Są niezwykłą parą. Od 45 lat razem w życiu i w pracy. Pani Magdalena i pan Jerzy wraz z synami i ich rodzinami prowadzą najstarszą firmę w Kołobrzegu – Centrum Ogrodnicze Żuliccy. Rodzinny biznes w ich przypadku okazał się sposobem na udane małżeństwo.

 

cż-6875Kiedy siadamy w salonie ich domu, pan Jerzy zarządza: – Magdusia, opowiadaj, zrobisz to lepiej. – Poznaliśmy się na studniówce. Jerzy siedział koło mnie, przyszedł razem z moją koleżanką, która nie miała chłopaka, więc on był taki „wypożyczony” – śmieje się pani Magdalena. – Miałam 19 lat, on 5 lat więcej i wtedy wydawał mi się taki… za dorosły. Prawdę mówiąc, bałyśmy się go trochę z koleżankami. Do tego stopnia, że lekko wzmocniony sok, który miałyśmy schowany pod stołem, wyjęłyśmy dopiero wtedy, kiedy poszedł tańczyć z naszymi profesorkami.

Był styczeń 1975 r., trwał karnawał, więc pani Magda i pan Jerzy widywali się z daleka na dansingach w Skanpolu i we Fregacie, bo, jak zgodnie twierdzą, lubili i nadal lubią dobre towarzystwo i zabawę. W końcu sprawy wzięła w swoje ręce mama pani Magdaleny… – Pojechałam na urlop do Zakopanego z siostrą i kuzynką – wspomina pani Magdalena. W tym czasie jej mama uszyła dla niej sukienkę i zadzwoniła do pana Jerzego z pytaniem, czy nie wybiera się przypadkiem w góry. Pan Jerzy wiele nie myśląc, powiedział, że i owszem, ma taki plan. Dostał więc adres, wsiadł w samochód i pojechał. – Zima była straszna. Śnieg, zaspy… Jak wyruszyłem w styczniu, dojechałem w lutym – śmieje się pan Jerzy. – Kiedy tak przedzierałem się przez te zasypane drogi, już wiedziałem, że to jest ta jedyna. – Siedziałyśmy wtedy w kawiarni w „Kasprowym” – wspomina pani Magdalena. – Ja tyłem do wejścia, więc kiedy usłyszałam: „Magda, Juras tu jest”, pomyślałam: „Tak, akurat”. Ale odwracam się, a w drzwiach rzeczywiście stał Jurek. I tak to się zaczęło. Od tego momentu widywali się już codziennie.

Powiedzieli sobie „tak” 3 września 1977 r w kołobrzeskiej katedrze, do której razem z gośćmi przyjechali bryczkami. Przez całą uroczystość zanosiło się na burzę, aż w końcu pod sam koniec zrobiło się ciemno, zerwał się wiatr i ktoś krzyknął, żeby się pospieszyć, bo zaraz lunie.

Czy burzliwy – w dosłownym tego słowa znaczeniu – początek małżeństwa przyniósł im spokojne życie? – W zabobony nie wierzę – mówi pan Jerzy. – To bardziej kwestia charakterów, umiejętności pójścia na kompromis. Zawsze stoję murem za żoną. Dbam o to, żeby miała komfort psychiczny. To samo podoba mi się u niej. Wiem, że jestem dla niej najważniejszy. Najpierw ja, a dopiero potem dzieci.

Podkreślają zgodnie, w małżeństwie najważniejsze jest zaufanie i szacunek. Zwłaszcza w ich przypadku, bo razem prowadzą rodzinny biznes. Oznacza to, że są ze sobą 24 godziny na dobę. Jak udaje im się nie przynosić pracy do domu? – To jest kwestia ustawienia sobie głowy. Nie da się zostawić pracy za drzwiami, ale staramy się nie przenosić do domu nerwów. Czasem coś sobie wyjaśnimy, a czasem coś fajnego wymyślimy – mówi pani Magdalena.

– Ważne, żeby w domu było miło. Kiedy przychodzi niedziela, gotuję dla całej rodziny lub zabieram żonę do restauracji. Przynoszę jej ulubione storczyki, bo żona mówi, żebym kwiaty kupował jej za życia, a nie po śmierci. – Najbardziej lubimy spędzać czas rodzinnie – zaznacza pani Magdalena. – Tu u nas w ogrodzie, z synami, ich żonami, wnukami.

Państwo Żuliccy mają trzech synów, wszyscy oni pracują z rodzicami. – Mamy ze sobą dobre relacje. Znajomi, zazdroszczą nam, że dzieci chcą z nami pracować – mówi z dumą pan Jerzy. – A ja się cieszę, że w synowych zyskałam córki – mówi pani Magdalena. – Optymistycznie patrzymy w przyszłość, czujemy się młodzi, jest nam dobrze ze sobą – kończy pan Jerzy.

 

 

Autor: Kasia Madey