Lista nagród zdobytych przez Jolantę Rudnik jest imponująca. Prawdopodobnie najważniejsza i najbardziej prestiżowa z nich, czyli Grand Press 2019 za najlepszy reportaż roku, przyszła w momencie, kiedy dziennikarka od paru tygodni była już na emeryturze. Wspólnie z mężem Andrzejem Rudnikiem, również już emerytem a przez lata dziennikarzem Radia Koszalin, odebrała ją za reportaż zatytułowany „Niedokończona żałoba”. Opowiada on o walce Małgorzaty Rybickiej, wdowy po Arkadiuszu „Aramie” Rybickim – jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej, o prawo do prywatności, przeciw wydanemu po latach prokuratorskiemu nakazowi ekshumacji ciała męża. Jolanta i Andrzej Rudnikowie byli jedyni dziennikarzami Polskiego Radia, którzy znaleźli się w finale ubiegłorocznego konkursu. Warto również dodać, że nigdy wcześniej żaden dziennikarz z Koszalina nie został uhonorowany Grand Pressem.

 

 

Jolanta Rudnik 1– Przyszedł czas na książki? Mam na myśli nie czytanie, ale ich pisanie.

– Może, ale nie od razu. Na razie chcę się „zresetować”, odpocząć po tych 41 latach wymyślania tematów, zbierania materiałów, montażu nagrań.

 

– To było 41 lat od początku do końca przepracowane wyłącznie w Radiu Koszalin.

– Nie planowałam tego. Zanim trafiłam do Koszalina, nic o nim nie wiedziałam. Przez Koszalin przejeżdżałam wcześniej na rowerze, kiedy byłam na obozie studenckim w Dąbkowicach. Wtedy nad morzem były rozlokowane jednostki wojskowe, dlatego nie dało się pojechać do Mielna wzdłuż brzegu, trzeba było jechać okrężnie.

 

– Co zdecydowało, że rozpoczęła pani pracę właśnie tutaj?

– Proza życia. Wówczas nie było możliwości podjąć pracy w mediach bez etatu. Ja chciałam pracować w radiu, a jedyne wówczas wolne miejsce znalazło się w Koszalinie. Decyzję podjęła w kilka godzin z myślą, że to na parę miesięcy, a później się gdzieś przeniosę.

 

– Polskie Radio było jedynym działającym wówczas w kraju. Stawiało dziennikarzom szereg wymagań, które mogły wydawać się rygorami, ale chyba wychodziły wszystkim na dobre.

– Zaczęłam od redakcji dzienników i dopiero wiele lat później trafiłam do publicystyki. Wówczas nawet do czytania dzienników trzeba było mieć uprawnienia mikrofonowe, później były karty uprawniające do prowadzenia wywiadów, rozmów i programów na żywo. To zmuszało do wysiłku i pracy nad warsztatem. Stale czegoś się uczyliśmy. Przede wszystkim inny był montaż, inne magnetofony, bardzo ciężkie zresztą. Dużo jeździliśmy w teren, często zwyczajnie autobusem albo wręcz okazją. Czasami rano samochód radiowy rozwoził nas w różne miejsca, a po południu zbierał z powrotem. Siłą rzeczy więcej byliśmy wśród ludzi, znajdując kolejne tematy.

 

– Zawsze chciała pani być dziennikarzem?

– Pomyślałam o tym w klasie maturalnej. Mój tata, który był nauczycielem (na marginesie – najlepszy ojciec na świecie!), miał przyjaciela a ten mi wówczas powiedział: „Nie chodź na żadne tam polonistyki czy studia dziennikarskie. Idź na coś konkretnego.” Podsunął mi SGPiS, czyli dzisiejszą Szkołę Główną Handlową. Studia były świetne, szybko mi minęły, o dziennikarstwie nie myślałam, bo bardzo wiele się działo. Jednak kiedy ukończyłam studia, stwierdziłam, że ekonomistką absolutnie nie będę. Zdałam na dwuletnie, podyplomowe, dzienne studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Wtedy już na poważnie zaczęłam myśleć o zawodzie dziennikarskim. Po czasie doceniłam to, co dały mi pierwsze studia, bo tam było wszystko: i matematyka, i informatyka, i historia, i geografia, no i te wszystkie ekonomie. To mnie rzeczywiście przygotowało do zawodu, bo potrafiłam się poruszać po różnych dziedzinach.

