W pracy pojawia się już o piątej rano, żeby w spokoju przejrzeć dokumenty, zanim zacznie się codzienny wir urzędowych spraw, rozmów ze współpracownikami i oficjalnych spotkań. Dzień kończy wieczornym treningiem w klubie fitness. W ten sposób nie tylko dba o figurę czy odreagowuje stres, ale jest też bliżej ludzi. A na tym w jej prezydenturze, której pierwszy rok ma już za sobą, najbardziej jej zależy. Jaka jest Anna Mieczkowska, pierwsza kobieta prezydent Kołobrzegu?

 

K-g-7500MPCzy trudno jest być kobietą w polityce? – Z pewnością – Anna Mieczkowska nie ma tu żadnych wątpliwości. – Nam, kobietom, w ogóle o wiele mniej wypada. Chcąc utrzymać swoją pozycję i autorytet, musimy więcej czasu poświęcić na przygotowanie się do swoich zadań. Musimy dawać z siebie więcej i nie możemy dać się złapać na niewiedzy. Najdobitniej przekonałam się o tym, kiedy zostałam prezydentem Kołobrzegu.

Na spotkanie zaprasza w sobotę, bo to dla niej dzień pracy jak każdy inny. Kiedy przychodzę do jej gabinetu w kołobrzeskim Urzędzie Miasta, siedzi za biurkiem, niemal całkowicie zasłonięta stosem teczek wypełnionych dokumentami. Ich liczba robi imponujące wrażenie. Rozmawiamy pijąc zieloną kawę, którą sama parzy w niewielkiej kuchni.

– Te teczki, które tu pani widzi, to zaledwie drobna część tego, co czeka na mnie każdego dnia – śmieje się Anna Mieczkowska. – Pracy co raz więcej, a czasu nie przybywa. Dlatego zabieram je na weekend. W domu wszyscy wiedzą, że po niedzielnym obiedzie parzę sobie yerbę, zamykam się w pokoju i pracuję. Mam taką naturę, że muszę być dobrze przygotowana. Doczytać, poszukać, sprawdzić. Wiedzieć o wiele więcej niż trzeba, żeby nie dać się zaskoczyć. Tego wymaga od siebie, ale i od swoich współpracowników. – Na sesjach Rady Miasta każdy radny ma prawo zapytać o to, co chce. My natomiast mamy obowiązek zawsze odpowiedzieć. Spokojnie i merytorycznie, żeby mieszkańcy mieli właściwy obraz tego, co chcemy w mieście zrobić.

 

 

Prezydent w klubie fitness

Zwykły dzień pracy Prezydent Anny Mieczkowskiej zaczyna się o 4.30. Wtedy wstaje, by już o 5.00 być w swoim gabinecie w Urzędzie Miasta. – Potrzebuję tych dwóch godzin, zanim zaczną się schodzić współpracownicy, żeby w spokoju i ciszy przygotować się na nadchodzący dzień. Wprowadziłam też zasadę, że czas między 8.00 a 9.00 poświęcam wyłącznie moim urzędnikom. To godzina, podczas której mogą do mnie przyjść z każdą sprawą, nie tylko służbową. Dzień kończy wieczornym treningiem fitness. – To dla mnie bardzo ważne, bo chcę być bliżej ludzi. Zależy mi, żeby mieszkańcy Kołobrzegu wiedzieli, że się nie zmieniłam. Że jestem normalną babką, ubraną w dres, spoconą, bez makijażu… Że można ze mną porozmawiać, pośmiać się, a ja, jak się ucieszę, to potrafię kogoś z spontanicznie wyściskać.

