W tym roku wśród wyjazdowych celów zdecydowanie rzadziej wybieramy zagranicę. Pandemia koronawirusa wymusza poszukiwanie turystycznych atrakcji w kraju. Wśród nich na mocnej pozycji w czołówce lokują się z pewnością Bieszczady. Owiane legendą „polskiego Dzikiego Zachodu”, nie są już terenem zupełnie dziewiczym, ale wciąż potrafią zafascynować. Szczególne wrażenie robią na osobach, które – jak my – widzą je z bliska po raz pierwszy.

Wakacje w Polsce. To znak, że trzeba zabrać ze sobą absolutnie wszystko. I cóż, że mamy środek lata, jak spakować trzeba kilka ciepłych bluz, kurtkę deszczową, ileś par butów, spodnie, krótkie i długie. Do tego wszystkiego, plecaki na piesze wycieczki, bidony, karty i gry planszowe, gdyby pogoda uwięziła nas w pokoju. A… i oczywiście coś na komary, na muszki, coś przeciwsłonecznego i po opalaniu. Kilka książek, bo to przecież urlop. Zapakowani po brzegi wreszcie jedziemy.

 

IMG_1427Sobota – w drogę

Trasę wybraliśmy dłuższą, biegnącą kolejno przez Szczecin, Wrocław, Katowice, Tarnów, ale wygodniejszą, bo prawie spod domu po bramy Bieszczad jedziemy drogami ekspresowymi i autostradami. Jedenaście godzin trasy, może scalić lub skłócić zamkniętych w puszcze samochodu współtowarzyszy, więc dłuższymi momentami słuchaliśmy audiobooków i było to bardzo przyjemne.

Na miejsce, do Cisnej, a w zasadzie do Dołżycy, dojechaliśmy przed 17.00, ale grubo przed tą godziną na trasie pojawiają się piękne, niecodzienne dla nas, ludzi znad morza, widoki. Grubo pofałdowane tereny, rozłożyste łąki i perspektywa. Wzrok można puścić swobodnie po odległy horyzont. Czuję, że sam ten widok odrywa już od codzienności, co z każdym kilometrem podróży, zostaje z tyłu za nami.

Wybraliśmy niewielki hotel, gdzie zamiast pokoi są małe domki, śniadanie podają do stołu we wspólnej karczmie. Jest też mała sala fitness, aby grzbiet i kończyny było gdzie rozciągnąć. Jest również miejsce na ognisko, a wieczorami w karczmie zapowiadają lokalne bajania i bieszczadzkie szlagiery.

Strudzeni podróżą, wdzięczni za bezpiecznie pokonaną niemal całą Polskę zasypiamy z oczekiwaniu na kolejny dzień.

 

Niedziela – nie taki znów niewinny Puchatek

Budzą nas ostre i gorące promienie na twarzach. Marzy się zobaczyć wschód słońca, ale trzeba wstać przed 5 rano, będzie to trudne w realizacji. Przez ostatnie cztery tygodnie w Bieszczadach lał deszcz, więc słońce cieszy nie tylko nas, ale dosłownie wszystkich, których spotykamy. Korzystając z tak wybornej aury, postanowiliśmy wybrać się do słynnej Chatki Puchatka, czyli schroniska na Połoninie Wetlińskiej.

Do szlaku dojechaliśmy krętymi drogami, które prowadzą do zawrotów głowy, jednak gigantyczne drzewa bukowe, lasy i piętrząca się zewsząd roślinność, łagodzi i rekompensuje te kilometry dojazdu.

Na miejscu okazało się, że Puchatek zamknięty, to znaczy schronisko nieczynne, ale na samą Połoninę Wetlińską można śmiało wejś

, lekko zmienioną trasą. Niewinnie rozpoczynający się szlak, z górskiej łąki przechodzi w błotnisty, spiętrzony las, aby ostatecznie zamienić się w polanę ze skalną warstwą.

Widok zaciera cały trud podejścia. Błękit nieba spotyka się z leśną warstwą, a horyzont wydłużył się maksymalnie. W aparacie fotograficznym, ale przede wszystkim w głowie, zapisuję krajobraz, skanuję powoli fragmenty perspektywy, a nogi jakby lżejsze. Trasa jest dość krótka, bo zajmuje, naprawdę wolnym trekkingiem ok 1,5 godziny w jedną stronę. Po drodze mijamy młodszych i starszych i naprawdę sporo małych dzieci, co daje nadzieję, że jak oni mogą, to i my.

