Marcin Łukaszewicz, znany jako Das Komplex, to producent muzyczny z Koszalina. Nie goni za rozgłosem, na koncie ma kilkanaście ciekawych projektów muzycznych. Latem spotkać go można podczas Martwego Sezonu, czyli serii imprez z muzyką elektroniczną.

 

 

06E7745C-890D-4A2C-B087-56FBE7F6D01C-D172D3A6-0674-4467-A9AF-9D84E70FF921– Na co dzień jesteś architektem. Projektujesz, rysujesz, przeliczasz. Jak udaje się łączyć tak wydawałoby się skrajne tematy jak architektura i muzyka?

Moja praca to moja kolejna pasja. W architekturze na pewnym etapie projektowania pojawia się idea, którą się rozwija, żeby stopniowo zamienić ją w projekt, a w ostatecznym etapie w realizację. Podobnie jak w tworzeniu muzyki. Tu i tu występuje element twórczy.

 

Kiedy zainteresowałeś się na poważnie muzyką?

– To zaczęło się w szkole podstawowej od winylu The Cure zatytułowanego „Desintegration” kupionego mi przez mamę. Była to pierwsza płyta, której świadomie słuchałem (sentyment do zespołu został mi do dzisiaj). Chwilę później pożyczyłem od koleżanki gitarę akustyczną i z pomocą mojego taty zacząłem uczyć się na niej grać. Kończąc podstawówkę, miałem już swój pierwszy zespół. Moja nauka w liceum przypadła na środek lat 90. Był to szalony czas, jeśli chodzi o muzykę elektroniczną. Grałem wtedy w zespole Błękitna Spawarka. Korciło mnie, żeby mieszać style, eksperymentować z muzyką elektroniczną. Z czasem zbudowałem sobie małe domowe studio, w którym realizowałem pomysły. Od pewnego momentu praca w nim stała się jedyną formą mojej aktywności muzycznej. Później doszła jeszcze chęć dzielenia się muzyką z ludźmi. Wraz z grupą znajomych zaczęliśmy organizować imprezy w Koszalinie jako kolektyw Koshaolin Crew.

 

– Czy myślałeś kiedyś o tym, aby rzucić architekturę i zostać zawodowym muzykiem?

– Moja droga do architektury nie była kwestią prostej decyzji tylko długoletnich poszukiwań i zastanawiania się, co chcę w życiu robić. Umożliwiono mi pracę w tym zawodzie, zakochałem się w nim. Realizuję się i muzycznie, i zawodowo. Zawsze wolę mieć plan B, nie chcę stawiać wszystkiego na jedną kartę.

 

– Muzykę, którą tworzysz, trudno sklasyfikować. Wychodzi ona z deep house’u, muzyki klubowej, ale bardzo dużo w niej melodyjności, niekiedy jazzujących rytmów, czasem jest mocno oparta na retro disco z ciepłym i płynącym lekko wakacyjnym klimatem. Jak sam nazwiesz swój styl? Co cię najbardziej inspiruje?

– Trudno mi zamykać to, co robię, w szufladkach styli i gatunków. Słucham prawie wszystkiego. Przekłada się to w naturalny sposób na moją twórczość. Puszczając muzykę, staram się grać eklektycznie. Najbardziej w muzyce inspiruje mnie szczerość, to najważniejsze kryterium jakim się kieruję. Nie trawię szpanu. Odwiedzając czasami sklepy z płytami, sprawdzam w jakiej kategorii ulokowano tam moje wydawnictwa. Mam dużo zabawy, bo czasami są to skrajne gatunki. 

 

 

IMG-8525– W czerwcu tego roku ukazała się twoja najnowsza EP „Miąższ”, na którą składa się pięć utworów. Tytuł trudny do wymówienia nawet dla Polaka. Zastanawiam się, jak wymawiają go DJ’e z całego świata, którzy prezentują twoje utwory na przykład w klubach Ibizy.

– Jak można się domyśli, nikt tam nie wymawia tego słowa poprawnie. Piosenka „Miąższ” powstała dosyć dawno i dopiero teraz znalazła się na epce. Zapytany o tytuł, celowo wybrałem „Miąższ”, wyobrażając sobie, jakie będą problemy z jego wymową poza granicami Polski. Jeśli chodzi o Ibizę to najzwyczajniej w świecie czuję się tam dobrze. Nie mówię o klubach, bo ich unikam. Muzyka otworzyła mi drzwi na świat i to wykorzystałem. Poznałem fajnych ludzi i miejsca, lokalne knajpki. Miałem na przykład okazję grać w Pikes Hotel. To legendarne miejsce, gdzie w latach 80. celebryci ukrywali się przed paparazzi. Podoba się być może dlatego, że bardziej przypomina agroturystykę z pięknym basenem niż luksusowy resort. Stałymi bywalcami byli tu Freddie Mercury, Grace Jones, Kylie Minogue. Teledysk do „Club Tropicana” George’a Michael’a (Wham) był kręcony właśnie w Pikes. Niesamowite, że tam trafiłem. W zeszłym roku ukazała się składanka Dj’a Harvey’a wydana przez Pikes Recordings, na której znalazła się moja piosenka. Przeżyłem tam dużo pięknych chwil, poznałem przemiłych ludzi, którzy najzwyczajniej mieszkają na Ibizie przez cały rok. Mam sentyment do tej wyspy – nie mylić z imprezami!

