Czasy mamy egoistyczne, skupieni na sobie, karierze, pieniądzach, w pandemii na dobitkę zagrożeni. Ale pandemia, uprzykrzając życie i izolując, otwiera nas na siebie.

 

_MB66799_20210127_Marzena_Lejkowskai_portret_Wózek

Cześć. Jestem Marzena. Niedługo skończę 23 lata. Pewne jest, że nigdy nie będę chodzić, mam porażenie mózgowe.

Marzenę Lejkowską z III roku anglistyki na Politechnice Koszalińskiej los od początku wbił w wózek, ale wciąż nie może jechać sama, bo jest ręczny. Musiałaby napędzać się rękami, a one też są niesprawne, jedna prawie całkiem.

Napisała w sieci, że marzy, by choć raz wyjść samej na zakupy czy do kosmetyczki – to nieprawda. Chce wiele razy. I nie dopisała, że czasem pragnie pobyć sama. Nie na 10 metrach w akademiku, ale w parku i w polu, gdzie zdarzeniem jest cisza. Nie może. Stale ktoś musi ją toczyć.

Toczą Monika Karbowska i Natalia Waczkowska z roku oraz Asia Łomako z sąsiedniego pokoju, serdeczne opiekunki, lecz Marzena czuje, że ciągłe absorbowanie sobą krępuje.

Dlatego mimo pandemii zbiera na wózek elektryczny, którego nie trzeba popychać. Kilka lat ciułała sama, z marnym skutkiem. Taki średniej klasy kosztuje 20.000 zł. Utworzyła konto na zrzutce.pl, ale w tłoku pokazywanych tam potrzeb ginie. Sprawę przejęła Natalia, a prodziekan Piotr Szarszewski załatwił zgodę i zbiórka widnieje też na facebookowych profilach Wydziału Humanistycznego i uczelni z przekierowaniem na wrzutkę. Drgnęło, jest już ponad osiem tysięcy. – Bardzo dziękuję za jakiekolwiek drobne wpłaty – nabiera nadziei Marzena.

Nie mam tylu sił w rękach, by unieść siebie całą – napisała na Wrzutce.pl. Kilka razy próbowano ją pionizować, daremnie.

Wytrenowała, co mogła. Prysznic bierze na jeszcze starszym wózku. Przesiada się w niszy między sitkiem a odpływem w posadzce. Ten łazienkowy nie ma rączek, odkręcono je i doczepiono do wyjściowego, któremu się urwały, a być muszą, do pchania. Bo wózka nie wytrenowała. Nowy będzie z joystickiem obsługiwanym jedną ręką, z oparciem na głowę i plecy, na starym Marzena nie wytrzymuje ostatnich zajęć na uczelni.

Natalia Waczkowska: – Na wykładach jest też dużo pisania. Ona nie nadąża z notowaniem, więc nieraz wysyłamy jej skany naszych notatek. Za to Marzena robi zdjęcia z prezentacji i się wymieniamy. Ale bardziej pomaga nam inaczej: umie radzić, i nigdy nie widziałam jej złej; zawsze opanowana i uśmiechnięta. Mądra, pomocna dziewczyna z poczuciem humoru. Chce się z nią obcować.

Gdy zajęcia odbywają się normalnie, Monika Karbowska codziennie jedzie do akademika po Marzenę. Ale Renault 206 nie mieści wózka, więc Monika zostawia tu autko i dzwoni po taksówkę kombi, którą jadą dalej (koszt pokrywa uczelnia). Wracają w odwrotnym porządku.

Monika: – Zmieniła się na lepsze. Była zamknięta, wstydziła się. Zero inicjatywy towarzyskiej. Trzeba było ją pytać, czy jedzie do kogoś albo do pubu. A ona – nie, bo schody, nie zna miejsca… Krępowała się, wycofana z poczuciem, że nie należy jej się. Musieliśmy ją brać w obroty, żeby rozhulać, a potem sto podziękowań i widać było, że chciała. Jest duszą towarzystwa, nieodłączną częścią paczki.

Po obronie licencjatu Marzena zrobi magisterkę i zostanie tłumaczką – ten zawód umożliwia pracę zdalną. I założy rodzinę: – Sama mam trzy siostry. Przywykłam w domu do hałasu, i bardzo lubię dzieci.

W Koszalinie mieszka już trzy lata, ale nie zna miasta, bo przemieszcza się jak tramwaj: akademik-szkoła, supermarket-akademik – a i to poza pandemicznym tokiem zdalnym zajęć. Nawet gdy jedzie z paczką, świat widzi krótko i przez okno auta. Wychodzi z domu, gdy musi, dla przyjemności rzadko. Czeka na wolność. W każdym wymiarze, też w niepowodzeniu. Monice się zwierzyła: wiesz, zazdroszczę ci, że jak jesteś zła, to trzaśniesz drzwiami i wyjdziesz.