 

 

Poniedziałek – nad Soliną

Po śniadaniu zabieramy tylko portfele i lecimy nad Solinę. Ponoć będąc w Bieszczadach, po prostu wypada podjechać i zobaczyć zaporę wodną w Solinie (Jezioro Solińskie nazywane jest bieszczadzkim morzem). Stojąc na zaporze z przyjemnością, a nawet ekscytacją poławialiśmy, jedynie oczyma, ogromne ryby, pływające w akwenie. Występują tam, sandacze, okonie, bolenie, leszcze, szczupaki i sumy. Widok rajski.

Na tafli wody wprost tańczą wypełnione turystami wycieczkowe stateczki, kajaki, rowery wodne. Na przylegających do zapory straganach można nabyć pocztówki, miejscowe miody i oczywiście oscypki na ciepło… Jest tu również dużo atrybutów mocno turystycznych miejscowości, jak sztuczne, fluorescencyjne włosy do zaplatania warkoczyków, tajskie lody, czy drewniane szabelki. Zderzenie natury z próbą poskromienia jej przez człowieka, na długo zostaje w pamięci, choć patrząc na okalające Solinę i pobliski Polańczyk góry i lasy wydaje się, że natura ma lepsze karty w tej grze.

 

Wtorek – smaki Bieszczad

W końcu przydają się wszystkie wiezione przez całą Polskę kalosze, deszczówki, czapeczki i ciepłe skarpety. Zgodnie z prognozami czeka nas dzień z deszczem i mimo że temperatura spadała o dobre 10C, to odczuwalnie i tak jest znacznie cieplej niż przy tej samej temperaturze nad morzem. Nie pozostaje więc nic innego, jak zrobienie sobie wycieczki pod tytułem „bieszczadzkie smaki”.

Niemal całe Podkarpacie wypełnione jest niezliczoną ilością drobnej agroturystyki, niewielkich hoteli lub pokoi do wynajęcia. Na próżno szukać ogromnych turystycznych pawilonów ze szkła i betonu. Drewniane domy lub te bardziej współczesne z bali, czy pokryte drewnianą elewacją, tworzą niepowtarzalny i niespotykany klimat.

Do tego wszędzie czysto i zadbane. Przed domami bujne kwiecie, malwy i jeżówki. Plastikowe wszędobylskie szyldy tak dobrze znane w całej Polsce, we wioskach zastąpione są prostym hasłem wymalowanym ręcznie na drewnianym podkładzie. Wszystko zdaje się być takie „po prostu” i naturalne.

Jeżdżąc od wsi do wsi, podziwiając uroki sielskiej natury, trafiliśmy na kozie sery. Ekoagroturystyczne gospodarstwo, poza certyfikowanymi serami, oferuje miody i grzybki w occie. Oprócz serów, skusiłam się także na słoik z marynowanymi rydzami.

Po sąsiedzku zjedliśmy obiad, gdzie serwowano fuczki z sosem kurkowym. Fuczki to nic innego, jak racuchy z kiszoną kapustą. Do wyboru były także olbrzymki huculskie, czyli smażone ziemniaczano-serowe pierogi.

Jadąc dalej, zwróciliśmy uwagę na zaadoptowaną do współczesnych potrzeb łemkowską chyżę, czyli niegdysiejszą zabudowę, gdzie pod jednym dachem prócz części mieszkalnej było miejsce na żywy inwentarz a na strychu na słomę i siano. Wypiliśmy tam dobrą kawę ze świeżo wypieczonymi maślanymi ciasteczkami. W drobniusim sklepiku zaopatrzyliśmy się w nalewki z tarniny i pędów młodej sosny oraz dwa słoiki masła z czosnkiem niedźwiedzim.

Pokierowani, dojechaliśmy do bacówki w Osławicy koło Komańczy. Patrząc na stado wylegujących się na pastwisku owiec i skupionego psa, pilnującego każdego ich ruchu, kosztując uważnie oferowane przez bacę produkty, kupiliśmy owczy ser bundz, wędzone oscypki i świeży serowy makaron. Dla odważnych do wypicia „rosół”, czyli woda z odciśniętych serów. Kwaśna, pożywna, o silnym zapachu owiec.

