Każdy ma jakieś wady. Moja największa to brak powściągliwości w mowie. Gdy opowiadam, niczego nie taję, mówię zbyt wiele i zbyt szczerze. Często tego żałuję, ale nie potrafię się powstrzymać i tyle. Cóż, najdroższe brylanty to te ze skazą.

 

Wracałam niedawno pociągiem z Katowic do Koszalina w wagonie niepodzielonym na przedziały. W rzędzie obok siedzieli sympatyczny chłopak i zadbana kobieta w średnim wieku. Mimowolnie przysłuchiwałam się ich rozmowie. Po chwili z satysfakcją pomyślałam: „Oho, ktoś tu ma większy kłopot z nadmierną ekspresywnością ode mnie”. Potem jednak okazało się, że nie gadulstwo było w tym przypadku problemem.

Chłopak (a może już mężczyzna – w moim wieku granica bycia chłopakiem czy dziewczyną bywa boleśnie naciągana) jechał do Kołobrzegu, żeby kontynuować stacjonarną terapię alkoholową. Z okazji przepustki od terapeuty dostał zadanie: mówić jak największej liczbie ludzi o tym, co dzieje się w jego życiu, o nałogu, przebiegu choroby i o trudach leczenia. Proszę mi wierzyć, usłyszałam aż nadto. Terapeuta powinien być dumny z podopiecznego, który barwnie i nawet bezwstydnie opowiadał o tym, jak sięgnął mulistego pijackiego dna i jak powoli się z tego mułu wygrzebuje.

Po jakimś czasie włączyli się do rozmowy siedzący najbliżej, w tym i ja. Jednak nastawialiśmy się głównie na słuchanie opowieści o kłamstwach i świństwach oraz o tym, jakie sztuczki i przebiegłe chwyty stosował przez wiele lat nasz współpasażer wobec siebie, współpracowników i najbliższych, żeby ukryć nałóg. Było w tej opowieści o wiele więcej otwartości i ekshibicjonizmu, niż w czymkolwiek, co kiedykolwiek komukolwiek sama opowiadałam. Gotowy scenariusz dla Koterskiego czy Smarzowskiego.

Rozmowa w końcu wygasła. „Chętnie napiłabym się kawy” – pomyślałam. Niestety, w pociągu nie było wagonu restauracyjnego.

Pociąg sunął na północ, wróciła nuda. Nie na długo. Na głównym we Wrocławiu mieliśmy dłuższy postój. Pasażerowie wysiadali i wsiadali do mojego wagonu. W gwarze usłyszeliśmy nagle donośne powitanie: „Witam państwa bardzo serdecznie!”. Miły kobiecy głos. Pomyślałam, że pewnie konduktorka wygłosi jakiś komunikat, co wydało mi się dziwne, bo dotychczas odbywało się to przez system głośników. „Pozwolą Państwo, że zabiorę im chwilę i podzielę się swoją opowieścią”.

Po tych słowach większość przed sekundą rozglądających się jak surykatki podróżnych szybko schowała głowy i jęła oddawać się bardzo zajmującym czynnościom, jak studiowanie wpisu na bilecie czy kontemplowanie przez okno dworcowej infrastruktury. Ja słuchałam z zaciekawieniem, a głos, którego właścicielki jeszcze nie zobaczyłam, kontynuował:

„Mimo wstydu i poczucia, że zakłócam Państwu podróż, zdecydowałam się tu przyjść. To, co mnie spotkało, mogło bowiem przydarzyć się każdemu. Zapragnęłam prowadzić firmę. Wraz z przyjacielem założyliśmy działalność gospodarczą. Niestety szybko okazało się, że mój wspólnik to nieuczciwy lekkoduch. W wyniku jego machinacji straciłam mieszkanie, które było zabezpieczeniem kredytu zaciągniętego na rozwój firmy. Sprawa jest w sądzie, jednak wymiar sprawiedliwości to machina działająca powoli, a ja od kilku tygodni jestem osobą bezdomną”.

Opowieść rozwijała się wraz z przemieszczaniem się kobiety wzdłuż wagonu. Pani w końcu zapowiedziała, że za chwilę przejdzie po nim raz jeszcze, serdecznie prosząc o datki, „gdyż jej priorytetem jest higiena, a tu na dole, na dworcu, jest publiczna toaleta z prysznicem”. I do tego prysznica brakuje jej kilku złotych. Dlatego będzie bardzo wdzięczna za wspomożenie. I „niech Państwa Bóg błogosławi”.

Pomyślałam znów o kawie i o tym, że bez wahania zapłaciłabym za nią w restauracyjnym – gdyby tylko był – dyszkę lub nawet dwunastaka. I że mogę uznać, że skoro go nie ma, to tę dyszkę zaoszczędziłam. Sięgnęłam więc do portfela po banknot, a mówczyni skwapliwie wsunęła go do kieszeni i poszła dalej.

Po chwili pociąg ruszył. Mężczyzna jadący na terapię nie wytrzymał: „Dlaczego dała jej pani pieniądze? Przecież ona kłamała, nie widziała pani tego? Po tym, co opowiedziałem, powinna pani wiedzieć, że cała ta zebrana kasa pójdzie zaraz na chlanie!”

„Tak, wiem to” – odpowiedziałam, czując, że zaczyna świerzbić mnie język i za chwilę powiem coś o sobie. „Dałam, bo doceniam dopracowanie zaprezentowanego nam numeru, który był dla mnie miłym przerywnikiem w podróży. Lubię, gdy ktoś posługuje się piękną polszczyzną. Jestem z zawodu polonistką i można powiedzieć, że płacą mi za to, żeby ludzie tak pięknie mówili w naszym języku. Ja nie wspomogłam alkoholiczki, choć tak to mogło wyglądać, ja wrzuciłam datek performerce; zapłaciłam za bilet na jej mały monodram”.

Popatrzył na mnie i już nic nie powiedział.