Rodzinny krąg, wigilijny stół, 12 postnych potraw, opłatek, kolorowo przystrojona choinka, prezenty, pasterka – wszystko to składowe tradycji polskiego Bożego Narodzenia. Zdarza się jednak, że święta wyglądają zupełnie inaczej…

 

 

Sambor KwasSambor Kwas mówi: sprawdzam

Andrzej Mielcarek, wydawca miesięcznika „Prestiż Magazyn Koszaliński”:

– Nie ja jestem bohaterem tego wspomnienia, ale mój ówczesny redakcyjny kolega Sambor Kwas.
Był początek lat dziewięćdziesiątych, zaczynaliśmy pracę w szczecińskim wydaniu „Gazety Wyborczej”. Sambor, bodaj najmłodszy w naszym gronie, wyróżniał się rzadkim reporterskim „nosem”. Nie znam szczegółów jego sytuacji osobistej, ale wiem, że rodzinę miał nieliczną, bodaj tylko tatę. I tak jakoś wyszło, że w święta które wspominam, Sambor został w Szczecinie sam.

Wpadł wtedy na pomysł, który później przyniósł mu sporo zgryzoty. Otóż postanowił sprawdzić, jak jest z tym dodatkowym nakryciem dla zbłąkanego wędrowca zostawianym zwyczajowo przy polskich wigilijnych stołach. Ruszył więc w miasto, odwiedzając różne adresy. Jak się można spodziewać, wszędzie wywoływał konsternację. Ale znalazła się rodzina gotowa przyjąć obcego do stołu w tym szczególnym dniu – zwyczajna, niezamożna. Najgorzej, jeśli tak można powiedzieć, wypadł duchowny…

Reportaż Sambora odbił się szerokim echem. Wewnątrz redakcji – również głównej, warszawskiej – rozgorzała dyskusja, czy pomysł na taki reportaż uczestniczący jest etyczny, czy można ludzi poddawać ciężkiej próbie w imię samej tylko ciekawości. Generalnie większość głosów opowiadała się po stronie autora, lecz jeden z ówczesnych felietonistów „Gazety”, bardzo poważany Andrzej Osęka, ostro skrytykował Sambora, zarzucając mu moralne nadużycie. I to właściwie wyznaczyło obowiązującą ocenę pomysłu i reportażu.

Parę miesięcy później Sambor przeniósł się do Warszawy, podjął pracę w innej redakcji. Jednak znów po paru miesiącach przepadł. Jak się okazało, nie mógł sobie znaleźć miejsca i wylądował w końcu w Stanach Zjednoczonych. Kontakt się urwał na dobre.

Ta jedna sytuacja bardzo zaważyła na jego życiu. Szkoda, bo był bardzo zdolnym dziennikarzem. I odważnym, bo przyznają Państwo, że trzeba mieć wewnętrzną siłę, żeby przeprowadzić eksperyment społeczny, który wymyślił sobie Sambor. Siadając do tegorocznej wigilii, zadajmy sobie pytanie, co byśmy zrobili, gdybyśmy na progu domu zastali schludnego dwudziestolatka, który grzecznie zapytałby, czy może z nami spożyć ten wyjątkowy posiłek.

Na marginesie: nazwisko było dla mojego kolegi nie lada kłopotem. Wielu po prostu nie dowierzało, że jest prawdziwe – ludzie podejrzewali, że chodzi o pseudonim. Najwyraźniej nie znali średniowiecznej historii Pomorza, kiedy imię Sambor było na naszych ziemiach popularne, a nosili je znani z pisanych świadectw rycerze i inni dobrze urodzeni. Germanizacja, niestety, spowodowała, że stało się swego rodzaju „zabytkiem”.

 

Amy Szymańska foto do wymianyKocham świąteczne przygotowania

Amy Szymańska, właścicielka Centrum Języków Obcych Arena, Tunezyjka mieszkająca od kilku lat w Koszalinie:

W mojej rodzinnej Tunezji święta Bożego Narodzenia nie są obchodzone, gdyż mamy inną kulturę i inną dominującą religię. W większości miejsc są one w ogóle niezauważalne, choć w niektórych sklepach – zwłaszcza sieciowych, należących do globalnych marek – na wystawach można znaleźć sztuczną choinkę jako część dekoracji.

Dobrze pamiętam moje pierwsze Boże Narodzenie w Polsce. Byłam tutaj dopiero niecały miesiąc, kiedy koleżanka chciała mnie wprowadzić w urok świąt. Razem z jej rodziną miałam nawet okazję być na pasterce w katedrze w Kołobrzegu. Dobrze zapamiętałam ten czas – uwagę przyciągały, wręcz oszałamiały, kolorowe światełka, które były wszędzie: na ulicy, w sklepach, w restauracjach, w prywatnych domach.

Kolejne święta spędzałam już wraz z rodziną męża w sposób wymagany przez polską tradycję. Od dwóch lat, korzystając z wolnego czasu, zaraz po wigilii wyjeżdżamy odpocząć. Nasze ferie trwają aż do Nowego Roku. W tym roku pewnie się to nie uda…

Jeśli chodzi o stronę kulinarną, muszę powiedzieć, że smakują mi wszystkie polskie świąteczne specjały, wszystkie tradycyjne dania. Ponieważ lubię gotować, uczyłam się je samodzielnie przyrządzać. Wyszukiwałam filmiki na YouTube i w ten sposób krok po kroku poznawałam tajemnicę każdej potrawy. Umiem na przykład przygotować tradycyjnego karpia, ale najsmaczniejszym daniem dla mnie jest ryba po grecku.

Święta Bożego Narodzenia mają niepowtarzalny klimat. Składają się na niego zapachy potraw, wspólny śpiew kolęd, które uwielbiam, dekoracje. Przyjemne jest zwłaszcza dekorowanie choinki, przymierzanie, które ozdoby będą pasować, a które nie. Swój ujmujący urok ma również planowanie prezentów, myślenie co bliscy chcieliby dostać, co ich zaskoczy i bardzo ucieszy.

Ważne święta w Tunezji również posiadają swój czar. Odbywa się wtedy tłumne odwiedzanie rodziny i wielka uczta przy grillu (wiadomo – inny klimat), a wszystko wśród wszechobecnego zapachu kadzideł.

Nie mogę wyobrazić sobie życia bez obu świąt i jestem szczęśliwa, przygotowując się do jednych i drugich.

 

Krzysztof Łuszczek z rodziną (jeszcze bez najmłodszej córeczki)Święta na ulicy

Krzysztof Łuszczek, menedżer; jako przedsiębiorca prowadził interesy w Ghanie:

Zanim przyszło mi spędzić moje pierwsze afrykańskie Boże Narodzenie, sporo już wiedziałem o miejscowym sposobie jego obchodzenia. Mimo to byłem zaskoczony, bo co innego czytać na jakiś temat, a co innego samemu czegoś doświadczyć.

Byłem wówczas gościem rodziny mojej żony Wiktorii, która jako miejscowa stała się dla mnie przewodniczką po ghanijskiej rzeczywistości.

Podobnie jak u nas świętowanie zaczyna się od kolacji z rodziną. Ale to właściwie jedyne podobieństwo. Po rodzinnym posiłku bierze się potrawy i wychodzi na ulicę po to, żeby dzielić się z innymi. Każdy coś upiekł albo ugotował, więc nie wypada się nie poczęstować. Oczywiście są również ludzie biedni, których nie stać na przygotowanie smakołyków. Nikt na to nie zwraca uwagi i częstuje również ich, czym tylko może.