Zaskoczeniem jest serdeczność i uprzejmość, we wszystkich odwiedzanych miejscach. Częstowano nas smacznymi kąskami, ale też dziesiątkami porad, co warto jeszcze zobaczyć, gdzie podjechać. Jednym słowem: warto rozmawiać.

Środa – z nieba deszcz, z lasu chmury

Mówią, że kiedy pada, to dzieci się nudzą. Wychodząc temu naprzeciw postawiliśmy na przyrodę. Kiedy rzęsisty deszcz moczył nasze płaszcze i buty i z pozoru wydawało się całkowicie beznadziejnie, z otaczającego nas lasu silnie parowała woda, która przy koronie drzew najpierw subtelnie, a potem zdecydowanie zamieniała się w chmury i z wiatrem odpływała ku niebu.

Niesamowite zjawisko, które dostrzec można właśnie dzięki perspektywie jaką łapiemy w górskim krajobrazie. Odrywające się chmury pary, jak wata cukrowa wędrowały po niebie, tworząc szarą puszystą pianę nad naszymi głowami.

Taka pogoda to też dobry czas na Leśne Zoo w Lisznej koło Cisnej. W tym zakątku zobaczyć można jelenie, sarny, daniele, dziki, lisy, sowy, gęsi, bażanty i perliczki. Za drobną opłatą nabyliśmy karmę, którą można częstować zwierzęta. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że jeleń szlachetny jadł mi z ręki. Dzieci są zachwycone i już całkowicie zapomniały, że kropił na nie deszcz.

Tuż obok, stacja kolejowa, na której wykupić można przejazd wąskotorówką i podziwiać bieszczadzkie widoki. Atrakcja oblegana przez rodziny z dziećmi, uzbroić się trzeba w cierpliwość na zdobycie biletów.

Wieczorem rozpalamy ognisko, a lokalna grupa bardów, którzy wyglądają jak współcześni harnasie, z gitarami i harmonijkami snują bieszczadzkie legendy i wyśpiewują ballady o romantycznych historiach. Teraz już wiem kim był San i dlaczego Czady pomogły mu w pokonaniu Biesa.

Czwartek – chodzimy po górach

Tuż po śniadaniu ruszamy na szlak. Padło na połoninę Carycyńską. Dlaczego? Ta nazwa stale przewija się wśród innych turystów na szlakach. Dojeżdżając na parking, już rozumiemy popularność tej trasy. Nie ma gdzie szpilki wbić i jak zaparkować auta. Nie poddajemy się, w końcu to wakacje, mamy czas i luz, więc dość szybko znajdujemy parking oddalony o około 7 km. Z parkingu można dość pieszo lub wybrać podwózkę przez kursujące stale pomiędzy szlakami busy.

Podejście na połoninę to szlak jak najbardziej familijny. Mijamy wiele rodzin z pociechami i to najmniejszymi. Podziwiam rodziców noszących na rękach małe brzdące, na plecach zaś plecaki z wałówką. My oczywiście również wyposażeni w kanapki i wodę, mijamy kolejno łąki, trasę przez las, zaliczamy delikatną wspinaczkę po głazach, by w końcu stanąć na wietrznej grani. Widoki bezcenne. Pogoda dopisuje więc patrzymy po horyzont, ile wlezie. We wspinaniu fantastyczne jest też to, że schodzi się o wiele szybciej niż wchodzi i to z dodatkową energią pobraną wprost ze słońca.

Wracając chcieliśmy zatrzymać się w jednym z dwóch bardzo popularnych miejsc, aby zjeść obiad. Niestety, zarówno przed „Chatą Wędrowca”, jak i przed „Nie taki Paweł Święty” są gigantyczne kolejki takich jak my, wygłodniałych turystów.

Wybieramy więc miejsce poza głównym szlakiem. Jest smacznie i co już wcześniej zauważyłam, większość dań opiera się na ziemniakach i kiszonej kapuście. Dużo potraw jest z leśnymi grzybami i jagodami. Do tego cała gama nalewek i lokalnych piw. Koniecznie trzeba spróbować kwaśnicy, parzybrody z borowikami i pstrąga.