 

– Najpierw „konkretne” wykształcenie, a później przygotowanie dziennikarskie to chyba dobra droga do naszego zawodu?

– Przede wszystkim ma się już pewną dojrzałość i elementarne doświadczenie życiowe, co jest niezwykle ważne. Później i tak to wszystko weryfikuje życie. W małych rozgłośniach, jak koszalińska, musieliśmy szybko nabrać samodzielności, również technicznej. W dużych stacjach było zawsze więcej realizatorów, większa możliwość pracy z nimi, nie mówiąc już zupełnie o zagranicy. Obserwowałam, jak pracują na przykład dziennikarze radiowi w Niemczech. To inna planeta, bo do dziennikarza należy przede wszystkim nagranie materiału, zresztą często również przy pomocy dobrego technika. Późniejsza realizacja, ustawianie elementów, dodawanie muzyki i oprawy to praca zespołu. A my to wszystko – dobrze lub niedobrze – robiliśmy sami.

 

– W pani przypadku najwyraźniej dobrze. Lista nagród w pani dorobku jest długa…

– Nagrody to pobocze. Zawsze pracowałam przede wszystkim z myślą, żeby jak najlepiej pokazać temat. Rzadko zresztą byłam zadowolona z efektu. Raz, dwa razy w roku była możliwość opracowania materiału wspólnie z realizatorem. I to zawsze dawało dobry skutek, bo przy dużym, ważnym temacie spojrzenie z boku miało swoją wartość.

 

– Pani oczywiście nie od razu robiła reportaże. Najpierw były dzienniki, później inne formy, w tym relacje – również sądowe. I to właśnie wtedy, w 1998 roku, powstał niesamowity reportaż, który przyniósł pani nagrodę w konkursie „Polska i Świat”.

– Nosił on tytuł „Dobrze nam bez niego”. Ale wcześniej zrobiłam inny reportaż, który również został zauważony w konkursie. Mój pierwszy prawdziwy reportaż. Był czas, kiedy obowiązywały szczególne uregulowania prawne dotyczące nadużyć gospodarczych. Okazało się, że człowiek, który ukradł wywrotkę piasku, dostał bardzo wysoki wyrok. Siedząc przy Młyńskiej, zachorował na raka i zmarł w więzieniu. Pojechałam do jego rodziny. Wieś pod Koszalinem, biedny dom. Wyszła do mnie przerażona kobieta. Myślała, że przyjechałam z nakazem komorniczym.

 

– „Dobrze nam bez niego” to również historia niesamowita. Bohaterem jest chłopak sądzony za zabójstwo ojca.

– Za tym chłopakiem opowiedziała się cała wieś. Cała wieś przyszła do sądu zeznawać na jego korzyść. Matka zaczęła uciekać przed ojcem, swoim mężem, już pierwszej nocy po ślubie. I tak działo się przez około 20 lat. Matka była katowana najbardziej, ale obrywała również trójka dzieci. Dorastały w strasznej atmosferze. Któregoś dnia ten chłopak zastał ciężko pobitą matkę przy progu domu. Nie wytrzymał, chwycił siekierę i zabił ojca. Sam zadzwonił po policję.

Wiedziałam, że w ciągu kilku minut relacji nie zdołam pokazać dramatyzmu sytuacji. I właśnie wtedy pojechałam do tej kobiety. Bałam się o to, jak mnie przyjmie, bo bywa różnie, nie każdy chce opowiadać. Opowiedziała wszystko z głębi serca. Prosiła tylko, żeby z dziećmi nie rozmawiać, bo chciała je chronić. Kiedy przyjechałam do radia, przeżyłam szok.

 

Jolanta Rudnik 2 do wykorzystania przy końcowej ramce– Dlaczego?

– Na taśmie co kilka minut pojawiało się jednostajne buczenie. Nic z tym nie dało się zrobić. Z duszą na ramieniu jeszcze raz pojechałam pod Polanów. Zazwyczaj powtórne nagrywanie to już nie to samo, pomijając fakt, że ten ktoś może się nie zgodzić. Ale ona opowiedziała mi to lepiej niż za pierwszym razem. Wzięła mnie za rękę, zaprowadziła na strych. Stary, nieduży, poniemiecki dom. Na strychu rupiecie. Włożyła rękę za powałę, wyciągnęła kopertę. Trzymała w niej zdjęcia męża. Jak powiedziała, zabrała wszystkie zdjęcia z domu, bo dzieci nie chciały na niego patrzeć. „Może za jakiś czas będą chciały przypomnieć sobie, jak ojciec wyglądał?” I dodała: „Dobrze nam bez niego”. Stąd tytuł reportażu.