Zasypia przed 22.00, śpi mocno i tylko wtedy ma wyłączoną komórkę, z którą w ciągu dnia się nie rozstaje. – Komunikuję się z moimi współpracownikami nawet z drugiej półkuli. Najgorzej, jak jestem w innej strefie czasowej – śmieje się. – Kiedyś koleżanka poprosiła mnie, żebym nie pisała do niej o trzeciej nad ranem, bo dostanie zawału. No, a czemu nie wyłącza telefonu na noc? Ja nie robię tego tylko wtedy, kiedy mam z Wydziału Zarządzania Kryzysowego informację, że nadciąga burza. Choć oni i tak wiedzą, że w razie czego mogą zadzwonić do mojego męża.

 

 

K-g-7554MPAlergia na lenistwo

W pracy samorządowca nie ma czegoś takiego jak wolny weekend. Większość wydarzeń w mieście, czy to kulturalnych, czy sportowych odbywa się właśnie w sobotę lub niedzielę i albo ona, albo jej zastępczynie muszą na nich reprezentować miasto. Muszą, ale i chcą. – Najbliższa jest mi kultura, ale staram się bywać też imprezach sportowych, żeby nie zarzucano mi, że nie wychodzę z galerii czy kina – śmieje się. – Chodzę więc na mecze piłki nożnej. Polubiłam je od czasu, kiedy sama zaczęłam grać w meczach charytatywnych. Mamy świetną drużynę samorządowców, której gwiazdą jest nasza pani wicestarosta. Jest naprawdę świetna, grała w nogę już jako dziecko razem ze swoimi starszymi braćmi. Ja z kolei jestem najstarsza z rodzeństwa i mój wolny czas zawsze organizowała mi mama. A w rodzinnym domu w Dzierzgoniu zawsze było coś do zrobienia, obowiązki były na pierwszym miejscu. Tego wymagała od małej Ani mama, która – w odróżnieniu od taty – była pracoholiczką. – Mama nigdy nie siedziała bezczynnie. Zawsze coś szyła lub cerowała. Do dziś dźwięczą mi w uszach jej słowa, że najgorszą cechą, jaką Pan Bóg mógł obdarzyć człowieka, to lenistwo. Ja też najbardziej na świecie nie lubię lenistwa i wynikającej z niego niewiedzy, powierzchowności. Mam na to dosłownie alergię. Uważam, że człowiek może się wszystkiego nauczyć, sama jestem tego najlepszym przykładem. Lubię swoją pracę i dużo jej poświęcam, podobnie jak moi najbliżsi współpracownicy, dlatego tak dobrze się rozumiemy i dobrze nam się ze sobą pracuje.

Przez nadmierne zaangażowanie w pracę ma problem z odpoczynkiem, ale umie się do tego przyznać. – Właściwie nie potrafię odpoczywać nic nie robiąc – mówi. – Mój mąż już się nauczył, że jak jedziemy na urlop, to może zapomnieć o wylegiwaniu się na leżaku. Urlop ze mną to muszą być rowery, narty albo jachty, które odkryliśmy ostatnio. Energię potrafię spalać tylko w ruchu. Kiedy nic się nie dzieje, nie wyrabiam – śmieje się i wspomina pierwszy dzień urlopu w Egipcie, kiedy oznajmiła mężowi, że albo coś wymyśli, albo ona zwariuje z bezczynności. I mąż dla świętego spokoju wykupił dla całej rodziny kurs nurkowania. – Mówi o mnie, że mam ADHD, które mnie roznosi i pcha do działania – dodaje. On z kolei lubi ciszę, nie znosi tłumów. I tylko czasem narzeka, że żona zamienia mu dom w urząd…

 

 

To był maj, wszystko kwitło w Kołobrzegu

Poznali się na studiach w Toruniu. Anna studiowała nauczanie początkowe, Jerzy prawo. – Jurek pochodził z Kołobrzegu i nie wyobrażał sobie życia poza nim – mówi Anna Mieczkowska. – Pamiętam dzień, w którym przywiózł mnie do swojego miasta, przedstawić rodzicom. Był maj, 1988 r. Do dziś pamiętam Skwer Pionierów, który urzekł mnie wtedy swoją urodą, i przepiękną ulicę Walki Młodych, dziś Aleję Jana Pawła II. Wszystko kwitło i pachniało. Pobraliśmy się jeszcze na studiach, potem urodziły się dzieci, najpierw syn, później córka. Zaczęłam pracę w szkole podstawowej nr 3, mąż w sądzie. I tak powoli wrosłam w to miasto, dziś ja również nie wyobrażam sobie lepszego miejsca do życia. Ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś zostanę prezydentem Kołobrzegu.