Piątek – kierunek Bukowe Berdo i żubry

Ostatni dzień w Bieszczadach. Kierujemy się w najodleglejszy punkt naszej wyprawy. Miejscowość Muczne jest o krok od ukraińskiej granicy. Dojazd od Dołżycy zajmuje nam prawie godzinę i wiedzie przez Ustrzyki Dolne i Górne i nadzwyczajną ilość krętych dróg.

Muczne to kawałek ziemi niczym skansen. Domy – jeden piękniejszy od drugiego. Drewniane, w ciemnej bejcy. Kwiaty i ludowe rzeźby na frontach. Cisza i spokój, jakby troski świata, zupełnie omijały te strony.

Wchodzimy na Bukowe Berdo. Wejście na każdy ze szlaków kosztuje 4 zł od dziecka, a 8 zł od osoby dorosłej. Tym razem bilety kontroluje ogromna ropucha wygrzewająca się w słońcu. Omijamy ją w bezpiecznej odległości, wszak to gatunek chroniony. Podejście pod Bukowe Berdo jest niczym spacer po Górze Chełmskiej. Monotonnie, ale konsekwentnie pniemy się pod łagodne zbocze, przez wilgotny i miejscami błotnisty las. Ludzi jest zdecydowanie mniej, a szlak zdecydowanie bardziej szeroki niż w poprzednich miejscach. Ostatnie, najwyższe podejście przypomina z daleka raz spacer w hiszpańskiej winnicy, a raz podróże Hobbita.

Niezwykłe, najbardziej chyba malownicze miejsce. Widać jak na dłoni całe Bieszczady. Kto nie ma dość, chodząc po grani dotrzeć stąd może na najwyższy punkt Bieszczad, Tarnicę (1346 m n.p.m.), zaliczaną już do korony gór polskich. Przestrzeń jest oszałamiająca i gdyby nie to, że wiało okrutnie (mimo że na dole spiekota), to chciałoby się położyć na szczycie i marzyć.

Z Mucznego nie możemy odjechać bez wizyty w Zagrodzie Żubrów. Wstęp wolny, ale musimy dostosować się do warunków, w końcu to my jesteśmy gośćmi u tych ssaków. Te duże, budzące respekt, nawet z odległości zwierzęta podziwiamy z punktów widokowych. Przyzwyczajone do ludzi, a z drugiej strony w całkiem sporej zagrodzie, żubry czują się swobodnie i spokojnie można je uwiecznić na fotografii. Po wizycie w zagrodzie, wracając do Dołżycy, z większym szacunkiem patrzę na przydrożne znaki drogowe ostrzegające przed rysiami, niedźwiedziami i żubrami.

Sobota – do domu

Weekend to może nie jest najbardziej fortunny dzień do przemieszczania się, bo wiadomo – na drodze ruch duży. I chyba podział tak zwanych turnusów już dawno się zatarł, jednak przy sobocie i niedzieli jedzie się całkiem inaczej. Nim wskoczyliśmy na autostradę, mijamy po drodze kilka odpustów i okazjonalnych, weekendowych bazarków.

Od dawna nie przywożę pamiątek, które łapią kurz, wolę przywieźć coś smacznego, albo coś co będzie można wykorzystać w mieszkaniu. Tak i tym razem wiozę nad morze, sery i oscypki, nalewki i rydze. Oprócz tego kupiłam również niewielkie drewniane pudełeczko na biżuterię z motywem huculskim.

Pod drodze rozmyślam, kiedy by znów wrócić w Bieszczady. Najchętniej jesienią, bo wtedy buki będą się na wzgórzach mienić kolorami, a na niezdobytą jeszcze przez nas Tarnicę da się wejść bez towarzystwa tłumu. Tak jak pójść na spacer na Sine Wiry, pojeździć rowerem góra- dół po bieszczadzkich szosach (choć tu przydało by się popracować nad formą, bo podjazdów całkiem sporo).

W domu sięgnę swoim zwyczajem po filmy związane z odwiedzanymi miejscami – na początek serial „Wataha”, później film „Siekierezada” Witolda Leszczyńskiego (w końcu Siekierezada – lokal ciągle istniejący w Cisnej – wciąż budzi ciekawość).

Dobrze było tu być. Dobrze będzie też tu wracać.