 

– Opisać coś w tekście jest łatwiej niż zbudować taki sam obraz za pomocą dźwięków, dla kogoś kto słucha niekoniecznie skupiony…

– Trzeba umieć wydobyć emocje z rozmówcy. Czasem jednak tych emocji nie słychać. Wtedy konieczne jest niejako prowokowanie rozmówcy do reakcji, naprowadzanie go pytaniami albo pojedynczymi słowami, żeby słuchający mógł wyobrazić sobie sytuację.

 

– Kiedy udaje się otworzyć człowieka w takim stopniu, że on już się dzieli bardzo wrażliwymi informacjami i przeżyciami, pojawia się odpowiedzialność reportera. Rozmowa może trwa kilka godzin a reportaż radiowy ma góra 20-25 minut. Trzeba z materiału coś wybrać, a coś odrzucić.

– To zawsze był niesamowity ból. Pół godziny to już bardzo długi czas na reportaż, a zawsze jest kilka-kilkanaście godzin nagrań, czasem więcej. Po pierwsze: nie można okłamywać, manipulować, historia – chociaż w skrócie – musi być oddana prawdziwie. Po drugie: bohater, jego przeżycia, oceny, punkt widzenia, słowa nie mogą podlegać manipulacji. Oczywiście nie może to oznaczać braku krytycyzmu, ale komentarz musi być uczciwy, najlepiej w formie wypowiedzi innych osób uczestniczących w wydarzeniach. A to wszystko trzeba zrobić, wybierając z nagranego materiału tylko fragmenty.

 

– Jak sobie poradzić z sytuacją, kiedy materiału ma się nagrane nie kilka a kilkadziesiąt godzin, a gromadzony on był przez długi czas, jak w przypadku nagrodzonego Grand Pressem 2019 reportażu „Niedokończona żałoba”?

– Na dobrą sprawę powstawał on dziewięć lat, bo pierwszą rozmowę z Małgorzatą Rybicką, wdową po Arkadiuszu Rybickim, który zginął w katastrofie smoleńskiej, przeprowadziliśmy razem z mężem, Andrzejem, rok po katastrofie. Nasza bohaterka myślała, że wszystko co najgorsze ma już za sobą, że wszystko się już poukładało. A potem zaczęły się te straszne historie związane z listem otwartym części rodzin smoleńskich do władz o zaniechanie ekshumacji, z prokuraturą, decyzjami prokuratury o przymusowych ekshumacjach, ponownym pochówkiem. Później jeszcze Trybunał w Strasburgu, gdzie odwoływała się Małgorzata Rybicka. To wszystko było przez nas rejestrowane, kolejne rozmowy, powrót bolesnych przeżyć i bieżący dramat. Kilkadziesiąt godzin nagrań. Realizacja tego reportażu oboje nas dużo kosztowała – nie tylko czasu i pracy, ale również emocji.

 

– Dużo pani reportaży ma za temat czasy wojenne i tuż powojenne. To często powrót do wydarzeń sprzed 80-70 lat, nadal bardzo bolesnych. Pochodzi pani z Węgrowa. Stamtąd do Treblinki jest dwadzieścia parę kilometrów. Czy Treblinka istniała w pani świadomości, gdy pani dorastała?

– Istniała i nie istniała. Moi rodzice osiedlili się tam już po wojnie. Wiedziałam, że w pobliżu jest Treblinka, jeden z niemieckich obozów zagłady. Ale to było bardzo powierzchowne. Jako dziecko zapamiętałam dziesiątki autobusów, które wiozły gości przez Węgrów na uroczystość odsłonięcia pomnika w Treblince. Zapamiętałam jeszcze kobietę, z którą rodzice byli w dobrych relacjach, a o której mówiono Zosia Żydóweczka. To miałam w pamięci, a potem długo, długo nic.

 

– Kiedy to się zmieniło?