To jest generalnie wielka różnica między Afryką a Europą: tam najważniejsze są relacje, związki między ludźmi. Również święta są okazją do ich nawiązywania i umacniania. Nie czci się świąt w zamkniętym kręgu rodu, ale na zewnątrz – spotykając się ze znajomymi i nieznajomymi.

O ile na święta byłem częściowo przygotowany, to zaskoczył mnie sylwester. Zaplanowałem go w hotelu, po europejsku. Było drętwo i sztucznie. Wszystko skończyło się kwadrans po północy. Kiedy wracaliśmy, zwróciłem uwagę na to, że w wielu miejscach pod gołym niebem bawili się ludzie. Trwała ta zabawa do drugiej, trzeciej w nocy. Była w tym pewna tajemnica, którą rozszyfrowałem w następnym roku. Ta sylwestrowa fiesta na ulicach miała związek z miejscowym Kościołem: ludzie w ten sposób się modlili, śpiewając i tańcząc. Zaczynali o ósmej wieczorem, kończyli o drugiej już w nowym roku. Fantastyczne przeżycie, a jednocześnie żal że my, Europejczycy, niemal całkowicie wyzbyliśmy się spontaniczności.

 

Marek Zmysłowski i Yaritza ReyesOpłatek zaszczepiony na Dominikanie

Marek Zmysłowski, pochodzący z Koszalina przedsiębiorca, który swoje biznesowe przygody w Nigerii opisał w bestselerowej książce „Goniąc czarne jednorożce: Jak polski Wilk z Wall Street został afrykańskim terrorystą”

W mojej rodzinie tradycje związane ze świętami Bożego Narodzenia pieczołowicie kultywowały babcia i mama. Dbały o to, byśmy w najdrobniejszych szczegółach zachowywali okolicznościowe zwyczaje.

Przesiąkłem tym klimatem. To dzięki babci i mamie, niezależnie od tego, gdzie jestem w tym okresie, staram się zorganizować chociaż część polskich potraw. W zeszłym roku rodzina mojej partnerki, Yaritzy Reyes, mieszkająca na Dominikanie zaczęła dzielić się opłatkiem. Było to dla nich zupełną nowością, którą zaakceptowali.

Boże Narodzenie w wersji nigeryjskiej jest zdecydowanie bardziej „zamerykanizowane” niż w Polsce, natomiast na Dominikanie bardzo dużą rolę odgrywa Kościół. Religijność jest bodajże silniejsza niż w naszym kraju.

W obu przypadkach – Nigerii i Dominikany – największym szokiem był brak choinki, podstawowego symbolu świąt. Ponieważ bardzo tęskniłem do bożonarodzeniowego drzewka, moją ulubioną czynnością stało się z czasem strojenie palm, bo choinki są tam tylko sztuczne.

 

Zależy z kim się płynie

Tomasz Łazarewicz, marynarz – pierwszy oficer, obecnie spedytor; pochodzi z Darłowa; mieszka z rodziną w Bremie w Niemczech

– Kilkanaście razy zdarzyło mi się spędzać święta w trakcie rejsu, z czego 10 razy pod rząd! To nie jest łatwe doświadczenie – nawet jeśli nie jest to pierwsze Boże Narodzenie bez rodziny. Oczywiście marynarze starają się zapewnić sobie namiastkę świątecznego klimatu. Dużo tu zależy od tego, z kimś się płynie. Kiedy byli to w dużej liczbie Polacy i na dokładkę trafił się kucharz Polak, udawało się uzyskać świąteczną atmosferę. Gorzej kiedy w większości załoga składała się z różnych nacji. Chociaż muszę powiedzieć, że lubiłem rejsy z udziałem Norwegów. Im bardzo podobały się nasze zwyczaje świąteczne i świąteczna kuchnia, bo u nich tradycje świąteczne są dużo skromniejsze niż polski.

Kilka razy zdarzyło mi się w wigilię pracować, bo przecież statek trzeba cały czas obsługiwać. To były emocjonalnie trudne momenty. Trochę tęsknotę łagodziły rozmowy z bliskimi, ale nie trwały one długo, bo połączenie przez telefon satelitarny kosztowało majątek.

 

Mira i Artur Danielewscy od sześciu lat uczą Australijczyków tangaKolędy nad Oceanem Indyjskim

Mira Danielewska wraz z mężem Arturem od niemal sześciu lat uczy Australijczyków tanga, prowadząc szkołę tańca towarzyskiego

U nas (mówię tak, bo już oswoiłam się z nowym miejscem zamieszkania) obchodzi się Boże Narodzenie właściwie dwa razy. Raz w lipcu (Christmas in July), kiedy tutaj jest zima a temperatura spada w dzień do kilkunastu stopni, przy czym w nocy może zdarzyć się nawet przymrozek. Drugi raz świętujemy w „normalnym” terminie, chociaż w „nienormalnej” temperaturze.

Mieszkamy w Perth, w którym w Boże Narodzenie temperatura wynosi 36-38 stopni Celsjusza, co i tak nie jest rekordem jak na warunki australijskie. To w istotny sposób wpływa na sposób świętowania, bo trudno w takiej temperaturze zajadać się bigosem…

Pierwsze święta poza Polską były dla nas trudne. Tutaj nie ma tradycji wigilii, wszystko rozgrywa się 25 grudnia. Święta spędziliśmy wtedy we dwójkę, bez choinki, śpiewając kolędy. Postarałam się, żeby na stole było coś typowo polskiego. Kupiliśmy na przykład makowiec w polskiej cukierni Chopin. Ale gdzie mu do tego z koszalińskiego Sano! Sama przyrządziłam karpia po żydowsku. Kupiliśmy również pierogi, które stają się coraz popularniejsze wśród Australijczyków. Mimo tych potraw i kolęd było nam smutno. Następnego dnia wzięliśmy trochę jedzenia oraz wino i poszliśmy nad ocean, a mamy do niego bardzo blisko. To był już zupełnie inny nastrój. Na plaży zobaczyliśmy mnóstwo ludzi, którzy korzystając z dostępnych wszędzie bezpłatnych grilli piekli mięso, bawili się, pili alkohol.

Na najpiękniejszych plażach Australii Zachodniej tłumy plażowiczów i tysiące surferów w Boże Narodzenie to zwykły widok. Co ciekawe zewsząd słychać różnojęzyczne rodziny: ci mówią po hindusku, ci po japońsku albo chińsku, inni po hiszpańsku… To dziwne, ale ludzie silnie trzymają się w swoich kręgach kulturowych, jednocześnie szanując innych. To jest rzecz, którą tu uwielbiam…

Kolejne święta były już radośniejsze, a podczas ostatnich spotkał nas duży zaszczyt, bo tańczyliśmy przy akompaniamencie orkiestry symfonicznej w największe sali koncertowej Perth – zostaliśmy bowiem zaproszeni do udziału w bardzo prestiżowym koncercie charytatywnym.

26 grudnia to Boxing Day. Spędza się go w centrach handlowych. Nazwa święta wywodzi się od tradycyjnego, datującego się od średniowiecza, zwyczaju darowania służbie lub biednym podarunków zapakowanych w pudełka (ang. box). Inny przekaz mówi, że nazwa ta pochodzi od lockbox, czyli skarbonki na datki znajdującej się w kościele – pieniądze zebrane w tym dniu były rozdawane ubogim parafianom.

Tęsknimy do świąt w Polsce. Nawet planowaliśmy wizytę w Koszalinie w tym roku, ale wiadomo – „koronka” wszystkie plany zrujnowała. Nie wolno nam opuszczać Australii, a nawet przemieszczać się między tutejszymi stanami. Generalnie ludzie szanują te ograniczenia, bo wiedzą, że dzięki nim choroba się nie rozprzestrzenia (w Perth było dotychczas zaledwie kilka przypadków Covid-19).