 

_MB66805_20210127_Marzena_Lejkowskai_portret_

Wolontariat

Rozbudziła je pandemia. W marcu było sześć, teraz 11. Studentki pedagogiki z Politechniki Koszalińskiej zaczęły od pieczenia ciast dla DPS, Hospicjum i Straży Miejskiej, krojenia tkaniny na maseczki, których wtedy brakowało, i koszulki dla pielęgniarek szpitalnego Oddziału Zakaźnego Pooperacyjnego, gdy pralnia nie nadążała z praniem fartuchów – jedna z dziewcząt w ciągu 1,5 godziny zebrała pieniądze na kupno 70.

Obdarowały Specjalistyczny Zespół Gruźlicy i Chorób Płuc i Dom Miłosierdzia. MOPR dostał żywność, pieluchy i środki higieniczne dla maluchów, których rodzice w związku z pandemią znaleźli się w trudnej sytuacji – jak małżeństwo z dzieckiem i drugim w drodze, gdy ojciec pracujący dorywczo stracił i to. Termometry, ciśnieniomierze, pulsoksymetry i fartuchy pojechały do DPS-ów w Mielnie, Parsowie i Gościnie. Po tej pandemicznej serii, gdy wirus przygasł, wolontariuszki przeszły na szkolne wyprawki dla Rodzinnego Domu Dziecka, a potem była akcja świąteczna dla rodzin schizofreników.

Dlaczego akurat schizofreników?

Nie mają przebicia. Wykładowca w Katedrze Pedagogiki i Studiów Edukacyjnych Dominika Mielniczuk-Bączek, od której w ogóle zaczął się ten wolontariat mówi: – Wciąż jest podział na akceptowanych, chętnie wspieranych w zbiórkach i na niezauważanych. My dostrzegamy potrzeby ludzi niezależnie od tego, kim są i na co chorują. Schizofrenia nie tylko ogranicza czy uniemożliwia normalne funkcjonowanie, ale naraża na ostracyzm i stereotypowe postrzeganie chorych jako nieprzewidywalnych, niebezpiecznych dziwaków. Nasza pomoc dała im chwilę wytchnienia bez obaw o to, że czegoś zabraknie na stole.

Niezwykły studencki wolontariat nie ma nawet ram formalnych, za to pała chęcią i emocją. Kinga Grobelska, II rok magisterskiej pedagogiki: – Kiedy przywozimy podarunki, jest mały dysonans: niektórzy płaczą, większość chce nas ściskać, całować, ugościć, „o jeny, jak super; że też są tacy ludzie!”. A my nie możemy reagować naturalnie, bo epidemia. Zostawiamy rzeczy i w środku tego rozczulenia wychodzimy.

Wchodzą i wychodzą pod okiem przyjaciółki. – Ja jestem zawsze, czuję się odpowiedzialna za dziewczyny – przyznaje magister Dominika Mielniczuk-Bączek, która „wyssała pomaganie z mlekiem”, gdyż wychowała się w środowisku niepełnosprawnych, dla których pracowali jej rodzice. – Empatia i spolegliwość biorą się z wychowania i osobistej wrażliwości, w przypadku studentów pedagogiki są konieczne, ważne w przyszłej pracy. Każda nasza akcja jest skierowana do innej grupy potrzebujących – dziewczyny studiują na tym samym kierunku, ale mają różne specjalizacje.

Dary pozyskują pantoflowo i przez aukcje na FB; ich zwycięzcy wpłacają pieniądze, a organizatorki kupują długotrwałą żywność, kołdry, poduszki, pościel, ręczniki, dobrą odzież, buty, kosmetyki. Wśród rzeczy wystawionych zdarza się wszystko: za 5 i 500 zł, od puzzli poprzez świecznik do dwóch obrazów malarza Cukina.

I ta osobista zażartość wolontariuszy. Kinga niosła pomoc do drugiego dnia przed rozwiązaniem: Olaf, młodszy brat Leona, zanim przyszedł na świat w ferworze wspomagania, uznany został za najmłodszego wolontariusza w tej części świata. Pierwsze fanty były od nich i ich rodzin, np. od sióstr Kingi. Paulina Binda wystawiła na aukcji własną sesję dla zwycięzcy – pasja jej to fotografia. I niepowtarzalne rękodzieło Dominiki: spersonalizowane składane kartki i akrylowe bombki z zaklętą w nich magią zimowych pejzaży.

– Jesteśmy tego spragnione – objaśnia Kinga. – Pomaganie nic nie boli, za to spełnia.

 

 


Wpłaty na wolność Marzeny: FB Wydziału Humanistycznego PK/wrzutka.pl.

Licytacje darów na www.facebook.com/groups/251736289354940

Na pomagam.pl/pedagogika zbiórka pieniędzy, za które organizowana jest pomoc.