Pani prezydent przyznaje, że nie lubi w życiu rutyny. – Od zawsze miałam duszę społecznika, byłam harcerką, angażowałam się w akcje społeczne. Jako członek Platformy Obywatelskiej, prawie od samego początku, też miałam ochotę robić coś więcej. Pracując w szkole, niechętnie brałam nadgodziny, bo zabierały mi czas, który mogłam poświęcić na realizację swoich pomysłów, choćby Regionalnego Przeglądu Jasełek, który wyrósł z małego konkursu dla uczniów mojej szkoły. Naprawdę uwielbiałam to, co robiłam. Ale pewnego dnia, będąc z dziećmi na spacerze, poczułam nagle, że zaczyna mi czegoś brakować, że nie idę do przodu, nie rozwijam się.

Wtedy przyszła propozycja objęcia funkcji dyrektora Ośrodka Szkolno-Wychowawczego „Okruszek”. Miała skończoną logopedię, była specjalistką w zakresie oligofrenopedagogiki, zgodziła się. Łatwo nie było. – Szkoła, internat, kuchnia, dowozy dzieci i rodzice, którzy też potrzebowali wsparcia – wspomina. – Do tego byłam osobą z zewnątrz, nie znałam tych nauczycieli, musiałam ich do siebie przekonać, udowodnić, że warto ze mną pracować, że mogę być autorytetem. To właśnie w „Okruszku” zrealizowała pierwszy w Kołobrzegu projekt unijny, dzięki któremu dzieciaki zyskały zajęcia pozalekcyjne: teatralne, plastyczne i muzyczne. Energia ją rozpierała, namówiła więc nauczycieli, że warto założyć Stowarzyszenie, dzięki któremu będzie można pozyskiwać środki dla „Okruszka”. Kierowała ośrodkiem 3 lata i, jak sama mówi, zostawiła w nim kawałek serca. Może pracowałaby w nim dłużej, gdyby nie propozycja objęcia funkcji zastępcy prezydenta miasta do spraw społecznych. I tak została wiceprezydentem, zastępcą Janusza Gromka. Kilkanaście miesięcy później, otrzymała kolejną propozycję – objęcia stanowiska członka zarządu województwa zachodniopomorskiego.

– Na początku byłam przerażona. Marek Hok, który dotąd odpowiadał za sprawy ochrony zdrowia znał się na tym świetnie, był znakomitym lekarzem. Ja natomiast musiałam się tego nauczyć. Wsiadłam do rozpędzonej lokomotywy, wiedziałam, że to ja muszę dopasować tempo, nikt nie będzie na mnie czekał. Zapisałam się na studia podyplomowe z zakresu ochrony zdrowia. Odetchnęłam dopiero, kiedy je skończyłam. Wiedziałam, że teraz mam papier i nikt mi nie zarzuci, że nie mam kompetencji. Dwie kadencje w Szczecinie szybko minęły i dziś jestem tu.