 

Wiesław RomanowskiPiątek 24 grudnia 2004 roku, pomarańczowy Kijów

Wiesław Romanowski, dziennikarz, w poprzedniej dekadzie korespondent polskich mediów na Ukrainie i Białorusi; ekspert od spraw wschodnich, pisarz i socjolog

Wigilię tego roku miałem w pracy, w hotelu „Ukraina”, górującym nad prawobrzeżną częścią Kijowa. Jeszcze niedawno hotel nosił nazwę „Moskwa”, co trafnie określało relacje władzy, nie tylko między miastami, stolicą imperium i jej wasalem. Teraz wszystko miało się zmienić. Ukraina walczyła o niepodległość.

Z okien hotelu Ukraina wychodzących na Majdan wszystko było widać jak na dłoni. Majdan trzymali zwolennicy Wiktora Juszczenki i „Naszej Ukrainy”, ruchu politycznego z kozacką podkową na pomarańczowym tle, kolorze Juszczenki. Stąd rewolucja wzięła swoją nazwę. Pomarańczowi byli świetnie zorganizowani. Stale dyżurowali w ogrzewanych kozami namiotach, wspomagali ich przyjeżdżający z całej Ukrainy wolontariusze. Moim zadaniem tego dnia było opowiedzenie widzom TVP, co tu się dzieje.

Julia Timoszenko, pomarańczowa księżniczka, tłumaczyła mi, że wszystko jest zgodnie z grafikiem. Każde miasto, każda firma wie kiedy i ilu ludzi ma przysłać na Majdan. Tutaj mieli wystać i wykrzyczeć swoją wolność. Wszystkie światowe telewizje i radia prowadziły z Majdanu relacje. To był atut pomarańczowych.

Na Majdan nie mieli prawa wstępu niebiescy, zwolennicy Wiktora Janukowycza, któremu Władimir Putin już dwa razy gratulował zwycięstwa w prezydenckich wyborach. Niebiescy w Kijowie byli w mniejszości. Stale wisiała nad Majdanem ich groźba, że pociągami przyjadą ze Wschodu i zrobią w Kijowie porządek z tą pomarańczową zarazą rozsiewaną przez Zachód.

Pomarańczowi i niebiescy i przybyli z całego świata goście hotelu Ukraina, dziennikarze, dyplomaci, szpiedzy, agenci służb specjalnych, obsługa hotelu, czekali – każdy na swój sposób – na głosowanie w dodatkowej, ustalonej przez Sąd Najwyższy za podpowiedzią międzynarodowych mediatorów trzeciej turze wyborów prezydenckich. Była wyznaczona na 26 grudnia, w drugi dzień świąt u katolików.

24 grudnia, w wigilię, wszystko jeszcze wisiało na włosku. Nikt nie wiedział, jaki będzie finał politycznego konfliktu. Czy Janukowycz zaatakuje swoimi bojówkami? Czy Putin użyje armii i swoich wpływów w ukraińskich służbach specjalnych? Czy Kwaśniewskiemu uda się zmobilizować Europę i obronić kruche porozumienie? Czy leczący się z trucizny podanej przez zdrajców Juszczenko dotrwa do końca tej walki?

Goście hotelu Ukraina pracowali non stop. Dziennikarze obsługiwali swoje stacje telewizyjne i radiowe nadające we wszystkich strefach czasowych. Ekipy telewizyjne korzystając z satelitarnych połączeń nadawały relacje z okien hotelowych pokoi. Świat poznał hasło pomarańczowych : „Razom nas bohato, nas ne podołaty”- Jesteśmy wszyscy razem i nie można nas pokonać. Tak też się stało.

Wówczas, w Kijowie po raz drugi w swoim życiu spędzałem wigilię poza rodzinnym domem. Pierwszy raz był w grudniu 1981 roku, w stanie wojennym, miałem ją w więziennej celi w Wierzchowie Pomorskim razem z internowanymi kolegami i przyjaciółmi z Solidarności. W Kijowie, na Majdanie, wróciłem do tego wspomnienia, do niepokoju i strachu o przyszłość, do generała – obrońcy socjalizmu, do kopalni Wujek, Janka Stawisińskiego, do naszej solidarności.

Patrzyłem na przygotowujący się do krótkiego snu rewolucyjny Majdan. Wolontariusze schodzili do metra, część z nich nocowała w gościnnych kijowskich mieszkaniach. Straż Majdanu rozstawiała nocne posterunki, można było jeszcze dostrzec prawosławnego kapłana, błogosławiącego bojowników, którzy zostawali na noc w namiotach. Mogli mi opowiedzieć o swoich strachach i swoich nadziejach, tak jak przystało w rodzinnej tradycji wigilijnej wieczerzy.

 

Elżbieta KowalskaPoza domem, ale radośnie

Elżbieta Kowalska, 20 lat pracowała w Polskiej Żegludze Bałtyckiej jako stewardesa, obecnie jest urzędniczką koszalińskiego ratusza:

Chyba więcej niż 10 razy w okresie mojej pracy na promach pasażerskich kursujących do Skandynawii przyszło mi spędzić Boże Narodzenie na statku. I pewnie to będzie zaskakujące stwierdzenie, ale wspominam te święta sympatycznie. A to głównie dlatego, że w większości przypadków mogłam być wtedy z rodziną. Istniała bowiem taka możliwość, by członkowie załogi zaprosili swoich bliskich na pokład na wigilię i pierwszy dzień świąt.

Kiedy już ostatni pasażerowie opuścili prom, odbywało się szybkie sprzątanie, a później lokowanie rodzin w kabinach – statek stawał się swoistym hotelem dla nich (nie było kursów świątecznych; staliśmy w którymś z portów).

Wigilia na promie zawsze była radosna i nie tylko z tego względu, że oznaczała dla mnie brak całej tej przedświątecznej domowej krzątaniny, gotowania, pieczenia… Kucharze dokazywali cudów, przygotowując cały zestaw 12 tradycyjnych dań. Sala restauracyjna była cudownie ustrojona. Po życzeniach i wieczerzy następowało to, co najważniejsze dla dzieci: prezenty.

Chociaż już od 14 lat nie pływam, wspominam tamte święta jako bardzo miłe i udane. I myślę, że podobnie udane były dla naszych bliskich. Zwłaszcza dzieci mogły być zadowolone, bo organizowano dla nich rozmaite zajęcia, zabawy, konkursy – miały mnóstwo wrażeń i na pewno się nie nudziły. Dodatkowo mogły wtedy zajrzeć (pod opieką dorosłych) do wszystkich zakątków, w tym do kuchni, gdzie wyrozumiali kucharze pozwalali im z sobą gotować.

Wigilia kończyła się wspólnym zejściem na ląd i udziałem w pasterce – oczywiście o ile byliśmy wtedy akurat w Świnoujściu albo Gdańsku.

 

Wanda Stypułkowska 2020_3Święta stulecia

Wanda Stypułkowska, prezes zarządu MPS International – koszalińskiej firmy produkującej opakowania i kosmetyki dla kluczowych europejskich marek

W mojej rodzinie święta od zawsze są bardzo tradycyjne. Jedne bardziej wesołe, bo się dzieci rodzą, inne smutne, bo ktoś odszedł. Ale co by się nie działo, święta muszą być takie, jak nakazuje tradycja i zwyczaje. I na miejscu, w domu rodzinnym – bez wyjazdów pod palmy albo innych wycieczek.

Jednak jedne święta, a właściwie cały okres świąteczny, zapamiętam na zawsze.

