Muszę przyznać, że zabierałem się do tej książki raczej z obowiązku niż szczerej ciekawości. Spodziewałem kolejnej do bólu przewidywalnej amerykańskiej opowieści o zmaganiach dzielnych i nieskazitelnie szlachetnych detektywów ze zwyrodniałym przestępcą, w której – podobnie jak w niemal każdym filmie klasy B – wszystko się dobrze kończy, czyli śledczy okazują się górą a geniusz zbrodni okazuje się nie takim znowu geniuszem. Szybko jednak nabrałem przekonania, że Maureen Callahan pokaże inny obraz kryminalistyki praktycznej od tego, który serwują produkty popkultury z serialami typu „CSI” na czele.

 

Callahan_Drapieznik_1000pcxNie zawiodłem się. Zakończenie historii również będzie dalekie od stereotypu. Jakie? Tego nie zdradzę, żeby nie odbierać czytelnikom tego smaczku.

Rzecz zaczyna się banalnie. Zaginęła 18-latka pracująca w przydrożnym barze na obrzeżach liczącego niemal 300 tysięcy mieszkańców (40 proc. ludności Alaski) Anchorage. Ale nie wiadomo, czy została uprowadzona, czy też odeszła z tajemniczym nieznajomym, którego utrwalił monitoring na marnej jakości nagraniu wideo. Mijają dni, tygodnie, a śledztwo właściwie nie rusza z miejsca. Nic nie dzieje się tak, jak we wspomnianych landrynkowych serialach o super detektywach dysponujących nieprzeciętną inteligencją i super narzędziami pozwalającymi szybko wsadzić do więzienia każdego bandziora, choćby zostawił na miejscu zbrodni zaledwie swój cień.

Ujęcie Israela Keyesa było w dużym stopniu szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Na dokładkę gdyby nie chciał przyznać się do uprowadzenia i zamordowania Samanthy Koenig – mimo paru obciążających dowodów, z których najmocniejszym było posiadanie przez niego karty bankomatowej chłopaka ofiary – śledczy mogli oskarżyć go najwyżej o nieuprawnione korzystanie z cudzego konta. Wyszedłby po półrocznej odsiadce albo dostał wyrok w zawieszeniu.

On jednak chciał im powiedzieć o zbrodni, jej makabrycznym przebiegu, zboczonych praktykach seksualnych, przechowywaniu a później pozbyciu się zwłok.

Przesłuchujący szybko nabrali przekonania, że to nie było jedyne morderstwo, którego dopuścił się 34-letni Israel. Nie znajdowali jednak sposobu, by cokolwiek więcej z niego wycisnąć a tym bardziej cokolwiek mu udowodnić. Sam wyszedł im jednak naprzeciw. Obiecał kolejne opowieści, ale nie za darmo. Domagał się układu z prokuraturą, gwarantującego mu wyrok śmierci wykonany najpóźniej w rok od aresztowania i by żadne szczegóły ze śledztwa nie przeciekły do prasy.

Sączył informacje, cały czas kontrolując sytuację. Nie miał nic do stracenia, a śledczy owszem – mogli niczego się nie dowiedzieć, nie rozwikłać kolejnych zagadek, podpaść szefom, dostać cięgi od mediów, narazić się na pretensje ze strony rozżalonych rodzin ofiar. Na dokładkę przesłuchania koniecznie chciał prowadzi osobiście prokurator z przemożnym „parciem na szkło” a zerowym doświadczeniem śledczym, tak potrzebnym w kontakcie z przebiegłym i górującym nad nim inteligencją przestępcą.Trudno tu streszczać relację Maureen Callahan. Bardzo sprawnie odtworzyła ona przebieg nieudolnego śledztwa i obnażyła liczne jego błędy.

Pokazała również kawał prawdziwej Ameryki – nie tej hollywoodzkiej, ale pełnej przemocy, biedy, ludzkich rozbitków wegetujących bez nadziei na odmianę losu i na udział w „amerykańskim śnie”. Pokazała również, że popkulturowe przekazy o seryjnych mordercach wpływają na kształtowanie się naśladowców. Niektórzy z nich przerastają „mistrzów” i do tych należał z pewnością Israel Keyes.

Maureen_CallahanZawsze w przypadku zbrodni jak te, których dopuścił się ten były żołnierz, żyjący z dorywczych prac budowlanych stolarz, z pozoru sympatyczny chłopak z sąsiedztwa, kluczowe jest pytanie: dlaczego? Dlaczego zabijał? Keyes odpowiedział na to pytanie zarówno śledczym, jak i badającemu go biegłemu psychologowi wprost. Zabijał, bo czerpał z tego przyjemność. Dla czystej przyjemności uprowadzał, dręczył, zabijał. Zło w czystej postaci. Nawet śladu wyrzutów sumienia. Za to determinacja posunięta do niewyobrażalnych granic, włącznie z ingerencją we własne ciało – wszystko po to, by być fizycznie maksymalnie sprawnym a jednocześnie umieć działać bez pozostawiania jakichkolwiek śladów.

Pamiętają państwo Hannibala Lectera z „Milczenia owiec” fenomenalnie zagranego przez Anthony’ego Hopkinsa w ekranizacji powieści Thomasa Harrisa? Trudno powiedzieć, ile w tej postaci inwencji pisarskiej, a ile prawdziwych cech pierwowzoru, czyli psychopatycznego chirurga. Bohater (właściwie antybohater) reportażu Maureen Callahan jest w 100 procentach prawdziwy i z tej przyczyny bardziej niż Lecter przerażający.

 

Maureen Callahan: „Drapieżnik. Prawdziwa historia najbardziej nieuchwytnego mordercy XXI wieku”. Wydawnictwo ZNAK, 2020