Dystans 42 km 195 m budzi respekt i szacunek nie tylko wśród biegaczy. Robert Kowalczyk, mówi o maratonie, że to misja. Misja trudna, do której trzeba się zmobilizować i pokonać swoje słabości, aby na mecie móc poczuć smak zwycięstwa.

 

Robert Kowalczyk25 czerwca br., czwartek, Sianowska Piątka na wysokości Kłosa. Trasa biegowa dobrze znana panu Robertowi z niemal codziennych przebieżek w grupie znajomych. Prowadzi wśród wysokich drzew, momentami po kamienistym podłożu. Dystanse 5 km łatwo odmierzyć, to zaledwie jedno kółko, ale jeśli tych kółek trzeba zrobić osiem, to sprawa wygląda już zupełnie inaczej.

Pan Robert Kowalczyk na co dzień uczy WF-u w Szkole Podstawowej nr 1 w Sianowie. Od blisko 21 lat jest trenerem Uczniowskiego Klubu Sportowego „Kometa”. To sekcja badmintonowa, która działa przy szkole. Sam przed laty był zawodnikiem, a później trenerem młodzieżowej kadry Polski w badmintonie (do lat 17 i 19). Z tym sportem związane są też córki pana Roberta (Kornelia i Martyna – złote medalistki Mistrzostw Polski), więc duch sportu obecny jest w sianowskim domu Kowalczyków cały czas.

Czym innym jest jednak trenowanie, a czy innym czynne uprawianie sportu. Pan Robert, raz jeszcze chciał sobie udowodnić, że chcieć to móc, a że wyznaje zasadę „bez biegania nie ma grania” to codziennie rano wkłada sportowe obuwie i przemierza 5 km. Kilka tygodni temu, w głowie pana Roberta zakiełkowała myśl o maratonie. Ustalił datę i rozpoczął delikatne przygotowanie. Doświadczenie miał, choć było to już dawno temu, bo aż 27 lat temu, kiedy przebiegł pierwszy maraton. Swoim pomysłem podzielił się z rodziną i kolegami od wspólnych biegów. Wszyscy obiecali wsparcie i pomoc.

Bieg rozpoczął się o 4.45. Wcześnie rano, ze względu na przewidywaną, upalną pogodę. Na starcie stawili się znajomi, koledzy biegacze, ratownik medyczny i żona wraz z córką, która na rowerze, cały czas towarzyszyła tacie, mając w plecaku, kanapki, banany i napoje, niezbędne na trasie.
Pierwsze 30 km, upłynęło, jeśli tak w ogóle można powiedzieć, dość gładko. Przy kilku kilometrach, towarzystwa truchtem dotrzymała maratończykowi żona i inni sportowcy amatorzy.
– Po 35 kilometrze to była już walka o przetrwanie – wspomina pan Robert. – Biała ściana, pot, ból, ale nie było mowy o tym, aby zatrzymać się choćby na sekundę. Moim osobistym celem było biec bez najmniejszej przerwy, myślałem o tym, aby przypadkiem nie rozwiązał mi się but, czy nie wleciał do niego kamyk. Udało się, ale było bardzo ciężko w końcówce – relacjonuje biegacz. – To, że na mecie i na trasie byli moi przyjaciele, dodawało mi mobilizacji. Na dzień, dwa przed startem, czułem ekscytację, nie mogłem doczekać się, kiedy w końcu przyjdzie ten dzień i ta godzina, ale wieczór przed biegiem, był jak czekanie na ważny egzamin. Szczęście i radość przyszły w momencie osiągnięcia celu – śmieje się pan Robert Kowalczyk. Jego bieg trwał 4 godziny i 34 sekundy.

Czemu nie wielki maraton w jednej z europejskich stolic, tylko leśna trasa pod Sianowem?
Pan Robert tłumaczy, że zmagać samemu ze sobą można się w różnych okolicznościach. Nie trzeba mieć najlepszych butów, numeru startowego, czy znakomicie przygotowanej trasy. Wystarczy cel, determinacja, a jeśli są jeszcze dobre osoby, które pomogą dopiąć szczegóły, wtedy można wszystko. Zresztą pokonywanie samego siebie, to nie tylko przebiegnięte kilometry, cele mogą być absolutnie różne. Dobrze jednak, je stawiać ciągle przed sobą i móc się rozwijać – deklaruje podwójny od teraz maratończyk.

 

Rodzina i przyjaciele, czyli ekipa wspierająca

 


Kto chciałby zmierzyć się z Sianowską Piątką powinien jadąc od Sianowa skręcić do miejscowości Kłos. Po przejechaniu około 300 metrów na skraju lasu zobaczy parking. To tu zaczyna się trasa biegowa, o której mowa. Uwaga: Sianowska Piątka to nie to samo co Leśna Piątka (ona również znajduje się w kompleksie leśnym Chełmskiej Góry).