 

 

Jedyny w Polsce damski Ratusz

– Spodziewałam się, że kampania prezydencka będzie trudna, ale nie że aż tak brutalna – wspomina. – Myślę, że mogliśmy tego mieszkańcom oszczędzić. To był chyba najtrudniejszy okres w moim życiu, więc kiedy dobiegł końca, myślałam, że teraz już będzie tylko łatwiej. Myliłam się. Naiwnie sądziłam, że skoro mieszkańcy wybrali właśnie mnie, to mnie lubią, cenią, szanują, a moja płeć nie ma tu najmniejszego znaczenia. Szybko jednak okazało się, że nie wszyscy w mieście są gotowi na to, że prezydentem miasta pierwszy raz w historii została kobieta. Początek urzędowania był koszmarnie trudny. Ja i moje zastępczynie stałyśmy się celem brutalnych ataków. Każdy dzień zaczynałyśmy i kończyłyśmy czytaniem rewelacji w mediach na swój temat. Deprecjonowano nas, w odniesieniu do moich zastępczyń użyto pogardliwych określeń „błyskotki”. W naszej obronie stanęły kobiety, które przed kamerami powiedziały twardo: Stop! Ale, co było dla mnie przykre i szokujące, znalazły się kobiety, w tym jedna radna, które również przed kamerami nas skrytykowały. Kobiety, z którymi szłam ramię w ramię na Czarnym Marszu, nie stanęły w naszej obronie…

W pracy płeć nie ma dla niej znaczenia. Liczy się tylko wiedza i umiejętności. – Przepracowałam dwie kadencje w zarządzie województwa, prawie z samymi mężczyznami. Bardzo dobrze to wspominam. Nigdy nie odczułam ani taryfy ulgowej z racji tego, że jestem kobietą, ani nadmiernego obłożenia obowiązkami, które można na mnie zrzucić, ponieważ nią jestem. Byłam traktowana po partnersku. Oczywiście, spieraliśmy się, ale dyskutowaliśmy tak długo, aż udało nam się ułożyć wspólną narrację. Kiedy została prezydentem, dobierając sobie współpracowników, postawiła na kompetencje. – Tak się złożyło, że obie moje zastępczynie są kobietami. Mam do nich zaufanie i ogromny szacunek. Wspierają mnie, pracują ciężko, z ogromnym zaangażowaniem i zawsze starają się patrzeć krok dalej, przewidując, jakie skutki może mieć dane zdarzenie.

 

 

K-g-7635MPSłuchać i rozmawiać

Postawiła sobie jeden cel: zrealizować swój program wyborczy, o którym mówi, że jest bardzo ambitny. Nie kryje też satysfakcji, że po pierwszym roku kadencji większość jego punktów została wprowadzona w życie. Pomaga jej w tym umiejętność rozmowy z ludźmi, słuchania ich potrzeb i skłonność do kompromisu. – Nigdy nie upieram się, że moja wizja jest lepsza. Nie będę szła na wojnę, tylko dlatego, że ktoś upiera się, że przedszkole ma być na Radomskiej, a nie na innej ulicy, tylko będę dyskutowała nad tym, jak to zrobić, żeby ono w ogóle powstało. Uważam też, że każdy plan można zmodyfikować. Podam przykład. W mieście miały powstać wydzielone miejsca do parkowania tylko dla kołobrzeżan. Ale urzędnicy podpowiedzieli mi coś fajniejszego: abonament dla mieszkańców, który za 60 zł miesięcznie pozwala parkować w całym mieście. I takie rozwiązanie wprowadziliśmy. Dużo satysfakcji dała jej też realizacja jej sztandarowej obietnicy wyborczej, czyli Karty Mieszkańca, pozwalającej kołobrzeżanom korzystać z dobrodziejstw miasta ze zniżkami. – Niewiele osób wierzyło, że damy radę ją wprowadzić – mówi. – Tymczasem do końca ubiegłego roku, po zaledwie sześciu miesiącach funkcjonowania projektu, wydałyśmy 10 000 kart. Czyli mieszkańcom ten program się podoba. Pokazuje też, że kiedy jest dobra propozycja, odzwierciedlająca potrzeby ludzi, polityka przestaje mieć znaczenie. Kiedy radni głosowali nad Kartą Mieszkańca, nie miałam większości w Radzie Miasta. Ale tylko jeden radny był przeciwko, reszta głosowała ponad podziałami.