– Jako niedoświadczony reportażysta pojechałam kiedyś do Treblinki. Wtedy jeszcze nie było budynku, w którym ulokowane jest obecnie muzeum. Stał tylko mały budyneczek dla kogoś, kto dozorował teren i przystanek autobusowy z głośnikiem, który można było włączyć, żeby usłyszeć opowiadaną głosem Tadeusza Sznuka historię tego miejsca. Nagrałam to, co Sznuk mówił, nagrałam rozmowę z człowiekiem, który pilnował i poszłam na wieś. Wtedy jeszcze żyło wielu ludzi pamiętających tamte czasy. Bardzo niechętnie ze mną rozmawiali, poza dwiema osobami. Zwłaszcza jedna starsza pani przywołała obrazy, które przybliżały grozę wydarzeń. Mówiła o zapachu, który ciągle się unosił w okolicy, o Niemcach, którzy przychodzili do niektórych miejscowych kobiet. Opowiadała, jak kopała ziemniaki w pobliżu obozu i widziała więźniów, którzy wychodzili poza obóz po gałęzie świerkowe służące do maskowania obiektu. Bywało, że z daleka słyszała strzały. To był pierwszy mój reportaż na ten temat. Później zaczęłam dużo czytać, szukać ludzi, w tym również uczestników buntu więźniów.

 

– Uciekło wtedy 300 osób. Z nich przeżyło 68 Żydów, członków Sonderkommando. Wśród nich bohater „Ostatniego świadka”, kolejnego pani wybitnego reportażu – Samuel Willenberg.

– Jak opowiadał Samuel Willenberg, niektórzy z 850 ówczesnych więźniów Treblinki nie chcieli uciekać, bo wygląd mieli bardzo żydowski albo bardzo źle mówili po polsku i od razu by się wydało, kim są. On miał to szczęście, że wyglądał bardzo „aryjsko”. Był odważnym, silnym, młodym chłopakiem, z jasnymi włosami i niebieskimi oczami. To mu dawało szansę na przeżycie. Przedostał się do Warszawy. Uczestniczył później w Powstaniu Warszawskim.

 

– Jak go pani poznała?

– Cały czas szukałam z nim kontaktu, ale nie za bardzo mi się to udawało. Wyczytałam gdzieś, że w Treblince będzie nagrywany film z jego udziałem. Pojechałam tam. Rzeczywiście kręcili. Widziałam to z pewnej odległości. Rozmowę nagrywała jakaś wyfiokowana kobieta. Podeszłam do niej. Powiedziałam, że nie chcę teraz przeszkadzać, ale bardzo mi zależy na kontakcie z Samuelem. Potraktowała mnie bardzo obcesowo…

 

Po 41 latach pracy pożegnanie młodej emerytki w Polskim Radiu Koszalin

 

– Taka „pani z telewizji”?

– Elegancka „pani z telewizji”, a tu ktoś z jakiegoś Radia Koszalin jej zawraca głowę… Obok stał samochód, w którym siedziały dwie kobiety. Zawołały mnie. Okazało się, że to żona Samuela i jej przyjaciółka. Powiedziałam o co mi chodzi. Nie było żadnego problemu. Dostałam numer telefonu.

 

– Samuel Willenberg był wówczas ostatnim żyjącym uczestnikiem buntu w Treblince.

– Miał tego świadomość. Starał się jak najwięcej przekazać ze swoich wspomnień. Ja zaś z jednej strony musiałam mieć nagrane wspomnienie faktów, a z drugiej chciałam mieć jak najwięcej od niego, „ze środka”. On był znakomitym rozmówcą. Opowiadał bardzo emocjonalnie, czasami chwycił za rękę, roześmiał się… Kiedy siedziała obok niego żona, to dopowiadała. Ona też jest niesamowicie ważną postacią w tym reportażu. Czasem przypominała mu o czymś, dopowiadała jakieś fakty. Dla mnie to też było ważne, bo miałam dwa głosy.

 

– O Treblince i samym Willenbergu powstało wcześniej mnóstwo reportaży, a jednak ten zrobił wielkie wrażenie.

– Były w nim dwa punkty zaczepienia. Kiedy Samuel przeszedł na emeryturę, zaczął rzeźbić, choć przez całe życie był geodetą. Rzeźbił wyłącznie postacie zapamiętane z Treblinki i bardzo emocjonalnie o tym mówił. Drugi punkt zaczepienia był zupełnie niezwykły. Okazało się, że córka Samuela i jego żony Krystyny (Ady) – architekt Orit Willenberg-Giladi zaprojektowała ambasadę Izraela w Berlinie! Coś zupełnie niewyobrażalnego w tym wszystkim: nie miało być Samuela, nie miało być Ady, nie miało być Żydów a tym bardziej ich państwa. Reportaż zaczyna się od sceny pod ambasadą, kiedy dziennikarz chodzi i pyta ludzi, czy wiedzą, co to jest za budynek i czemu tak wygląda. Potem toczy się opowieść Samuela. Na końcu oba wątki się łączą i wszystko się wyjaśnia.

