Żenia, Eugeniusz, Sasza, Krystyna i Aleksiej to piątka spośród kilkuset Białorusinów przebywających obecnie w Koszalinie. Jak mówią, ich serca i myśli są teraz w ojczyźnie, nad którą od długich tygodni wiszą czarne chmury. Martwią się o bliskich, nasłuchują wiadomości, robią wszystko, aby pomóc tym, którzy pozostali na Białorusi.

 

Z naszej, polskiej perspektywy wszystko zaczęło się tuż przed wyborami prezydenckimi na Białorusi. Niejasne okoliczności, niepewne wyniki, dziwne sploty wydarzeń. Kontrkandydatką Aleksandra Łukaszenki będącego od 26 lat prezydentem Republiki Białoruskiej została Swietłana Cichanouska (żona aresztowanego lidera opozycji), a w Białorusinach pojawił się cień nadziei na zmiany. W wynik, który ponownie wskazywał na doczasowego prezydenta Łukaszenkę wątpią nie tylko Białorusini, ale także Rada Europejska. Tuż po wyborach odbyła się w Mińsku potężna manifestacja, która odradza się każdego dnia, tłumiona brutalnie przez OMON-owców. Protestują również mieszkańcy innych miast i rejonów.

Żenia Ahafonava pochodzi z Rzeczycy (obwód homelski), podobnie jak Sasza Litvinau, choć on z samego Homla. Oboje są w Polsce od kilku lat, kiedy to Żenia, w ramach pomocy rodzinom repatrianckim przyjechała do nas na studia na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie (wydział grafiki). Obecnie jest projektantem animacji.

Wkrótce dołączył do niej Sasza. Dostał pracę, jest alpinistą przemysłowym. Dziś oboje mają karty stałego pobytu, mogą w Polsce swobodnie pracować, zakładać firmy, po prostu bezpiecznie żyć.

Eugeniusz urodził się w Mińsku. W Koszalinie jest od ponad 10 lat. Ma polskie korzenie, a jego krewni mieszkają w Koszalinie i okolicy Darłowa. Eugeniusz jest inżynierem, ukończył studia na Politechnice Koszalińskiej, obecnie pracuje w jednej z koszalińskich firm.

Z Mińska pochodzą również Krystyna i Aleksiej. Do naszego miasta przyjechali dzięki pomocy Eugeniusza, kolegi jeszcze z mińskiego technikum. To on wysłał im zaproszenie i pomógł w urządzeniu się. Mimo że Aleksiej stara się o Kartę Polaka, w związku z covidem, jego urzędowe sprawy zostały wstrzymane „do odwołania” i wraz z Krystyną mają jedynie roczną wizę pobytową. Oboje martwią się, co będzie dalej, kiedy termin wizy upłynie. Tęsknią do rodzin, ale i do normalności, gdzie za pracę jest godziwa płaca, można mieć plany i nie trzeba bać się, gdy ktoś stuka do drzwi.

Z grupą Białorusinów spotykamy się w bibliotece przy placu Polonii. Są przejęci: – Nie mogę pracować, kiedy tyle złego dzieje się w moim kraju. Mam wrażenie, że powoli przypłacam to zdrowiem – mówi Sasza.

– Codziennie nasłuchujemy wiadomości od naszych rodaków – Eugeniusz pokazuje nam telefoniczną aplikację „Telegram”, na której aż kipi od wiadomości, filmów i zdjęć nadesłanych przez internautów i niezależnych dziennikarzy. – Teraz mamy już kontakt telefoniczny i internetowy, ale te kilka dni, kiedy zupełnie została przerwana łączność, sprawiła, że byliśmy zrozpaczeni. Brak informacji co u rodziców, braci i sióstr, co u naszych przyjaciół, którzy aktywnie biorą udział w pokojowych demonstracjach – to było jak horror.

Do tego strzępki informacji w mediach i zdjęcia z aresztowań i pobić. A na Białorusi na każdego można znaleźć paragraf. Nie wychodząc z domu można stać się wrogiem publicznym – tłumaczy Eugeniusz. – Ja wolę nie pokazywać się na zdjęciach, czy ujawniać nazwiska – chcę pojechać na Białoruś, żeby zabrać żonę i dzieci. Wiem, że i te moje słowa mogą być wykorzystane przeciwko mnie. Niestety tak to działa i spotkało to wielu moich rodaków.

Żenia opowiada, jak kilka dni temu został aresztowany jej ojciec – po prostu podeszli do niego na ulicy i zabrali go do furgonetki. Za to, że stał w pobliżu demonstracji. Stres ogromy, w końcu to nie młody człowiek. – Ale i młodzi są w stresie – szybko dopowiada Sasza i mówi, jak jego przyjaciel został wpakowany do więźniarki, w której zmarł przy nim inny chłopak. – My nie chcemy iść na wojnę, chcemy żyć tylko w kraju, gdzie konstytucja jest dla ludzi, można podróżować, uczyć się, pracować.