30 grudnia 1978 wyszłam za mąż. Ślub i wesele mieliśmy w Mielnie, gdzie wówczas mieszkałam. Niektórzy weselni goście przyjechali już na Boże Narodzenie – i ci byli szczęśliwi, bo nie musieli przeżywać tego, co było udziałem pozostałych. To była słynna „zima stulecia”. Ostra, mroźna i śnieżna. Dokładnie to pamiętam. Już w czwartek 28 grudnia zaczęło mocno padać. Następnego dnia moja teściowa wsiadła w Białymstoku do pociągu, a wysiadła z niego po 24 godzinach… To był ostatni skład kolejowy, który dojechał w nasze strony. Inni goście, którzy jechali od Piły, dotarli łazikiem wojskowym – poruszając się polami, bo drogi były już wtedy nieprzejezdne. Ostatni gość dotarł w sobotę, pokonując odcinek z Koszalin-Mielno na piechotę. Jak się dostał do Koszalina, nie powiedział.

Oprócz tego, że było mnóstwo śniegu i wielki mróz, pojawiły się problemy z zasilaniem elektrycznym. Zapobiegliwie szukaliśmy po ośrodkach wypoczynkowych kandelabrów, żeby w razie potrzeby przynajmniej było widno na sali weselnej.

Po latach zgadaliśmy się ze znajomymi, że tego samego dnia braliśmy ślub – oni w Koszalinie, my w Mielnie. Przeżycia te same. Na przykład nie było możliwości kupić kwiaty, bo mróz tak ścisnął, że żadne nie były w stanie przetrwać. Problemy z komunikacją to również brak łączności telefonicznej, bo gdzieś pozrywane zostały linie. Obecnie, kiedy mamy „komórki”, to brzmi jak opowieść z innego świata, ale wówczas te komunikacyjne kłopoty oznaczały, że do końca nie wiedzieliśmy, kto z zaproszonych gości dotrze, a kto nie. A i tak między Mielnem a Koszalinem nie było najgorzej. Wtedy w Unieściu stacjonowała jednostka wojskowa saperów. Jak przestało padać, zabrali się do roboty i dosłownie odkopali drogę. Ale wydostać się poza Koszalin nie było żadnych możliwości przez kilka pierwszych dni nowego roku 1979.

Pierwsi goście wyjechali piątego dnia po weselu. W czwartek 4 stycznia 1979 roku odleciał ze Zegrza pierwszy samolot do Warszawy i to była pierwsza szansa wydostania się z Koszalina. Później stopniowo wracała komunikacja autobusowa i kolejowa.

Arkadiusz Wilman 1Puste nakrycie dla spodziewanego gościa

Arkadiusz Wilman, dziennikarz Polskiego Radia Koszalin

Od kilku tygodni przy jednej z koszalińskich ulic regularnie czuję na sobie wzrok niepełnosprawnego chłopca. Mieszka na parterze w starej kamienicy blisko teatru, opiera się na parapecie i obserwuje moje kroki. Patrzy przez okulary korekcyjne, w jaki sposób wsiadam do samochodu. Później na swój sufit. I znowu na mnie. Codziennie obserwuje zamaskowanych ludzi z torbami i siatkami. Terapia sensoryczna w ramach edukacji zdalnej. Świąteczne światełka przykuwają jego uwagę.

Wrzucając zakupy do bagażnika czuję, że gdzieś jest drugie okno. Może nieszczelne, w nieocieplonym bloku na obrzeżach miasta. A może w samym jego centrum, z widokiem na prywatne miejsce parkingowe. Gdzie za firanką stoi starsza kobieta, która w mediach słyszy o zasadzie DDM – dystans, dezynfekcja i maseczki. Od kilku miesięcy towarzyszą jej jednak wartości SSZ – samotność, strach i złość. W tym domu nadzieja na antycovidową szczepionkę bywa większa, a na pewno bardziej realna niż wigilijne spotkanie z niepełnosprawnym wnukiem.

Podczas dzielenia się opłatkiem zazwyczaj życzymy sobie zdrowia. W pandemicznych czasach nawet z książkową morfologią i negatywnym testem RT-PCR możemy czuć się źle. Indukcyjna ładowarka z wbudowanym routerem 5G i wyświetlaniem direct messages nie napełni naszych wewnętrznych, duchowych akumulatorów. Żyjemy szczęśliwie dzięki ludziom wokół. Koronawirus nam to dosadnie uświadomił. Miłość i przyjaźń wymagają wspólnego życia, rytuałów, realizowania wspólnego dzieła.

To będą inne święta. Stracić nadzieję na spotkanie to stracić wszystko. Boże Narodzenie nie jest grudniowym folklorem, jest właśnie spotkaniem. Może też być codziennością wolną od dat w kalendarzu. Zastanie zamkniętych drzwi w Betlejem przyniosło światu nadzieję w zaskakujących okolicznościach. W tym roku sklepy bywały zamknięte. Ważne, aby nasze serca pozostały otwarte.

 

Anna Iwanisik~2Świąteczny grafik

Anna Iwanisik, pielęgniarka oddziałowa Oddziału Dziecięcego z Pododdziałem Diabetologii Dziecięcej w Szpitalu Wojewódzkim w Koszalinie

Święta dla pielęgniarek pracujących w systemie dyżurów są zawsze nietypowe. Listopad jest zazwyczaj tym miesiącem w roku, w którym każda pielęgniarka czeka na grudniowy grafik z dawką niepokoju. Od tego grafiku zależy cała logistyka przygotowań do świąt, jak również podporządkowanie się reszty rodziny do godzin rozpoczęcia wigilii, czy pozostałych świątecznych spotkań.

Przez wiele lat mojej pracy na Oddziale Dziecięcym, również moja rodzina dostosowywała się do rytmu zaplanowanych dyżurów w moim grafiku. Dla mnie najważniejsza była zawsze wigilia. Czy trzeba do stołu usiąść jak najszybciej, aby spokojnie zdążyć na wieczorny dyżur, a może po skończonej dniówce uda się wszystko spiąć tak, aby o godzinie 19 przełamać się opłatkiem. Raz na parę lat wypada urlop i całe święta można spędzić z bliskimi. Najtrudniejsze były chwile, gdy syn był mały i ta magia świąt trochę wymykała mi się spod kontroli, gdy musiałam opuścić swoich chłopaków i iść do pracy. Potem rano słyszałam, jak to sprytnie Mikołaj pochował prezenty i jak je do późna rozpakowywali razem… beze mnie.

Od 10 lat nie pracuję w dyżurach i święta mam wolne, ale na mnie jako pielęgniarce oddziałowej spoczywa obowiązek zrobienia grafiku. A ten świąteczny jest najbardziej stresującym grafikiem w roku. Należy uwzględnić długo wyczekiwane plany urlopowe, zadbać o to, żeby dyżury nie powtarzały się tak samo jak w poprzednim roku, by każda pielęgniarka mogła urwać kawałeczek świąt dla siebie, co roku inaczej. Dochodzą do tego sytuacje losowe i osobiste sprawy każdej z nas. Ułożenie tych kloców w całość zawsze kojarzy mi się z grudniem, z oczekiwaniami i z rzeczywistością. Nas pielęgniarek jest tak bardzo mało, że kiedy przed świętami trafi się zwolnienie lekarskie którejś z nas, to wtedy ktoś dodatkowo musi wziąć dyżur, choć nie był zaplanowany. Pracujemy ze sobą wiele lat, mamy za sobą wiele wspólnych świąt na dyżurach, nie jeden ciężki przeżyłyśmy razem i zawsze miałyśmy w sobie oparcie. Gdy zdarza się jakaś sytuacja podbramkowa, moje koleżanki stają na wysokości zadania i każdy dyżur jest obstawiony, by bezpiecznie opiekować się pacjentami. To poczucie dodaje mi siłę, gdy tworzę grafik, który z pewnością komuś pasować będzie bardziej, a komuś mniej. Któraś z nas wstanie od stołu wcześniej, a któraś po powrocie do domu ucałuje śpiące już w łóżeczkach dzieci.

I w tym miejscu z całą odpowiedzialnością muszę przyznać, że mam w swojej drużynie najlepszy zespół pielęgniarski na świecie. Cały personel Oddziału Dziecięcego jest dla mnie ważny i wiem, że mogę na liczyć na koleżanki. Dziękuję im wszystkim za wiele lat pracy i życzę by te Święta Bożego Narodzenia przebiegły w spokoju, rodzinnej atmosferze, a czas w dyżurach łagodnie i bez dodatkowych stresów.

Moje święta w tym roku będą również inne od poprzednich. Choć w Wigilię będę z rodziną, pozostałą część świąt spędzę na dyżurze w Izolatorium, z pacjentami chorymi na Covid-19.

 

Dawid PromińskiNarożnik

Dawid Promiński, restaurator, właściciel Spoko Miejsce, Green Pubu, Krowa Burger

Jako wielki zwolennik memów, w ślad za jednym z popularnych powiem, że w tym roku zamiast wigilii rodzinnej będzie pogrzeb karpia. Na pogrzebie na szczęście może być 30 osób, więc pomieszczą się wszyscy…

Ale serio: nie pamiętam świąt, na których w wigilię było więcej niż 6 osób.

Jestem z pokolenia konsumpcyjnego, co za tym idzie, święta spędzam na swój sposób, więc standardowym zachowaniem jest gruby melanż w pierwszy dzień świąt. I te święta będą inne. Dlaczego? A no nie będzie baletów, nie będzie Trokadero, już nie mówiąc o tym, że nawet dobrze nie będę mógł się pobawić w swoim klubie. Czy żałuję? Nie. Ten rok, ta pandemia nauczyła mnie korzystać z uroków wolnego weekendu, przytulić się do ukochanej osoby, w tle kominek i nasz mały zwierzak. Przy okazji doceniam coś takiego jak narożnik, nie ma lepszego miejsca gdzie można się wychillować. Reasumując święta będą zdecydowanie inne, nie znaczy, że gorsze, a nawet w głębi duszy czuję, że będą lepsze. Szczególny rok – szczególne rozwiązania. Rozmawiamy o tym 26 listopada, a już od dwóch dni mamy ubraną chatę na świątecznie.

 

Emilia Dadoń 2Szewc bez butów chodzi

Emilia Dadoń-Zając, rodzinnie prowadzi gospodarstwo rybne „Dadoń” w Sianowie

Święta Bożego Narodzenia i cały przedświąteczny czas to w naszej rodzinie od zawsze bardzo gorący okres. Cała rodzina była mocno zaangażowana w hodowlę ryb i pracę w gospodarstwie mojego taty. Tradycyjnie na tydzień przed wigilią startowaliśmy z detaliczną sprzedażą karpia, a równolegle obsługiwaliśmy większych, hurtowych klientów. Tata wisiał na telefonie (wtedy jeszcze stacjonarnym) albo stał w woderach w stawie i razem ze swoimi braćmi wyławiał kolejną „porcję” ryb dla klientów. Mama od rana do nocy pracowała na naszej malutkiej przetwórni.

Przez ogrom pracy i zmęczenie, rodzice nie wiedzieli nawet jaki jest dzień, a kto by jeszcze myślał o świątecznej kolacji. Przy wigilijnym stole zawsze spotykaliśmy się wszyscy w pełnym składzie, a do moich rodziców (jakże by inaczej) należało przygotowanie karpia z pieczarkami w śmietanie.

Mama skończyła pracę w wigilię nad ranem i pobiegła do domu przygotować tradycyjnego karpia dla całej rodziny. Jakie było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że u nas karpia już się nie znajdzie. Ani w stawie, ani na przetwórni. Wszystko sprzedane. Na szczęście zaraz obok naszego gospodarstwa, funkcjonował wtedy jeszcze drugi ośrodek rybacki. U Pana Stacha, trochę karpia zostało. Tata pobiegł i kupił rybkę po sąsiedzku, tak uratował naszą świąteczną tradycję.

Zresztą, poniekąd z karpiem, pamiętam też inną świąteczną historię. Miałam wtedy może osiem lat. Tradycyjnie ostatnie dni przed świętami, rodzice byli pochłonięci pracą a ja starałam się nie plątać pod nogami. Dużo czasu spędzałam wtedy z naszymi psami, których zawsze mieliśmy dużo. Bawiłam się z nimi w takim blaszaku. Służył on wtedy mojemu tacie za biuro.

Nie mogłam doczekać się wigilii, bo wiedziałam, że wtedy wreszcie rodzice będą ze mną i spędzimy razem dużo czasu. No i wiadomo! – czekałam na Świętego Mikołaja. Czekałam na prezenty, które wcześniej spisałam w liście. Miało być Lego i Barbie, ale najważniejszy był, króliczek! Taki prawdziwy, domowy zwierzak, o którym marzyłam.

Dwa dni przed wigilią, bawiłam się jak zazwyczaj z naszymi psiakami. Tata wchodzi do blaszaka i mówi, że właśnie przejeżdżał Mikołaj, trochę wcześniej niż planował, ale miał dla mnie prezent, który nie może czekać. Nagle moim oczom ukazał się królik. Czarny z białymi łatkami na uszkach. Został z nami na święta i długo po nich. Niestety okazał się nie być miniaturką (jak to sobie wyobrażałam) a wielkim królikiem. Mieszkał więc jakiś czas w blaszaku, bo w naszym jednopokojowym mieszkaniu nie miałam go gdzie wcisnąć.

Po latach okazało się, że tym Świętym Mikołajem od królika był klient, który przyszedł po rybę na święta, ale nie miał jak zapłacił, więc zostawił w zamian królika. Prawdziwy cud Bożego Narodzenia – dla mnie z pewnością. Po latach w prezencie (ale już urodzinowym) dostałam podobny podarunek. Zamiast królika był… Zając. Ściśle: Tomek Zajac – mój mąż a zaraz po nim kilka wymarzonych Zajączków, miniaturek: Mikołaj, Marcelina, Misia i Florek.

 

Iwona Jasińska_Sztuczna choinka

Iwona Jasińska, terapeuta pedagogiczny, trener umiejętności społecznych

Ta niezwykła wigilia zaczęła się zwykłym porankiem. Mała Iwonka obudziła się otulona miękką, puchową kołdrą z gęsich piór i przeniosła wzrok za firankę. Ruchliwe, kolorowe sikorki zachłannie spożywały swoje śniadanie, radośnie pukając w drewniane okno sypialni. Znajome, zimowe widowisko. Poduszka obok dziewczynki była jeszcze ciepła, a z odległej kuchni dobiegały radosne dźwięki rozpalania w piecu.

Słodki zapach ciepłego mleka stopniowo wypełnił cały dom. Chwilę potem dało się słyszeć odgłos żwawych kroków i w końcu pokój rozjaśnił się, jakby wpadł do niego promień słońca. To babcia Olimka przyszła z zaproszeniem do wspólnej przygody. W pokoju dziennym czekało kilka miłych niespodzianek: na ścianie makatka wykończona koronką uśmiechała się polnymi kwiatami, a stół zdobił wykrochmalony obrus w kaszubskie wzory, ten od Tereńki.

Zdawało się, że babcia przemieszczała się jakoś szybciej, niż zwykle. Zejście do piwnicy było zazwyczaj wyprawą, z której wracało się z różnymi skarbami. Czasami z lnianym workiem pełnym kolorowych motków wełny. Innym razem ze słoiczkiem kompotu wiśniowego albo z pachnącym pomarszczonym jabłuszkiem z jabłonki zasadzonej przez dziadka, Panie świeć nad jego duszą. Jednak tego dnia babcia wybrała tajemnicze szeleszczące zawiniątko sporych rozmiarów. W salonie okazało się, że pod zakurzoną folią ukrywała się plastikowa choineczka ubrana w kolorowe lampki i błyszczące bombki. Ozdoba stanęła na telewizorze, tuż obok miniaturowych muzykantów. Tych od Stasiulka. To on je przywiózł i trzeba było na nie bardzo uważać.

Gdy dzień zaczął chylić się ku końcowi, sikorki pospiesznie skończyły swoją kolację, a lampeczki na choince radośnie oświetliły figurki grajków. Wnuczka z babcią zasiadły wygodnie na sofie, ciesząc się swoją bliskością. Z drugiego pokoju dobiegało rytmiczne tykanie zegara, odmierzającego ten niezwykły czas. Iwonka wtopiła się w miękkość wyszywanych poduszek i ciszę przetykaną opowieściami o dawnych czasach. Spokojnie usnęła otulona ciepłem ramion ukochanej babci.

Ten wyjątkowy wieczór wypełnił miłością każdą cząstkę trzyletniej dziewczynki. Bywa, że dorosła Iwonka zagląda do tych pięknych wspomnień swojej pierwszej świadomej wigilii i rozpakowuje je jak najdroższy prezent. Prezent od babci Olimki.

 

Jarek KubiakMagia świąt, czyli tęsknota za zwyczajnością

Jarek Kubiak, prowadzi Szkołę Języków Obcych Mulitlingua, ucząc w niej angielskiego, norweskiego i hiszpańskiego

Boże Narodzenie to zazwyczaj czas pojednania oraz wyjątkowy okres spędzony w gronie rodziny i najbliższych. Oczami dziecka jest to również czas magii i ową magię pamiętam z czasów dzieciństwa. Niestety nie pamiętam, czy wierzyłem w świętego Mikołaja – choć chciałbym dziś wierzyć, że tak, za to pamiętam bardzo dobrze, jak będąc jeszcze pacholęciem, biegałem razem ze starszym bratem po całym domu w poszukiwaniu prezentów. Owe prezenty zostały ukryte przez Rodziców za piecem w piwnicy, ale któż zabroni ośmio- i dziewięciolatkowi pobuszować po całym domu i znaleźć je, rozpakować, i ponownie zapakować i udawać zaskoczenie, gdy się je dostanie pod choinkę. Rodzice będąc w pracy, byli nieświadomi, że prezenty od Mikołaja były już wcześniej przez ich pociechy zlokalizowane oraz wnikliwie obejrzane.

Z uśmiechem na ustach wspominam też inne przekonanie a mianowicie to, że zwierzęta przemawiają ludzkim głosem na Gwiazdkę. Status zwierząt bardzo zmienił się od tego czasu, gdyż chciałoby się wierzyć, dzisiaj ciężko znaleźć osoby, które trzymają swoje czworonogi na łańcuchu. Mój pies miał budę i mieszkał na zewnątrz, a ja co Gwiazdkę podnosiłem go do góry razem z tym ciężkim łańcuchem, z którego tak bardzo lubił się urywać, i pytałem się czy w tym roku byłem dla niego dobrym panem. Oczywiście odpowiedzi się doczekałem w postaci zwykłego szczeknięcia czy dwóch, za to Rodzice zawsze mówili, że pies przemówił ludzkim głosem, ale właśnie wtedy, kiedy poszedłem spać.

Magia przepełniała dla mnie święta Bożego Narodzenia w wielu aspektach – wyglądanie na niebie pierwszej gwiazdki, zastawianie dodatkowego nakrycia dla niespodziewanego gościa i wyśmienita sałatka jarzynowa mojej babci, która pracowała jako zawodowa kucharka. Przez długi czas nie mogłem pojąć, co wyróżniało jej sałatkę od tej przyszykowanej przez moją mamę i wydawało mi się to jakimś niepojętym sekretem. Mama, mówiła, że choć używa tych samych warzyw to babcina sałatka jest wyśmienita właśnie poprzez magię świąt. To magią okazał się po wielu latach majonez, który babcia sama przygotowywała, gdyż nie za bardzo lubiła ten, który można było kupić w sklepie. Tak więc w mojej pamięci czas świąt to czas magii, której nie ukrywam, w dzisiejszym świecie szalenie mi brakuje.

 

Joanna Morawska_Domek z piernika

Joanna Morawska, manager zespołu Thermomix Polska, mama Oli i Zuzy

Jednym z bardziej wyczekiwanych świątecznych momentów była paczka od cioci Danusi. Ciocia, kiedy byliśmy dziećmi, mieszkała w RFN-ie i co roku z okazji świąt przysyłała nam paczkę pełną niespodzianek. Świetnie pamiętam tą ekscytację, jak z awizem szliśmy na pocztę odebrać przesyłkę. Później w domu, kładliśmy ją na stole i powolnie, z namaszczeniem rozpakowywaliśmy.

Wszystko co zawierała paczka wydawało nam się wtedy wręcz egzotyczne. To właśnie z paczek cioci Danusi zakosztowałam pierwszy raz kiwi i bananów. Cukierki dzieliliśmy sprawiedliwie z bratem między sobą, a częstując koleżanki z podwórka wybierałyśmy żelki tak, aby każdej trafił się cały zestaw kolorystyczny, mięciutkich misiaczków.

Paczka od cioci budziła zawsze emocje i z dużą ciekawością na nią czekaliśmy. Pewnego roku, ciocia w owej świątecznej paczce przysłała domek z piernika. Taki prawdziwy pachnący cynamonem domek, z białymi od lukru dachówkami i okiennicami oraz z kolorowymi czekoladowymi drażetkami przy podbitce. To było coś absolutnie pięknego. Ten domek podobał mi się tak bardzo, że ustawiłam go na honornym miejscu, z myślą, że może po świętach, jak już całkowicie mi się opatrzy to wspólnie go schrupiemy.

Tak mijał dzień za dniem, czas do świąt płynął całkiem szybko wypełniony sprzątaniem, zakupami, podziałem obowiązków. A ja kilka razy dziennie zatrzymywałam się przy domku z piernika nieustannie zachwycona jego wyglądem. Nagle, nie wiadomo, kiedy, ściany piernikowej budowli załamały się i domek runął. Jak to się mogło stać? Nasze szybkie dziecięce śledztwo znalazło winowajcę tej katastrofy budowlanej. Okazało się, że skrupulatnie małymi kawałeczkami, domek z piernika podjadała nasza mama. W końcu skubnęła przysmaku o jeden kęs za dużo i ot domek rozpłaszczył się całkowicie. Trochę nam było smutno, a trochę się z tego maminego łakomstwa śmialiśmy. W każdym razie wybaczyłam mamie, od tamtej pory zamiast domu, co roku są po prostu piernikowe ciasteczka, może je podbierać bez katastrofalnych konsekwencji.

 

Małgorzata ChrzczonowiczKocie święta

Małgorzata Chrzczonowicz, Fotograficznie WYMIERNA, zawodowo specjalistka HR, po godzinach, wolontariusz Good Vibe Festival, studentka Zarządzania projektami, miłośniczka współczesnej kultury.

Święta na wyjeździe z dwoma półrocznymi kociakami wymagają specjalnego planu, ale też gotowości na nagłe zwroty akcji. Rodzinne święta u teściów? Ok! Ale kocięta jadą z nami.

Logistyka zaczęła się już od przygotowań do podróży. Uchwycić moment, kiedy koty będą odpowiednio wybawione, najedzone, wykuwetowane i lekko rozespane, zajął nam chwilę. Potem już tylko wystarczyło „upolować” je, włożyć delikatnie do kontenerów i w drogę. Marzyło nam się słuchanie kolęd, ależ, gdzie tam, kocięta śpiewały swoje melodie, a siedziałam na tylnej kanapie auta, głaszcząc raz jednego, raz drugiego, zagadując to kierowcę, to kociaki.

Od progu mieszkania teściowej mój wewnętrzy lokalizator, koncentrował się tylko na miejscach, które kociaki mogłyby zmienić nie do poznania. Tak kolejno z choinki zaczęły znikać szklane bombki, kwiaty doniczkowe, trzeba było pochować, wiszące i świecące ozdoby przymocować zdecydowanie bardziej poważnie. Choinka też ostatecznie wylądowała na komodzie. Ten koci najazd w kilka minut przemeblował przygotowany świąteczny wystrój na wystrój kocioodporny.

Kolacja wigilijna również przebiegała na trasie kocich wędrówek. Zamiast zachwycania się smakołykami, trzeba było pilnować kocich łapek, aby nie wylądowały w barszczu, czy nie pacnęły śledzika w śmietanie. Lewa ręka głaszcze, a prawa trzyma widelec albo odwrotnie. To było istne szaleństwo. Przynajmniej skończyło się nasze kursowanie na trasie, kuchnia – salon, bo wszyscy pilnowali tylko tego co już stało na stole przed kocim huraganem.

Po kolacji prezenty. W zasadzie już nie istotne co jest w środku, ale te kartony, te kolorowy papiery, wstążki, to koci raj. Szeleszczące torebki zahipnotyzowały nasze kitki na tyle, że udało się wsunąć kawałek serniczka. Jeszcze tylko kilka rund kociego szału i można iść spać.

Śpimy więc zabarykadowani w przygotowanym dla nas pokoju, bo nocą kotki mogą nie być już tak wyrozumiałe dla wiszących jeszcze gdzieniegdzie świątecznych ozdób. Ten koci zawrót głowy rekompensuje ich słodkie mruczenie. Zasypiamy. A od rana, cóż, wszystko od nowa.

 

Pierwsze święta z Inką

Michał Kaczmarek, wraz z żoną Agatą prowadzi kawiarnię Powidoki, ponadto organizują w niej kawowe spotkania i wernisaże artystyczne

Rok 2020 stoi pod znakiem koronawirusa. Niestety i święta pozostaną w cieniu pandemii. Dotychczas okres świąteczny był jedynym czasem w roku, w którym moja rozsiana po Polsce i Europie rodzina mogła zebrać się w jednym miejscu. Tylko w tym czasie mogliśmy cieszyć się ze wspólnie spędzonego czasu. Aktualnie wszyscy jesteśmy w stanie niepewności, bo do końca nie wiadomo jakie będą panowały obostrzenia i czy będzie można się swobodnie przemieszczać. Będzie to bardzo ciężki okres dla wielu polskich rodzin, których bliscy postanowili szukać swoich szans w większych miastach lub za granicą. Istnieje spore ryzyko, że kolejne święta spędzimy przy kamerkach internetowych łącząc się z członkami rodzin i przyjaciółmi wirtualnie. Oby nie! Oby ten koszmarny sen się skończył. Jestem pełen dobrych myśli, że w 2021 roku przezwyciężymy pandemię i będziemy mogli spędzać znacznie więcej czasu z rodziną i najbliższymi znajomymi. Będzie wiele okazji, aby nadrobić zaległości. Ponadto, tak myślę, pora skrócić czas pracy, tak aby było do więcej na to co najważniejsze. Te święta będą dla mnie inne niż wszystkie z jeszcze jednego powodu. Po raz pierwszy spędzimy je z naszą córką Inką. Już nic nie jest takie samo.

 

Monika Rudnicka_Zapach pastowanej podłogi

Monika Rudnicka – jej cudowne torty, które tworzy w swojej autorskiej pracowni kochają mali i duzi

Tęsknię za świętami lat osiemdziesiątych, gdy było mało, ale było wszystko.

Pewnie w dużej mierze spowodowane jest to tym, że na te lata przypadło moje dzieciństwo i wszystko było wtedy magiczne. Kochałam wigilię. Od rana już było czuć atmosferę zbliżającej się kolacji. Z adapteru słychać było kolędy śpiewane przez tenora Wiesława Ochmana, Mama kończyła przygotowywać potrawy, których zawsze było zdecydowanie za dużo na naszą czwórkę, a ja z siostrą i Tatą ubieraliśmy choinkę.

Choinkę taką, jaką mieli wszyscy – chudą, drapiącą, smutną bez ozdób jak drzewo bez liści. Jak w większości domów zaczynaliśmy od rozkładania na niej waty imitującej śnieg, potem nagrzewające się kolorowe, szklane lampki. Następne były piękne szklane bombki, których z roku na rok ubywało, zdobione ciasteczka i na koniec koniecznie migoczący włos anielski i czubek – piękny, czerwony z brokatowym środkiem.

Gdy już wszystko było przygotowane, Mama zawsze na koniec pastowała podłogę. Taki miała zwyczaj. Może to zabawne, ale zapach tej pasty wykładanej ze szklanej butelki zawsze już będzie kojarzył mi się z Wigilijną kolacją. Gdy wystrojeni zasiadaliśmy do wieczerzy, żeby zjeść barszcz z uszkami i inne smakołyki, trudno nam się było oprzeć, żeby nie spoglądać co chwilę pod tę chudą, przystrojoną choinkę, w oczekiwaniu na pojawienie się prezentów. Zawsze czekałyśmy z siostrą na moment, w którym z Tatą pójdziemy wypatrywać sań Świętego Mikołaja.

Brodziłyśmy w śniegu, szukając najmniejszej oznaki jego bytności i zawsze się okazywało, że przegapiłyśmy moment, w którym niepostrzeżenie zakradł się do pokoju i zostawił prezenty. To były czasy, gdy każdy podarek cieszył niesamowicie – każda zabawka, czekolada, pomarańcze.

Do nocy zawsze cieszyliśmy się tymi drobiazgami, dokładając na talerzyki kolejne porcje makowca.

Na koniec dnia, młodsza siostra zostawała w domu z Tatą, a ja z Mamą szłam na pasterkę o północy. Czułam się wtedy taka dorosła, bo mogłam w nocy iść z Mamą środkiem pustej ulicy i nie spać prawie do rana. W kościele paliły się tylko lampki na choinkach, było ciemno, mroźnie, śnieżnie i najpiękniej na świecie! Za takimi Świętami tęsknię.

 

Tomasz Garbarczyk_Sprawa z Mikołajem

Tomasz Garbarczyk, koszalinianin, śpiewak operowy na co dzień występujący w Städtische Theater Chemnitz w Niemczech

Święta Bożego Narodzenia, kiedy byłem dzieckiem, odbywały się głównie u moich dziadków. Ich mieszkanie było centrum naszych rodzinnych spotkań́. Do dziadków chodziliśmy po szkole, tam wyprawiane były imieniny, urodziny i niedzielne obiadki. Tam też świąteczny nastrój udzielał się każdemu najbardziej.

Babcia była odpowiedzialna za kuchnię, dziadek za sprzątanie, ubranie choinki i doglądanie dzieciaków. Dziadek zawsze był moim bohaterem. Pomimo natłoku spraw przed świętami, znajdował czas żeby zabrać nas na sanki lub wieczorny spacer po śniegu. Tak to prawda, wtedy jeszcze padał śnieg.

Czułem też, że właśnie mój dziadek wciela się w rolę św. Mikołaja. Wszystko się jakby zgadzało: siwe włosy, okrągła, rumiana i zawsze uśmiechnięta twarz, ciepły głos. Jedyne co różniło dziadka od bajowego Mikołaja to brzuch. Dziadek go nie miał.

Jednak pewnej wigilii, mogłem mieć jakieś 4-5 lat, moja mikołajowa teoria legła w gruzach. Po kolacji jak zwykle przyszedł czas na prezenty. Biegałem od pokoju do pokoju, szukając za oknem pierwszej gwiazdki, reniferów z saniami i nie wiem czego jeszcze.

Dorośli podkręcali temat, a ja podekscytowany, przestałem zauważać domowników, aż w końcu zobaczyłem jego. Stanął w drzwiach i tym ciepłym, ale stanowczym głosem spytał „Czy są tu jakieś grzeczne dzieci?” Niby czekałem na niego, a całkowicie mnie zaskoczył. Trochę się go wystraszyłem, więc szybko wskoczyłem na pierwsze kolana przy stole. Szybko rozejrzałem się dookoła. Acha tato jest, wujek jest, drugi też siedzi w kącie, a więc nie ma dziadka. Hura pomyślałem, więc świętym Mikołajem jest dziadek, nie nabiorą mnie już więcej. Wtedy na ucho usłyszałem – Tomuś, nie bój się i przywitaj z Mikołajem. Chodź podejdziemy do niego razem. Szybko odwróciłem się i zorientowałem, że siedzę na kolanach u dziadka. Czyli to nie dziadek jest Mikołajem, więc kto? Tego nie wiem do dziś. Śmiem więc przypuszczać, że Mikołaj istnieje naprawdę i nikt się za niego nie przebiera. Z tego wieczoru zapamiętałem jeszcze, zabawę w piłkarzyki i polegiwanie na dywanie z drewnianą kolejką.

A dziadek, cóż, mimo że nie okazał się Świętym Mikołajem, to dla mnie na zawsze pozostanie najwspanialszym duchem Świąt Bożego Narodzenia.

 

Violetta Świdroń 2 kopiaWigilia na dachach Jerozolimy

Violetta Świdroń – od ponad 20 lat prowadzi w Koszalinie Centralę Artystyczną, miejsce spotkań nie tylko artystów

Mam w pamięci kilka szczególnych świątecznych historii, a jedna z nich związana jest z moimi podróżami. Jedna z nich wydłużyła się naprawdę spory pobyt, a był to początek lat dziewięćdziesiątych. Przyjechałam wtedy do Izraela, a więc do Ziemi Świętej. Wigilia tuż tuż, a ja z dala od domu. Siejąca niepokój wojna w Zatoce Perskiej była w tamtym rejonie odczuwalna bardziej niż w Europie.

Z grupą przyjaciół udaliśmy się do Jerozolimy. Zatrzymaliśmy się w zabytkowym hostelu w samym centrum Starego Miasta. Znaleźliśmy się w kolebce kultur i religii. Udzieliła nam się magia miejsca, gdzie nawoływania muezzina do modlitwy, przeplatały się z biciem dzwonów i pośpiesznym marszem Żydów do synagog.

W tym wszystkim postanowiliśmy przygotować własną wigilię. W celu nabycia niezbędnych składników udaliśmy się na najbardziej znany bazar w Jerozolimie, Shuk Mahane Yehuda. Udało nam się na turystycznej niewielkiej kuchence w korytarzu przyrządzić tradycyjne dwanaście potraw, do których zaliczyliśmy kompot z suszonych moreli i kawę. Ktoś z Chile widząc nasze przygotowania, udostępnił nam swój hostelowy pokój ze wspaniałym sklepieniem niczym w kościele i z wyjściem na dachy Jerozolimy.

Było magicznie, było wspaniale. Tuż przed północą zamówiliśmy arabską taksówkę, aby zawiozła nas na pasterkę do Betlejem. Tam pielgrzymi z całego świata. Dla niektórych sporym zaskoczeniem było to, że msza w Bazylice Narodzenia Pańskiego odbywała się po arabsku. Ta cała sytuacja, pod której byłam wrażeniem, zbudowała we mnie przekonanie, że każdy powinien choć raz odbyć podróż do źródeł, niezależnie czym są dla niego owe źródła.

Każde święta są nieco inne, w zależności od miejsca i okoliczności. Z czasem zrozumiałam, że nie ważne jest co na choince, ważni są ludzie, którzy są blisko i z którymi chcemy spędzić ten czas. Magiczne białe święta? Takie slogany często się słyszy, choć zarówno na Kubie, jak i w Polsce śnieżnych świąt dawno nie było. Choinka? Może być nawet zrobiona ze śmieci. Taką właśnie widziałam na Sumatrze.

Ten rok też będzie inny. Pełen ograniczeń i niewiadomych. Oby dobre myśli nas nie zawiodły. Pomyślności dla wszystkich.

 

Żenia AhafonavaFajerwerki

Żenia Ahafanova, graficzka i projektantka animacji komputerowych, Białorusinka mieszkająca w Koszalinie

Na Białorusi ludzie nie obchodzą tak świąt jak w Polsce. Po pierwsze – prawosławna wigilia wypada nieco później, bo dopiero 6 stycznia, a Boże Narodzenie 7 stycznia. Po drugie Sylwester jest bliżej w kalendarzu, więc obchodzi się bardziej w kręgu rodzinnym i może uroczyściej, odświętniej, a już Boże Narodzenie jest nieco spokojniejsze i kameralniejsze. Tak wygląda tradycja w większości rodzin z byłego Związku Radzieckiego.

Urodziny mojej mamy wypadają na 29 grudnia i od tego dnia co roku zaczynały się święta w naszym domu.

A skoro urodziny mojej kochanej mamy, to przychodzili goście, zawsze stół był pełen różnych smaków, a dom ciekawych rozmów.

Pewnego roku, kiedy biesiada zbliżała się już ku końcowi, wszyscy się już najedli i napili, a na odchodne raczyli się jeszcze kawą ze smacznym ciastem mojej mamy. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Wszyscy się zdziwili, kogo jeszcze niesie, w końcu wszyscy już są. Tata otworzył drzwi, a tam stoi syn mamy przyjaciółki – Edik, która zresztą obecna była u moich rodziców. Lekko pijany, bo był na jakiejś firmowej imprezie przedświątecznej, pod jedną pachą przytaszczył ogromną palmę w doniczce, pod drugą – fajerwerki, równie ogromne, na kilkadziesiąt strzałów. Przyszedł złożyć życzenia. Wchodząc na górę, od razu Edik wcisnął mamie w ręce palmę, resztę zaś gości zawołał na dół, bo przecież urodziny to najlepsza okazja, aby odpalić fajerwerki.

Oczywiście wszyscy zeszli przed dom, by w ogródku popatrzeć na piękne ognie. Edik postanowił na rauszu, że mu nie trzeba pomagać. Z rozmachem w śniegu umieścił ładunki, rozłożył po swojemu i podpalił. Wszystko w trymiga.

Gdzieś po szóstym strzale konstrukcja Edika przechyliła się i fajerwerki z impetem zaczęły lecieć prosto w okno przedpokoju naszego domu. Wszyscy, rodzice i goście w szoku. Zaczął się krzyk i lament. Okno wybite. Na szczęście panowie zareagowali szybko i zdążyli uratować podłogę i dom od pożaru. Po czasie, jak mama ochłonęła, przyznała, że pierwsze strzały fajerwerków były przepiękne i takich świątecznych urodzin długo nie zapomni.