 

– Historia wręcz niewiarygodna.

– A jednak prawdziwa. Motyw ambasady wzmacniał jeszcze wymowę wspomnień Samuela. Jest w nich scena, kiedy Samuel opowiada, jak wśród sterty ubrań, które sortował będąc więźniem Sonderkommando, znalazł ubrania swoich dwóch sióstr. I on mówi do mikrofonu: „Patrz, wtedy nie płakałem, a teraz płaczę”. Nigdy nie opowiedział tego swoim rodzicom, którzy również przeżyli wojnę. Albo inny moment, jak opowiadał mi o jednej ze swoich rzeźb: piękna dziewczyna z Warszawy, która była golona przed pójściem do komory gazowej, spojrzała na niego, jakby się z nim żegnała. On to zapamiętał, ten błysk chwili, obraz jednej z ponad 780 tysięcy ofiar obozu zagłady. I on ją potem wyrzeźbił, opowiadał o niej. W nim to wszystko wciąż było żywe. Był świadkiem czegoś niewyobrażalnego, bo przecież Treblinka to nie był obóz koncentracyjny jak Auschwitz. To był obóz zagłady – jak Sobibór, Bełżec, Kulmhof. Wystarczyło 2,5-3 godziny i cały transport, tysiące ludzi, przestawało istnieć. Zostawała tylko garstka tych, którzy byli potrzebni do pracy i których Niemcy co rusz wymieniali na nowych. On to widział i dlatego jego przekaz miał taką siłę.

 

– Czy poza uznaniem jurorów w konkursach radiowych były jakieś reakcje na ten reportaż?

– Znowu niezwykła historia. Po emisji reportażu dostałam e-mail. Napisała kobieta w imieniu swojej koleżanki, która nie potrafiła się zmobilizować, a od wielu lat szukała Samuela. Dlaczego? Bo Samuel szukał po wojnie jej babci. Ona dowiedziała się o tym po wielu, wielu latach z jakiś dokumentów rodzinnych. Samuel szukał tamtej kobiety właściwie całe życie, bo chciał jej podziękować za pomoc.

 

– To była Polka?

– Tak. Okazało się, że podczas ucieczki trafił do pewnej wsi, wszedł do sklepu, a młoda dziewczyna stojąca za ladą dała mu paczkę papierosów, zapałki i pieniądze. To mu pozwoliło kupić bilet kolejowy i dotrzeć do Warszawy. Całe życie uważał, że dzięki temu przeżył. Po wojnie kilka razy jeździł na tę wieś, ale ona wyszła za oficera Wojska Polskiego i wędrowała z nim po Polsce od garnizonu do garnizonu. Jej rodzina była nieufna: jakiś Żyd przyjechał, wypytuje, nie wiadomo o co mu chodzi. W pewnym momencie jednak jakieś dokumenty trafiły do wnuczki tej kobiety. I ona doprowadziła do tego, że choć już się nie spotkali, rozmawiali z sobą telefonicznie. Mieli się spotkać latem w rocznicę buntu w Treblince, ale Samuel umarł pierwszy, a ona 2-3 miesiące po nim. To było swoiste postscriptum do tamtego reportażu.

 

– Trafiła pani na więcej niesamowitych historii związanych wojną i Zagładą.

– Zawsze mnie te tematy interesowały. Zrobiłam kilka reportaży o dawnych więźniach Auschwitz, którzy osiedlili się tutaj. W ten sposób w pewnym momencie trafiłam na artykuł Jarosława Jurkiewicza z „Głosu Pomorza” opowiadający o więźniarce Auschwitz, która po wojnie zamieszkała w Koszalinie i spisała swoje wspomnienia. Przeczytałam rękopis, kiedy autorka już nie żyła. Wspominała w nim, że miała portrecik namalowany na papierze ręką koleżanki z obozu. To był jej największy skarb. Później przekazała go do Muzeum Auschwitz. Ten portrecik odbierała od niej Anna Oddi, o której dowiedziałam się, że mieszka na terenie dawnego obozu, gdzie więziony był jej ojciec. Skontaktowałam się z nią. Jak się okazało, jej matka również była więźniarką, ale innego obozu. Rodzice poznali się tuż po zakończeniu wojny i szybko się pobrali. Zamieszkali na terenie dawnego obozu, bo potrzebni tam byli ludzie do pilnowania, żeby to miejsce nie zostało zniszczone. Już wtedy była świadomość, że musi być ono zachowane i upamiętnione. Tak więc ojciec został strażnikiem, a znająca język francuski matka przewodniczką wycieczek. Urodziły im się trzy córki. Okna mieszkania wychodziły na szubienicę, nieco dalej było krematorium…

