Mocny, często kontrowersyjny monolog i charyzma stand-upera to cały arsenał, jakim dysponuje on w konfrontacji z publicznością. Stand-up jako forma sceniczna to fenomen. W Polsce występy komików dosadnie komentujących rzeczywistość biją rekordy popularności. Również w Koszalinie stand-up ma się znakomicie. To głównie zasługa naszych rodzimych komików, którzy na swoje występy są w stanie ściągnąć tłumy. Zapraszamy na rozmowę z Darkiem Gadowskim, dla stand-up stał się sposobem na życie.

 

kopia Darek Gadowski fot Marcin Betliński– Czy mamy powody do śmiechu?

Zawsze jest coś do śmiechu, póki jeszcze nie zabronili nam się śmiać. Śmiech to też jest mechanizm obronny. Sam, nawet jeszcze jako dzieciak, w mało śmiesznych dla wszystkich sytuacjach dostrzegałem coś komicznego, aż głupio było to powiedzieć głośno. Pamiętajmy, że śmiech to zdrowie, a teraz jest to towar wysoce pożądany. Zresztą żyjemy w kraju, który dostarcza nam na co dzień kupę absurdu, który bywa tak żałosny, że aż śmieszny. Jednak jeżeli chodzi o obecną sytuację, to muszę przyznać, że w czasie naszych letnich występów, kiedy jeszcze można było być na scenie, nasza publiczność niechętnie reagowała na pandemiczne żarty, myślę, że po prostu jesteśmy tym zmęczeni. Tymi wiadomościami bombarduje nas telewizja, portale, rozmowy w rodzinie i w pracy, a od nas ludzie oczekiwali odskoczni. Czystej rozrywki, niezmąconej tą całą sytuacją.

 

– Myślę, że wielu z widowni zazdrości wam, stand-uperom, tego luzu na scenie, umiejętności celnego puentowania. W tym wszystkim oprócz wymyślania żartów, trzeba też wymyślić siebie. Kim więc powinien być stand-uper?

Na pewno taka osoba musi być wytrwała. Początki w stand-upie są ciężkie i niewdzięczne. Obnażasz się na tej scenie i pocisz, a słyszysz ‚świerszcze”, ciszę jak na pogrzebie. Prawie każdy zaczynał źle, tak już jest. Zanim się odnajdziesz i wyrobisz, a trwa to długo. Musisz zaliczyć niejeden „bombing”, czyli występ bez reakcji publiczności, czasem tylko komicy się śmieją z twoich żartów i wiesz, że będziesz tego wieczoru smutny. Kto myśli, że takie występowanie to szybka droga do sławy, fleszy czy kasy, jest w błędzie. Poziom żenady, zawstydzenia i bólu jest na tyle mocny, że na scenie przetrwają w zasadzie tylko ci, co kochają to robić, nie karierowicze. Poza wytrwałością komik powinien także być dobrym obserwatorem. W naszym towarzystwie „śmieszków” nie ma zbyt wielu. Jednak każdy komik odznacza się dobrym okiem do wyłapywania absurdów i skrajności.

 

– W porównaniu do kabaretu stand-up jest mocną, czasem nawet wulgarną ironią. Czy w Polsce można śmiać się ze wszystkiego?
– Można, o ile żart jest dobry. Publiczność potrafi wiele wybaczyć i wiele zaakceptować, ale musi to być celne i konkretne spostrzeżenie, bez tanich chwytów i kopiowania memów. Na samym początku, stand-up w Polsce na widowni gromadził osoby, które myślały o nas trochę jak o kabarecie, pewnie dlatego, że głównymi gwiazdami były osoby wywodzące się ze scen kabaretowych, no i większość Polaków kojarzyła kabaret jako jedyną formę komedii scenicznej. Było pewne zdziwienie, oburzenie czasem. Teraz kiedy komicy są już bardziej znani i utożsamiani ze swoim indywidualnym stylem, widzowie mają wybór, na kogo chcą chodzić, czyj humor do nich bardziej trafia i to jest znakomite.

