, akurat kończył on wraz z dwoma kolegami zadanie w magazynie Zalando w Holandii. Wyjazd był kilkutygodniowy, czyli stosunkowo krótki, bo zdarzały mu się znacznie dłuższe: – W Niemczech miewaliśmy roboty, kiedy byliśmy w ekipie 8-10 osób przez dwa i pół miesiąca albo dłużej w jednym miejscu i na dokładkę pracowaliśmy pod presją czasu, bo goniły terminy. Można do takiego trybu pracy przywyknąć i obecnie nie wyobrażam sobie stacjonarnej posady. Kosztem jest rozłąka z rodziną – żoną i dwójką dzieci. Moja żona przyzwyczaiła się, przynajmniej tak mówi – śmieje się pan Paweł. – Bywa, że na weekend do mnie przyjeżdża. Żartuje ze mnie, że ja wciąż jestem na wczasach, bo co rusz w innym, często ciekawej turystycznie lokalizacji. Rzeczywiście, w czasie wolnym poznajemy okolice miejsca, gdzie mieszkamy. Bez przesady mogę powiedzieć, że Niemcy znam lepiej niż wiele regionów Polski.

 

Tatuś”

Turystyczne wykorzystywanie wolnego czasu zaszczepił w młodszych członkach zespołu Bogusław Baron. Najczęściej bierze na siebie rolę przewodnika: – Czasami pokazuję kolegom miejsca, które już kiedyś widziałem, czasami muszę się wcześniej „obczytać”. Byłoby grzechem nie wykorzystać okazji do poznania kraju, w którym pracujemy. Wyprawa w Alpy, żeby w Szwajcarii obejrzeć największy europejski wodospad, zajęłaby pewnie kilka dni i sporo by kosztowała, a my tymczasem pracowaliśmy o godzinę jazdy samochodem od tej atrakcji. Jak tu nie pojechać? Tak jak nie pojeździć na nartach, będąc zimą w Austrii.To takie poboczne korzyści, ale bardzo sympatyczne. Chłopakom to się spodobało. Siedzenie wyłącznie w hotelu prowokuje zapijanie tęsknoty, obserwujemy to często u innych ekip. My dajemy sobie „bonus turystyczny”. Takie zwiedzanie jak nasze pozwala przyjrzeć się życiu ludzi na miejscu z zupełnie innej perspektywy niż ma typowy turysta.

Pan Bogusław nie tylko przez rodzonych synów jest nazywany „Tatusiem”: – Wiem, że wszyscy tak na mnie mówią – śmieje się. – Odbieram to jako wyraz sympatii. Kiedy zaczynaliśmy, pracowałem z synami Adamem i Przemkiem, potem doszedł Mateusz Ciach i on też zaczął tak się do mnie zwracać. Kiedy dochodzili kolejni ludzie, to już było normą. Wcale mi to nie przeszkadza.

Pan Przemysław zauważa „wychowawczą” rolę swego ojca w firmie: – Ma ogromne doświadczenie życiowe, które w różnych sytuacjach się przydaje. Jest przy tym życzliwy ludziom, więc ma z wszystkimi dobry kontakt. Mimo że od wielu jest dwa razy starszy, bo ma 62 lata, w pracy dotrzymuje im kroku, a oni to doceniają. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Zna się na pracy, jak chyba nikt inny. Doskonale odnalazł się w nowym zawodzie. Jest wsparciem dla mnie i dla brata, ale również dla chłopaków, z którymi przychodzi mu pracować na budowach. Ma ogromny naturalny autorytet. Kiedy na wyjeździe ktoś za bardzo idzie w rozrywkowe spędzanie czasu, a łatwo się domyślić co to oznacza w męskim wydaniu, przemawia chłopakom do rozsądku.

„Tatuś” kwituje: – Zabawa jest potrzebna, ale musi mieć również swoje granice. Ci którzy nie potrafili tego zrozumieć, musieli się z nami rozstać.