 

– Wspomniała pani wcześniej o „Zosi Żydóweczce”, która mieszkała po wojnie w Węgrowie.

– Jej rodzicami chyba byli lekarze, a przynajmniej ojciec był nim na pewno. Gdy uciekali z Warszawy, zatrzymali się w Węgrowie, bo to getto funkcjonowało dłużej niż warszawskie. Jednak w końcu i tych Żydów Niemcy popędzili do Treblinki. Matka porzuciła ją jako niemowlę na ulicy, pewnie z nadzieją, że ktoś się nią zajmie. Zabrała ją polska rodzina i wychowała. Po wojnie żydowscy krewni ją odnaleźli, bo miała jakiś znak szczególny. Chcieli bardzo ją ściągnąć do Izraela, ale ona bardzo nie chciała tam jechać. W końcu pojechała na jakąś wycieczkę, żeby przy okazji poznać rodzinę. Zabrali jej paszport, bo chcieli, żeby została. Nawet męża dla niej mieli… Ona jednak dotarła do polskiej ambasady i wróciła. Wyszła za mąż za Polaka, była krawcową, ma dwójkę dzieci. W każdym razie ja po wielu latach chciałam z nią porozmawiać, ale ona nie chciała się zgodzić na nagrania mimo to, że znała dobrze moich rodziców i moją siostrę, która jest notariuszem w Węgrowie, czyli osobą wiarygodną. W końcu poszłam do niej, nagrałam tę całą historię powojenną, całe jej życie, zrobiłam reportaż, który ukazał się w Radiu Koszalin. Miał być wyemitowany na antenie ogólnopolskiej. Wtedy dostałam od niej telefon. Jedno dziecko studiowało, a drugie było w klasie maturalnej. I ona mnie bardzo prosiła, żeby tego jednak nie puszczać. Bała się, jak będą potraktowane jej dzieci. Tyle lat po wojnie! No i ja tego nie puściłam na antenie ogólnopolskiej.

 

– Bała się antysemityzmu?

– Wiem, że to trudne do pojęcia. Tak, ona się ciągle bała.

 

– Skąd wziął się ten klimat?

– Przed wojną połowę mieszkańców Węgrowa stanowili Żydzi. Kiedy w 1942 roku Niemcy likwidowali miejscowe getto i gnali jego mieszkańców do Treblinki, strażacy i inni polscy obywatele pomagali im, szabrowali, mordowali. Wciąż nie ma winnych, wszyscy to wypierają ze świadomości, choć dokładnie było wiadomo, kto co ma na sumieniu. Książki o tamtych wydarzeniach, w Węgrowie i kilku innych podlaskich powiatach, opierają się na aktach urzędowych, dokumentacji procesów, które odbywały się w pierwszych powojennych latach, wspomnieniach świadków. Dochodzą do tego haniebne powojenne „wykopki”, czyli poszukiwanie złota na terenie, gdzie grzebano szczątki ofiar Treblinki. Wszystko to składa się na stan świadomości, w którym istnieje niewypowiedziane poczucie winy i źle pojmowana solidarność.

 

– Ostatni świadkowie tamtych bardzo dramatycznych wydarzeń wymierają. Jest również coraz mniej osób, które pamiętają polskie powojenne początki na Pomorzu. Relacje polsko-niemieckie, zwłaszcza tuż po wojnie, to inny częsty temat pani reportaży.