Stand-up wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych, tam śmiano się ze wszystkiego, mocno i brutalnie, nie brano jeńców, publiczność przez lata była już przyzwyczajona. Jednak od pewnego czasu w USA poprawność polityczna zabija dowcip. Komicy po swoich występach często przepraszają różne środowiska, za niektóre żarty, robi się z tego obłędna sytuacja, bo za chwilę nie będzie można śmiać się z niczego. Zawsze znajdzie się przecież ktoś, kogo dany żart urazi. Poprawność polityczna kastruje żarty. Nie wyobrażam sobie, abym żarty musiał konsultować z prawnikami. Zresztą za historię, która wypada z moich ust trudno wziąć odpowiedzialność, ponieważ każdy może ją zinterpretować dowolnie, niekoniecznie zgodnie z moimi intencjami. Nie da się dopasować do poczucia humoru każdego. Poza tym uczestnik występu wchodzi w jakąś konwencję. Kupuje bilet, zasiada na widowni, wchodzi do świata, na który się godzi… No i przecież jest dorosły, sam wybrał. Gdybym taki występ dał w południe pod ratuszem dla przypadkowych przechodniów, to wtedy rozumiem oburzenie.

 

fotografia Comedy Club

 

– Bywając na stand-upach zauważyłam, że najczęstszym tematem ostrej krytyki jest najbliższe otoczenie: matka, partnerka, sąsiad. Jak oni reagują w starciu z ciętym językiem.

– (śmiech) Moja partnerka ma z tym luz, a pozostali członkowie rodziny po prostu nie przychodzą na moje występy. Takie ostre dotykanie tematu, moim zdaniem, świadczy tylko o sympatii. Kogo krytykujemy najbardziej? Najbliższych! Oczywiście z miłości. To samo tyczy się mojej słabości do Koszalina. Opowiadam o naszym mieście, często zgryźliwie, ale to właśnie przejaw uczucia. Zawsze występując na różnych scenach, mówię skąd jestem i nawet jeśli towarzyszy temu żart, to dla mnie powód do dumy. Poruszam tematy mi bliskie, które mnie otaczają, które obserwuję. Dlatego w moich programach szybciej znajdziecie teksty o kredytach na mieszkanie, o braku pracy czy o posiadaniu dzieci szybciej, niż o imprezkach, bo z nich już wyrosłem.

 

– Opowiedz co nieco o stand-upowej scenie w Koszalinie.

– Dokładnie 23 września 2013 roku odbył się nasz pierwszy występ w tym pięknym mieście. Nasz, ponieważ od samego początku scenę dzieliłem z Jackiem Stramikiem. W podobnym czasie zafascynował nas stand-up i na nasze pierwsze open mic (dosłownie: otwarty mikrofon – dop. red.) jeździliśmy do Gdańska na Elżbietańską. Tam nie raz mieliśmy ciężkie chwile, ale nie zniechęciło to nas. Swoje miejsce, bezwarunkowo, na czas występów w Koszalinie, oddał nam Waldek Miszczor prowadzący wówczas Kawałek Podłogi. Było 10 widzów, potem 20. Takie były początki, a i tak na nas działało to napędzająco. Przez koszalińską scenę i cykliczne imprezy, jakie udało nam się stworzyć, przewinęli się wszyscy znaczący w Polsce przedstawiciele tego gatunku. Sale wyprzedawały się nawet po 3 – 4 razy na jedno wydarzenie i to niewątpliwy sukces naszego grania w Koszalinie. Bardzo lubię ten rodzaj występów, klubowy i kameralny, w którym czuje się publiczność, a gość na scenie jest dla niej na wyciągnięcie ręki. Koszalin lubi stand-up i czeka na niego, co do tego nie mam wątpliwości. Nasza scena do czasów pandemii sukcesywnie rozwijała się i mam nadzieję, że wrócimy do tego, jak już będzie to możliwe.

 

– Wspomniałeś o swoich początkach na Elżbietańskiej…

– Kiedy jechałem tam pierwszy raz, nie powiedziałem nikomu, że tam jadę. Byłem zestresowany, ale moje wyobrażenie bycia na scenie nie mogło się równać z tym, czego doświadczyłem na żywo. Było to najbardziej elektryzujące doświadczenie w moim życiu. Obcy, podpici ludzie na widowni, oślepiające światło w oczy, mikrofon w ręku i nikogo do pomocy – tak to wygląda za pierwszym razem.

 

– Horror.