Bogusław Baron podkreśla, że rozwój firmy przynosi mu dużą satysfakcję: – Przemek może się wydawać ryzykantem, ale to jest ryzyko dobrze wykalkulowane. One wie, co robi. Wszystko ma w głowie poukładane i umie podejmować decyzje. Dzięki niemu mamy to, co mamy. Byłem dumny, kiedy zaczął zarabiać duże pieniądze i ich nie trwonił, ale każdy grosz wkładał w rozwój firmy, czyli w sprzęt, potrzebne samochody, porządne jednolite stroje dla ekipy. Jednocześnie cały czas pozostał sobą, tym samym Przemkiem, który podchodzi do każdego człowieka z szacunkiem.

Pan Bogusław docenia również rolę synowej w Baron Montagearbeiten: – Iwona mu bardzo pomaga. To co mi się bardzo u niej podoba, to to, że potrafi być twarda wobec kontrahentów. Duże firmy potrafią czasami działać z pozycji siły. Ona zaś się nie poddaje, obstaje przy swoim, konkretnie stawia sprawy, potrafi dopiąć celu. To na pewno budzi respekt i szacunek po drugiej stronie.

 

Na rynku

Liczba 50 czy 60 pracowników może się nie wydawać duża, ale jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że mowa o usługach wysoko wyspecjalizowanych, zmienia się perspektywa. Zaistnieć na niszowym rynku nie jest łatwo. Baron Montagearbeiten umie się po nim poruszać. Zdobywa kolejne zlecenia, pracując dla potężnych międzynarodowych marek. Cieszy się zaufaniem producentów urządzeń, które montuje w fabrykach i magazynach. To zaufanie przekłada się z kolei na rekomendacje: – Pracujemy z trzema najważniejszymi producentami linii transportowych w Niemczech, przy czym dla jednego z nich jesteśmy jedynym podwykonawcą – mówi Przemysław Baron.

Pani Iwona dodaje: – Zdarzyło nam się odmawiać zleceń, kiedy nie byliśmy pewni, czy podołamy. Budowy, które obsługujemy, są coraz większe. Dajemy sobie radę z coraz większymi wyzwaniami, ale wciąż podchodzimy do nich z pokorą. Cały czas uczymy się, powiększamy zakres kompetencji, tak jak wciąż szukamy dobrych specjalistów. Firma mogłaby pewnie liczyć stu lub więcej ludzi, ale my na tym etapie nie mielibyśmy pewności, czy bylibyśmy w stanie zorganizować wszystko na dotychczasowym poziomie. Dlatego idziemy w rozwoju pewnym krokiem, ale bez zbędnego ryzyka.

Zewnętrzne efekty rozwoju można zobaczyć w Koszalinie. Przy ulicy Austriackiej firma zbudowała swoją bazę, a w niej podręczny magazyn, biura i pokoje gościnne. Tam zbierają się zespoły przed wyjazdem do pracy gdzieś w Polsce albo za granicą. Na rozległym parkingu stoją lśniące czystością busy przeznaczone dla wyjeżdżających ekip.

Kolejny etap rozwoju to plan wybudowania hali o powierzchni 1400 metrów kwadratowych w nowej części Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Jak zostanie spożytkowana, państwo Baronowie jeszcze nie chcą mówić: – Mamy mnóstwo pomysłów, ale za wcześnie na ich ujawnianie. Na razie mamy przed sobą umowę zakupu, akt notarialny i przygotowania do budowy – mówią małżonkowie.

 

Źródłem sukcesu są ludzie

Kiedy rozmawiamy przy kawie w nowoczesnym biurze przy Austriackiej, wielokrotnie powraca jeden wątek: atmosfera w zespole i rola współpracowników w sukcesie Baron Montagearbeiten: – Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że ludzie są najważniejsi. Jesteśmy im wdzięczni. Nie tylko tym, z którymi startowaliśmy, ale wszystkim. Mamy szczęście współpracować z bardzo zgranym zespołem, w którym każdy wnosi jakąś wartość do wspólnego wysiłku. Kiedy rozważamy jakąś trudną decyzję i mamy wątpliwości, pytamy o zdanie naszych najbardziej zaufanych współpracowników. Oni mają kapitalne doświadczenie i czasami podpowiadają najlepsze posunięcia – mówi Przemysław Baron.