 

– Twoje remiksy znalazły się też na albumie Ptaków (DJ’ów i producentów na co dzień znanych z solowej działalności) a są to tematy muzyczne od boogie przez reggae po techno. Pracowałeś również przy albumie zespołu Niemoc i rapowego Pro8l3m. Jak wygląda współpraca przy takich projektach?

– Nie zabiegam o takie zaproszenia, a i tak mnie spotykają. Największym zaskoczeniem było zaproszenie do zrobienia remiksu dla Andrzeja Korzyńskiego. Płyta ukazała się nakładem wytwórni GAD przy współpracy z Narodowym Centrum Kultury. Wspomnę tylko, że Andrzej Korzyński robił muzykę do wielu filmów. Każdy pewnie zna piosenki z „Akademii Pana Kleksa” czy utwory Franka Kimono, ale jego dorobek jest gigantyczny – stworzył muzykę do takich dzieł jak „Człowiek z marmuru”, „Polowanie na muchy”. Trudno mi dobrać słowa, które oddałyby to, co czułem, czytając maila z zapytaniem o udział w tym wydawnictwie. Kolejną propozycją, która mnie zaskoczyła, była wiadomość z prośbą o remiks dla wspomnianego Pro8l3m. Przyznam, że dopiero wtedy zapoznałem się z ich twórczością. Jest to dla mnie stylistycznie dosyć odległa bajka, ale potraktowałem to jako wyzwanie. Miałem przy okazji możliwość poznania Piotra ‚Stezza’ oraz Oskara. Znaleźliśmy wspólny język. Remiks ukazał się na ich albumie ‚Widmo’ w limitowanej wersji winylowej. 

 

– Twoja muzyka to mocne nawiązanie do miejsca, z którego pochodzisz. Jest spokojna, płynna, z nutą morskiej bryzy, obok mainstreamu, na własnych zasadach. Mam wrażenie, że nie gonisz za rozgłosem, robisz to, co ci w duszy gra, bez presji. Czy się mylę?

– Nigdy nie myślałem o wydawaniu tego, co tworzę. Trudno było mi uwierzyć, że to się może komuś podobać. Muzyka odgrywa dla mnie rolę terapeutyczną, jest czymś intymnym i stanowi nośnik dla różnych emocji. Miejsce, w którym mieszkam – mam na myśli bliskość morza – ma duży wpływ na to co robię. Sam Koszalin – z racji tego, że się tutaj niewiele się dzieje, a młodzi ludzie uciekają do innych miast – pcha mnie w objęcia muzyki, która stanowi również rodzaj ucieczki od tej rzeczywistości.

 

– Cykl imprez których jesteś inicjatorem zatytułowanych Martwy Sezon ma niezwykły klimat. Wiele wspaniałych osobowości, ludzi pozbawionych potrzeby przypodobania się komukolwiek. Luz i tolerancja. Wydarzeniom tym towarzyszy ciekawa oprawa wizerunkowa, to wszystko twoja zasługa?

– Za cyklem tych imprez stoi większa grupa ludzi, która ma chęć robienia czegoś wspólnie: od festiwalu Good Vibe, przez Pracownię Graficzną Dobry Sztos, po kawiarnię Powidoki czy właściciela Big One, do którego przynależy dziedziniec, gdzie odbywa się Martwy Sezon. Jest to bardzo fajna energia, udowadniamy sobie, że jest sens robienia pewne rzeczy na własną rękę. Atrybutem tego cyklu jest lokalizacja – ów dziedziniec. Pozwala to cieszyć się letnią aurą i bawić się pod gołym niebem. Chodzi o fajnie spędzony czas w gronie przyjaciół gdzieś w mieście, w otoczeniu przyjemnych (oczywiście to pojęcie względne) dźwięków. 

 

IMG-8749– Jakie są twoje najbliższe muzyczne plany, gdzie zagrasz i czy Martwy Sezon, rzeczywiście ma szansę zaistnieć tego lata?

– Mam dogadanych parę imprez m.in w Berlinie i Szczecinie. Za parę tygodni ma się ukazać moja epka „Weź Mnie Ze Sobą”. Tytułowa piosenka to jeden ze starszych utworów Das Kompex. Nagrana razem z Kasią Emose Uhunmwangho, moją serdeczną przyjaciółką, bez której Das Komplex by nie powstał. Jeśli chodzi o Martwy Sezon, to wszystko zależy od tego, jak będzie rozwijać się epidemia… Nie wierzę, że to mówię, nadal jest to dla mnie abstrakcja.

 

FB Das Komplex
IG @daskomplex