 

 

Oczko w głowie: wnuczka

Czy gdyby mogła cofnąć czas, zdecydowałaby się raz jeszcze na karierę w polityce? – Na pewno. Niczego bym nie zmieniła w swoim życiu – mówi z mocą. – Kocham to, co robię, moja praca daje mi ogromną satysfakcję. A szczególnie możliwość realnych zmian w mieście i kontakt z ludźmi. Wkraczając do lokalnej polityki, nie zdawałam sobie jednak sprawy, że może być tak brutalna. Dziś jestem ciągle pod ostrzałem, a każda decyzja, którą podejmuję, poddawana jest publicznej ocenie. Nie mam z tym problemu, bo nie boję się krytyki. Zawsze coś z niej wyciągam dla siebie. Nie mam monopolu na wiedzę, nie lubię też wazeliniarstwa i mówienia, że jest dobrze, kiedy to nieprawda. Dlatego chętnie korzystam z doświadczenia innych, lubię też konsultacje społeczne. Niebezpiecznie robi się dopiero wtedy, kiedy krytyka przestaje być merytoryczna i przeradza się w hejt. – W tej pracy naprawdę trzeba mieć twardą skórę – mówi. – Przez hejt straciłam dwie, świetne współpracowniczki, które uznały, że nie warto tak się poświęcać. Dla mnie najważniejsze jest, żeby uchronić przed tym moją rodzinę. Ja sobie sama to zafundowałam, nauczyłam się z tym żyć, ale oni nie powinni cierpieć z tego powodu.

Jak ładuje akumulatory kobieta, która jest ciągle w pracy? – Może to zabrzmi dziwnie, ale mnie relaksują wszelkie czynności domowe. Sama sprzątam, piorę, prasuję, uwielbiam gotować. Mało mam na to czasu, ale staram się, żeby w weekend był zawsze obiad z dwóch dań i ciasto – szarlotka lub jabłecznik. Siadamy przy stole w kuchni całą rodziną i to jest dla mnie najprzyjemniejszy czas. Czasem zostaje u nas na noc moja wnuczka Zuzia. Śpimy we trójkę i to jest najlepszy reset, bo ona nie pozwala myśleć o niczym innym. Jestem w wtedy najszczęśliwsza! W weekendy mam też czas na poranną kawę z mężem. To zdecydowanie za mało, ale nic na to nie poradzę, praca samorządowca jest bardzo wymagająca. Kiedy jest ładna pogoda, bierzemy rowery i jedziemy na cały dzień do Mrzeżyna, Karlina, czy Rymania. Nawet nie musimy ze sobą rozmawiać, po prostu jesteśmy razem.

A wielka polityka? Kiedy pytam, czy myślała o Sejmie lub Senacie, odpowiada przewrotnie, że nigdy nie przestała o tym myśleć. – Nie wykluczam, że może nadejść taki dzień, w którym zdecyduję się kandydować. Nie mówię nie, ale to odległa przyszłość. Teraz skupiam się na Kołobrzegu. Dobrze mi tu i dobrze mi się tu pracuje. Mam głowę pełną pomysłów, aż czasem słyszę: „Co też ona znowu wymyśliła!”– śmieje się.

 


Anna Mieczkowska jest pierwszą kobietą kierującą samorządem Kołobrzegu. Ale pań w lokalnej polityce na Pomorzu Środkowym jest więcej. Już trzecią kadencję Mielnem zarządza Olga Roszak-Pezała. Wójtem Świeszyna jest ponownie Ewa Korczak, a jej zastępczynią Izabella Karlińska-Ćwięka. W Białogardzie burmistrzuje Emilia Bury wraz z zastępcą burmistrza Karoliną Siwek. Z kolei pani Bernadeta Borkowska pełni funkcję wójta Ustronia Morskiego.

Autor: Kasia Madey