– Miałam szczęście spotkać wiele osób, na których oczach działy się rzeczy niezwykłe, jak to powojenne wymieszanie ludności na Pomorzu. Byli tutaj wciąż Niemcy, którzy nie wyjechali, bo nie mogli wyjechać z różnych przyczyn. W większości były to kobiety albo specjaliści, którzy zostali tutaj zatrzymani, bo byli potrzebni w PGR-ach czy innych miejscach, gdzie Polacy jeszcze nie potrafili sobie poradzić. Do tego istny koktajl: całe Kresy, biedna środkowa Polska, Wielkopolska, powracający z przymusowych robót, czasami z emigracji przedwojennej, Ukraińcy z Akcji Wisła. Kiedy tutaj zamieszkałam, jeszcze tego sobie nie uświadamiałam. Ale później zaczęłam zauważać to poplątanie losów. Pamiętam, taką sytuację z Bobolic. Odsłaniano pomnik poświęcony tym, którzy utrwalali władzę ludową. W pierwszych latach po wojnie działali tam Łupaszka i jego ludzie, ostro antykomunistyczny Bojowy Oddział Armii i mniejsze grupy. Kiedyś doszło do jakiejś strzelaniny na posterunku, zginęli milicjanci i ten obelisk był między innymi im poświęcony. Stoję sobie, coś nagrywam. W pewnym momencie podszedł do mnie starszy pan i mówi: „Niech pani popatrzy – tu stoją ci co strzelali, a tam stoją ci, co byli wtedy w UB.”

 

– Te tematy później mocno panią wciągnęły…

– Uświadomiłam sobie, ile tutaj rozgrywało się ludzkich dramatów. Poznawałam niesamowite historie Polaków, którzy wchodzili do domów, kiedy innymi drzwiami opuszczali je Niemcy. Jedni i drudzy wyrzuceni z rodzinnych stron wbrew swej woli, niepewni przyszłości, z poczuciem krzywdy. Były też historie ukrywających się „wrogów władzy ludowej”, ofiar obozów, wyrwanych z bieszczadzkich wsi Ukraińców. I wcześniejsze – wojenne miłości polskich robotników przymusowych i Niemek, często z dramatycznym finałem. Dla mnie to wszystko było niekończącym się odkryciem.

 

Po kolejnej nagrodzie za Dziewczynkę z billboardu

 

– Każdy reportaż to czyjeś życie, ślad po kimś, jak w nagradzanym pani reportażu o dziewczynce z billboardu.

– Powstał on w czasie akcji Kocham Koszalin w 2007 roku. Artyści na wielkich billboardach prezentowali swoje plastyczne skojarzenia z hasłem akcji „Kocham Koszalin od dziecka” – tak zatytułowany był plakat ze zdjęciem Zdzisława Pacholskiego, które zostało umieszczone na budynku muzeum przy ulicy Młyńskiej. W zbiorach ma tysiące zdjęć, ale wybrał to, które wykonał przypadkowo. Skrzyżowanie ulic Zwycięstwa i Młyńskiej. Po obu stronach jezdni tłum, bo to był „spontaniczny” wiec poparcia dla władzy po wydarzeniach 1976 roku w Radomiu. Pusta jezdnia z namalowanymi na asfalcie przytartymi strzałkami w prawo, w lewo i na wprost. Na środku stoi zaś mała dziewczynka z piękną kokardą we włosach.

 

– Zdzisław Pacholski stwierdził wtedy w „Gazecie Wyborczej”, że chciałby się dowiedzieć czegoś o bohaterce swego zdjęcia.

– A ja od razu pomyślałam: fajnie, znajdę tę dziewczynkę, zobaczę, jak potoczyło się jej życie, gdzie ona jest, czy mieszka w Koszalinie. Skontaktowałam się ze Zdzisławem Pacholskim, a on mówi, że zgłosił się do niego ojciec. Pokazał mu jeszcze kilka innych zdjęć, w innych ujęciach. A tamten mówi: „Tak, to jest moja córka”. I poszedł sobie. Zdzisław czuł, że coś złego się musiało wydarzy. Ojciec wrócił, z paroma zdjęciami z rodzinnego albumu. No i wtedy okazało się, że ta dziewczynka nie żyje.

 

– Chorowała? Wypadek? Co się wydarzyło?

– Zatruła się grzybami. Ojciec zebrał grzyby, przywiózł je do domu, młodsza córka nie jadła, a wszyscy pozostali zjedli. On jakimś cudem przeżył, ale żona i starsza córka zmarły. Wtedy zwątpiłam, czy robić ten reportaż. Po tylu latach poukładał sobie świat, być może nie chciał tego odgrzebywać. Czy ja nie zrobię krzywdy temu człowiekowi? Ale w którymś momencie pomyślałam: jak nie zadzwonię, to nie będę wiedziała. Poza tym rozmawiał z fotografem, więc już i tak w jakiś sposób to do niego wróciło. No i zadzwoniłam. A on, okazało się, bardzo chętnie zgodził się mówić. Podobnie jak jego młodsza córka. Niestety, rozmawiałyśmy z nią tylko przez telefon, bo ona mieszkała i mieszka dalej w Niemczech. Oni wciąż tym żyli, chociaż minęło 30 lat. Doskonale wiedzieli, co się stało, a jednak ciągle na swój sposób wierzyli, że zmarłe są z nimi.