– Taki liryczny survival. Zawsze ciągnęło mnie w stronę ludzi. Jestem gadułą, jestem spostrzegawczy i chciałem sprawdzić czy mix tych zdolności pozwoli mi przetrwać na scenie. Lubiłem oglądać innych komików, przyglądać się im nawet tak czysto technicznie, jak wchodzą, od czego zaczynają, kiedy puentują i jakie poruszają tematy. Open mic to formuła, która pozwala całkowitym amatorom wystąpić na scenie przed publicznością. Na początku jest to zaledwie kilka minut i nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że aby wypełnić ten krótki czas, trzeba mieć przygotowane naprawdę dużo materiału. Stań w domu przed lustrem z pilotem w ręku, włącz stoper i zacznij mówić, a zobaczysz, że na scenie 5 minut to wieczność, w szczególności jak nikt się nie śmieje. Stand-up wydaje się łatwy, tak myśli przeciętny widz. Często padają pytania, „czy wy w ogóle się przygotowujecie”? Scena pięknie weryfikuje „imprezowych śmieszków” czy „wesołych wujków z zakrapianych imienin”, często okazuje się, że w świetle reflektorów wcale nie są już tacy zabawni. Wszystko rozbija się o program, który trzeba sobie przygotować, rozpisać, nauczyć się i zaprezentować tak, jakby płynął zupełnie spontanicznie. Z biegu to możesz tylko popłynąć rzeką żenady.

 

Gdańsk

 

– To zadanie niemal aktorskie.

– I tak, i nie. Wielu aktorów próbowało sił w stand-upie, a ostał się jedynie godny podziwu Rafał Rutkowski. Na pewno doświadczenie aktorskie się przydaje, okiełznanie stresu scenicznego, ogranie, wybitna pamięć do tekstu czy mimika twarzy. Jednak komicy szczycą się tym, że teksty piszą sami, a brak aktorskiego sznytu często dodaje występowi autentyczności i wyjątkowości. Oczywiście zdarzają się zaczepki od publiczności i kontrolowane zbaczanie z tematu, wtedy trzeba trochę improwizować. Każdy z nas ma na to swój sposób, który sobie wypracował z czasem.

 

– A co sądzisz o roastach? Przeciwieństwo benefisu, które daje nieźle w kość głównemu bohaterowi.

– Roast to nic innego, jak obrzucanie się „tym co najgorsze i najmocniejsze”, katharsis przez upodlenie. „Wyśmieję cię do cna, a potem pójdziemy na piwo”. Był moment, że w naszym kraju roastów było mnóstwo. Ludzie się tym szybko zachwycili, bo jest to forma dość widowiskowa. Jest jak czerwone Ferrari, szybkie, głośne i zwraca na siebie uwagę. Kto by nie chciał zobaczyć, jak jakiegoś celebrytę cisną do granic na jego własne życzenie. Wydaje mi się, że w Polsce wszyscy zainteresowani brali w tym udział i formuła nieco się wyczerpała. Chyba, że jeszcze mnie ktoś zaskoczy… Na razie moja uwaga skierowana jest na inne formy komediowe.

 

– Czy w stand-upie jest miejsce na manifestowanie własnych przekonań i poglądów.

– Moim zdaniem jest i ja sam tego szukam u komików. Zresztą w komentowaniu rzeczywistości nie sposób uniknąć własnego zdania. Tak kształtuje się osobowość sceniczna. Na początku w Polsce byli komicy, teraz są już konkretne nazwiska kojarzone z określonym stylem i poglądami. Dla mnie komik na scenie to przede wszystkim człowiek, a nie ktoś kto wyklepuje program. Szukam krwi i kości, emocji i jeśli coś mnie wnerwia, coś gryzie lub z czymś się nie zgadzam, wręcz czuję się zobligowany do manifestowania swoich poglądów. Oczywiście nie jest to wiec wyborczy, więc jest to jakiś ułamek scenicznej działalności, ale ważny. Tak uważam. Zdaję sobie także sprawę, że nie każdy komik tego szuka, niektórzy chcą po prostu bawić ludzi nie myśląc za bardzo o tym co mówią.