Udział członków zespołu w zarządzaniu firmą ma konkretne przejawy: – To oni, pracując gdzieś tam na budowach, są najlepiej zorientowani co jest rzeczywiście potrzebne, co na przykład w pierwszej kolejności należy dokupić w zakresie wyposażenia. Podobnie w przypadku nowych zleceń, pytamy ich o zdanie: czy podołamy w określonym czasie, czy nie widzą jakichś pułapek – kontynuuje pan Przemek. – Choć generalnie obowiązuje u nas zasada, że nie ma rzeczy niemożliwych. Z tym, że filtrujemy ją przez poczucie odpowiedzialności – śmieje się. – Nie chcemy podejmować się zadań, co do których mielibyśmy jakąkolwiek wątpliwość, czy zdołamy pracę wykonać w określonym czasie i najwyższym standardzie. Mówimy o tym jasno naszym partnerom. Jako właściciele firmy zdajemy sobie sprawę, że odpowiadamy nie tylko za nasze położenie, ale również poczucie bezpieczeństwa naszych ludzi i ich rodzin. W biznesie łatwo przeszarżować.

Odpowiedzialne podejście, świadomość własnych kompetencji i ograniczeń, solidność, precyzja i perfekcja w pracy są dla właścicieli Baron Montagearbeiten narzędziami do budowania mocnej marki. Od Mateusza Ciacha słyszymy: – Dużo satysfakcji przynosi każdemu z pracowników znakomita opinia o firmie. Od paru lat, kiedy spotkamy się gdzieś na budowie z innymi ekipami słyszymy: „O, Baron. Podobno jesteście najlepsi”. To jest przyjemne i motywujące.

Z kolei Paweł Frankowski wspomina początki współpracy z Baron Montagearbeiten: – Zawiązała się tak silna więź, że traktujemy się nawzajem jak rodzina i poza pracą wiele nas łączy. Myślę, że to rzadkie i że to jest ogromna wartość.

Kontakty w firmie nie ograniczają się do tych czysto zawodowych. Mimo że pracownicy spędzają na budowach z sobą mnóstwo czasu, znajdują ochotę na spotkania towarzyskie, również z udziałem żon czy sympatii.

– Nam pozwala to zrozumieć lepiej sytuację poszczególnych osób, na przykład to, że ktoś potrzebuje częstszego kontaktu z rodziną, więc nie powinien wyjeżdżać gdzieś bardzo daleko – mówi Iwona Baron.

Pan Przemek dodaje: – Kiedy ludzie się dobrze znają, przyjaźnią się, potrafią dać sobie nawzajem wsparcie, kiedy przychodzą kryzysy. One są nieuniknione, bo rozłąka z najbliższymi jest dużym obciążeniem. Ale łatwiej je przełamać, mając wokół życzliwe osoby.

 

 

Nie tylko praca

Przemysław Baron żartuje, że pracują z żoną non stop, bo o sprawach zawodowych rozmawiają w różnych momentach i wspólnie rozważają decyzje nawet przy rodzinnym stole: – Trudno, by było inaczej – komentuje pani Iwona. – Jesteśmy w stałym kontakcie z ludźmi na budowach. Nikt nie ma pretensji, jeśli służbowy telefon przychodzi późnym wieczorem, bo akurat coś ważnego się dzieje. Ale każde z nas ma odskocznię w postaci własnych zainteresowań.

Pana Przemka pasjonują sporty motorowe. Powoli wciąga w to hobby starszego z synów.

Pani Iwona w swoich zainteresowaniach przekracza właśnie granicę między hobby a nowym zawodem. Jej pasją jest projektowanie wnętrz: – Szkolę się w tej dziedzinie, potrzebuję jeszcze pewności w posługiwaniu się programami graficznymi. Przestało mi wystarczać przemeblowywanie własnego domu albo doradzanie znajomym. Czy zajmę się wyłącznie projektowaniem? Pewnie nie, ale ponieważ je lubię i mam z niego satysfakcję, chcę to robić w pełni profesjonalnie.