Krystyna bardzo boi się o mamę. Marzy o tym, aby mogła przyjechać tu do niej do Polski, odpocząć od tego co na Białorusi, co w Mińsku, choć wie, że to jest niemożliwe. – Sama mam tylko wizę, nie mogę wystawić zaproszenia, a na dodatek, trzeba wykazać na koncie pewną kwotę pieniędzy, która ma zabezpieczać pobyt zaproszonej osoby. Sytuacja jest trudna – smuci się.

Białorusini chcieliby, aby wzorem Litwy, sytuacja wizowa w Polsce była dla nich uproszczona. Na dziś jest skomplikowana i podróżowanie między państwami znacznie utrudnione. W związku z działaniami politycznymi, wszystko wskazuje na to, że w najbliższych miesiącach spodziewać się można sporej fali uchodźców politycznych. – Bardzo ważne jest dla nas, żeby świat wiedział jak źle dzieje się u nas. Zbrodnie powinny zostać osądzone, ale polityczny aparat państwa robi wszystko, aby je tuszować. Nasi przyjaciele, ranni czy aresztowani, nie mają możliwości leczenia, czy wykonania obdukcji. Bezsensowe zatrzymania spędzają sen z powiek. Wiele osób jest zabieranych nie wiadomo dokąd, przez nie wiadomo kogo. Mamy informacje o gwałtach, zniknięciach, czy sfingowanych samobójstwach – mówi Żenia. – Pragnęlibyśmy, aby nasi rodacy mogli, jak my kiedyś, znaleźć bezpieczny azyl w Polsce. Chcemy o tym rozmawiać i prosić o wsparcie – dodaje.

Tragicznie zaczęło robić się na Białorusi w momencie rozpoczęcia pandemii koronawirusa. W Polsce szereg obostrzeń i lockdown na kilka tygodni, na Białorusi rządowa kpina, dezinformacja i wyparcie problemu. – W każdej naszej rodzinie ktoś zachorował. Nikt nie instruował, jak zachować się w sytuacji zagrożenia, nikt nie mówił o maseczkach czy dezynfekcji. Działały zakłady pracy i szkoły. Zarażenia szły lawinowo, a ludzie po prostu umierali w męczarniach, bez specjalistycznego, medycznego wsparcia. Do tego doszła zmiana pokoleniowa i w końcu coś pękło w narodzie białoruskim – wyjaśnia Eugeniusz.

– Od kilku miesięcy czuć było napiętą sytuację wśród opozycji. Spodziewaliśmy się, że ludzie ruszą na ulicę. My jednak demonstrujemy w sposób pokojowy. Wcześniej zresztą też tak było. Doszło już do takich absurdów, że Łukaszenka zabronił publicznie klaskać czy karmić gołębie – bo taką pokojową formę przybierały nasze protesty. Natomiast język białoruski, już od 1994 roku zaczął sukcesywnie być zastępowany rosyjskim – opowiada Krystyna.

– W Polsce jest nam dobrze. Jesteśmy ciepło przyjęci i mamy sporo polskich przyjaciół. Odnaleźliśmy się w pracy, płynnie mówimy po polsku. Czujemy, że temat, którym tak mocno żyjemy, nie jest wam Polakom obojętny, dlatego szukamy wsparcia – Żeni oczy uśmiechają się. – Szukamy otwartości na naszą sytuacje, pomoc w znalezieniu pracy czy dachu nad głową dla osób, które będą musiały uciekać z naszej ojczyzny. Nam marzy się pokojowe rozwiązanie, ponowne, sprawiedliwe i demokratyczne wybory, tak jak obiecuje to Cichanouska. Wydaje się jednak, że szybko to nie nastąpi – mówi Żenia. – Wiemy, że w waszej historii wiele było podobnych, trudnych zwrotów historycznych. Wasze doświadczenia stają się naszymi, dlatego spotykamy się ze zrozumieniem i zainteresowaniem. Chcemy działać i mocno wierzymy w to, że wspólnie z wami Polakami może udać nam się więcej.

Nasi rozmówcy chcą w najbliższym czasie zorganizować publiczne spotkanie, które przybliży koszalinianom realia sytuacji na Białorusi. Spodziewają się, że dla ich białoruskich przyjaciół potrzebne będzie wsparcie finansowe, zaplecze socjalne, ale także pomoc w leczeniu i opieka psychologiczna. Tyle możemy zrobić z naszej strony. Wolność i solidarność, to słowa, które w relacji polsko-białoruskiej wypełniają się treścią na nowo. Każda oddolna pomoc jest cenna. Czasem pomaga po prostu rozmowa, bo przynosi rozwiązania, podnosi na duchu i zawsze jest przyczynkiem do działania. Nie bądźmy obojętni.