 

– Jak czuje się komik w czterech ścianach, kiedy pandemia ograniczyła działania na scenie, uniemożliwia występy i w zasadzie planowanie czegokolwiek.
– Tęsknie bardzo za sceną, za adrenaliną. Jestem w stałym kontakcie z moimi komediowymi druhami, z którymi zjechaliśmy prawie cały kraj. Brakuje mi również tych wyjazdów i spotkań, wspólnego grania i „afterów”, bo to kopalnia żartów i właśnie wtedy rodzi się wiele pomysłów na program. Jest twórczo i inspirująco, i bardzo mocno. Ciężko po udanym występie pójść spać, skoro następnego dnia pracujesz dopiero o dwudziestej. Jest Youtube, na którym niedługo pojawią się jakieś nowe projekty „pandemiczne”, jednak to zupełnie nie to samo, co występy na żywo. Przez ostatnie dwa lata praktycznie nie było mnie w domu, więc zapoznaję się ze swoim mieszkaniem na nowo. Mnóstwo rzeczy zmieniło swoje położenie (śmiech), więc jest sporo do nadrobienia. No i mam czas na bycie z moją lepszą połową. Poznajemy się w końcu po latach i to jest bardzo przyjemne.

 

– Kobiety w stand-upie. Ciągle ich mało. Jak myślisz, dlaczego? Czy kobietom nie przystoi mówić mocno i dosadnie?
– Bo nie są śmieszne! To żart… Czy pań w stand-upie jest mało? To tylko złudzenie. Jest ich mniej niż panów, ale na pewno nie brakuje im odwagi. Są mocne, kiedy trzeba, ale nie przesadnie wulgarne. Czy są inaczej oceniane? Przez stereotypy panujące w Polsce początki miały cięższe niż panowie, musiały trochę więcej udowodnić niedowiarkom, ale teraz mają mnóstwo fanów i są w ścisłej czołówce. Sytuacja się ustabilizowała i teraz liczy się materiał. Masz dobry program w sieci, sprzedajesz bilety. Pod hasłem „komik” kryje się pewny siebie i mocny zawodnik, niezależnie od płci. Oczywiście dalej znajdziemy ludzi, którzy uważają, że kobiety nie są śmieszne, ale z reguły to bardzo smutne osoby i nieznające dobrze sceny stand-upowej nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

 

Kraków fot. Jacek Waszkiewicz

 

– Czy komik podpatruje innych komików? Kto jest twoim mistrzem?

– Mam to szczęście, że wielu znakomitych anglojęzycznych komików miałem okazję zobaczyć na żywo w Londynie. Wielokrotnie oglądałem ich występy i zawsze byłem pod ogromnym wrażeniem. Jest ich mnóstwo, ale lubię bardzo Louise’a CK, choć niestety ostatnio jest on w niesławie po skandalu na tle seksualnym, ponadto Bill Burr i Dave Chappelle. To moja ulubiona trójka, oglądam ich, obserwuję techniczne detale, ale to też zależy od mojego humoru danego dnia, to trochę jak z muzyką, raz bardziej lubię jednego, a od drugiego muszę trochę odpocząć. No i muszę powiedzieć, że lubię i obserwuję mocno polski stand-up. Może nie są to moi idole, bo jesteśmy kolegami i za dużo o sobie wiemy (śmiech) ale potrafimy się zaskoczyć żartami, zaciekawić puentą, więc jest to dowód na nieustanne rozwijanie się tego nurtu w naszym kraju.

 

– Czekamy więc aż otworzą się sceny, a na razie gdzie można zobaczyć Darka Gadowskiego?

– W parku karmiącego kaczki oraz na Youtubie. Bieżące wydarzenia czasem komentuję na moim profilu na FB, ale media społecznościowe to nie jest mój żywioł, chyba jestem za stary by siedzieć cały dzień w telefonie. Czekam przede wszystkim na spotkania na żywo, tu na koszalińskich scenach i w całej Polsce. Korzystając z okazji chciałbym zaprosić wszystkich na największy projekt stand-upowy roku 2021, trasę Please stand-up! Gospodarzem występów będzie Łukasz Lotek Lodkowski, natomiast oprócz mnie wystąpią Piotr Zola Szulowski, Błażej Krajewski, Michał Leja i Tomek Kołecki. O oprawę muzyczną i wizualną zadba fenomenalny Falcon1, a gościem specjalnym będzie raper KęKę, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać.