Na rozmowę o sekrecie udanego małżeństwa namówiła ich córka, Agnieszka. – Moi rodzice zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Ona miała lat 19, on był 6 lat starszy. Ślub wzięli po czterech miesiącach i od tamtego czasu, a było to 43 lata temu, idą razem przez życie, za rękę i z uśmiechem. Nierozłączni jak papużki, są dla mnie wzorem prawdziwej miłości, takiej jednej na milion, która dziś zdarza się coraz rzadziej…

 

Sobczyk_Teresa_Jan_koscielny– Poznaliśmy się na urodzinach kuzynki – wspomina pani Teresa. – Spojrzeliśmy na siebie i coś zaiskrzyło, ale Janusz był wtedy z kimś związany.

Jakiś czas później ich drogi skrzyżowały się ponownie, tym razem na weselu, gdzie pan Jan przyszedł jako gość, a pani Teresa pomagała mamie, która była kucharką. On poprosił ją do tańca i kiedy ruszyli na parkiet, po sali rozszedł się szept: „jaka ładna para”. – Szczególnie moja mama i przyszła teściowa aż przysiadły razem i zaczęły komentować, że pasujemy do siebie i powinniśmy być razem – opowiada pani Teresa. – Mogłam się wtedy podobać. Byłam, wysoka, szczupła, włosy miałam długie, takie aż po pupę… A Janek był bardzo ładnym chłopakiem. Choć ja wtedy nie chciałam się przyznać, że zrobił na mnie wrażenie. Jakiś czas później znów „przypadkiem” spotkali się na kawie, a wtedy pan Jan już nie spuszczał wzroku z pani Teresy. Ona też nie ukrywała, że wpadł jej w oko, niepokoiła ją jedynie sprawa jego dziewczyny. Kiedy jednak Jan zapewnił ją, że z nią zerwał, uspokoiła się i dała zaprosić na kolejne randki.

Spotykali się ze sobą miesiąc, kiedy pani Teresa postanowiła przedstawić swojego chłopaka rodzicom. W drodze przyszedł jej do głowy szalony pomysł. – Powiedziałam do Janusza: siedź cicho i nie odzywaj się, a ja powiem, że bierzemy w czerwcu ślub. Jak postanowili, tak zrobili. Podczas rodzinnej kolacji, na którą przyjechał też brat z wojska, pani Teresa wstała i wypaliła: – W czerwcu bierzemy ślub! 18. cywilny, 25. kościelny. Przy stole zaległa cisza, rodzice zrozumieli, że ślub w takim pośpiechu z pewnością spowodowany jest rychłym powiększeniem się rodziny, więc nie protestowali. – No jak trzeba, to musisz – powiedziała z troską mama pani Teresy. Kiedy okazało się, że nie chodzi o ciążę, a był to tylko żart, śmiechom nie było końca. Tyle że do akcji wkroczył wtedy pan Jan, który z wrodzonym sobie spokojem stwierdził, że żarty się skończyły, a teraz on jednak chciałby poprosić o rękę pani Teresy już na poważnie. – I wie pani co? Pobraliśmy się, dokładnie w te dni, które rzuciłam w żartach. Ale najzabawniejsze było to, że mój brat nie mógł ścierpieć, że młodsza siostra wychodzi za mąż pierwsza i ożenił się miesiąc przed nami! Moja biedna mama kucharka miała dwa wesela do zorganizowania! – śmieje się pani Teresa.

Rok po ślubie urodził im się syn, dwa lata później córka. – Kochaliśmy się bardzo – zamyśla się pani Teresa. – Żeby małżeństwo było udane, musi być miłość, zaufanie i szacunek.

Zgodnie dodają, że również poczucie humoru, które pozwala przetrwać trudniejsze dni.– Pewnie, że się kłócimy, ale zawsze o drobiazgi – przyznaje się pani Teresa. – Ja przeważnie się obrażam, nie chcę odzywać się do męża, ale on po jakimś czasie mnie o coś pyta, ja mu odpowiadam i zapominam, że miałam być obrażona. Trzeba ze sobą rozmawiać, najgorzej to się w sobie zaciąć. Zresztą mój mąż jest taki kochany, że nie umiem się na niego długo gniewać…

 

Sobczyk_Teresa_Jan_cywParę lat temu państwo Sobczykowie spełnili swoje wielkie marzenie i przeprowadzili się do domu z ogródkiem w Jastrowiu. – Ludzie pukali się w głowę, wyprowadzka, na stare lata? Ale jakie stare lata? My czujemy się jeszcze młodzi.

Dom wyremontowali sami z pomocą syna i synowej. – Ile przy tym było śmiechu! Byliśmy zmęczeni, czarni od brudu, bo trzeba było zdemontować piece, ale szczęśliwi. Bo robiliśmy coś razem, dla siebie. Dziś pani Teresa zajmuje się ogrodem, bo uwielbia kwiaty, a pan Jan, złota rączka, ma swoją drewutnię, w której lubi majsterkować. – Najgorzej jak mama postanawia tam posprzątać – śmieje się ich córka. – Tata, na co dzień bardzo spokojny dostaje szału, a mama go uspokaja, że „Januszku, trzeba było, bo tam straszny bałagan był”. – Moi rodzice są jak jeden organizm. Kiedyś tata pojechał sam do sanatorium. Wytrzymał dwa dni, potem dostał wysokiej gorączki i mama musiała do niego pojechać – opowiada z czułością Agnieszka.

Dziś chętnie odpoczywają w Kołobrzegu, w którym mieszka ich córka i wnuczki. Po przyjeździe do miasta pani Teresa zawsze robi sobie zdjęcie z mężem. – A wie pani, że my właściwie nie mamy oddzielnych zdjęć? Na każdym jesteśmy razem. Bo my wszystko robimy razem. Nawet pracowaliśmy 20 lat w jednej szkole. Po prostu lubimy ze sobą być. Może to jest klucz do szczęśliwego związku?

 

Autor: Kasia Madey

 

Sobczyk_Teresa_Jan