 

– Ludzie mają różne wyobrażenia, wierzą w różne rzeczy…

– A ja ich słuchałam i buntowałam się przeciw tym wyobrażeniom. To takie nieprawdopodobne. Co on opowiada? Co ja będę ludziom ściemniać o jakiś takich rzeczach… Ale z drugiej strony, jak się chce przekazać prawdę tego człowieka, to należałoby to w reportażu zachować.

 

– To był najwyraźniej jego świat, dla niego realny.

– Pojawiło mi się wtedy w głowie pytanie, czy on potrafi tak to powiedzieć, żeby słuchacze nie uśmiechnęli się i nie wzruszyli nad tym ramionami.

 

– Nie wyśmiali?

– Myślałam, jak nie zdyskredytować ojca, a jednocześnie dać sygnał mojego dystansu wobec tego co on mówi. Ale im dłużej go słuchałam, to tym bardziej byłam przekonana, że to jakaś niesamowita historia. Ta dziewczynka ukazała się na tym plakacie na dobrą sprawę niemal w tej samej przestrzeni, w której była 30 lat wcześniej i gdzie została „uchwycona na zawsze”.

 

– Ale w reportażu są nie tylko wypowiedzi.

– Archiwum Radia Koszalin jest przebogate. Utrwalone są różne uroczystości. Okazało się, że jest również nagranie archiwalne z tamtej manifestacji w 1976 roku! Są przemówienia, są okrzyki, czyli miałam utrwaloną dźwiękowo chwilę, kiedy ta dziewczynka stała sama na środku jezdni a wokół odbywał się swoisty spektakl polityczny.

 

– „Dziewczynka z bilbordu” jest fascynującą historią, nad którą unosi się duch Kieślowskiego. Autorkę fascynuje to samo co Kieślowskiego: rola przypadku…”- tak o nagrodzonym reportażu mówiła Hanna Krall , która była członkiem jury konkursu Melchiory.

– Pamiętam te miłe słowa. Ale z tym reportażem wiąże się pewna zabawna na swój sposób historia. Jednym z najważniejszych dorocznych wydarzeń w polskiej radiofonii jest Konkurs Artystycznych Form Radiowych Grand PiK organizowany w Bydgoszczy. Przy okazji odbywają się warsztaty reportażystów. Jeden z jurorów tego konkursu powiedział, że to niemożliwe, żeby opowiedziane wydarzenia miały w ogóle miejsce i że cała opisana przeze mnie sytuacja jest manipulacją i dlatego mój reportaż nie może dostać nagrody. To pokazuje, jak do jakiego stopnia to zdjęcie wydaje się nierzeczywiste, a wraz z nim cała opowieść.

 

– Reportaż radiowy to wysublimowana forma dziennikarska, jednocześnie niemal nieobecna na antenach.

– To paradoks. Reportaż jest ceniony, a jednocześnie emitowany późnym wieczorem albo w nocy. Wymaga mnóstwa wysiłku i doświadczenia, a jest byle jak wyceniany. Z robienia wyłącznie reportaży nikt nie byłby w stanie się utrzymać, dlatego reportaże powstają na marginesie codziennej dłubaniny, niekiedy kosztem czasu wolnego. To wszystko, obok jednostronnego upolitycznienia, świadczy o kryzysie radiofonii publicznej. Kto wie, czy nie odeszłam na emeryturę w najlepszym możliwym momencie – z pięknymi wspomnieniami a bez konieczności uczestniczenia w czymś, co przyprawia o smutek.

QUO VADIS, zdjęcie Zdzisława Pacholskiego, które stało się inspiracją do reportażu Dziewczynka z billboardu

 


Jolanta Rudnik – do niedawna dziennikarka Polskiego Radia Koszalin, publicystka i reportażystka. Zajmuje się kwestiami społecznymi, historią Pomorza , problemami związanymi z pograniczem kultur i narodów, udziałem Polski w UE a także stosunkami polsko-niemieckimi. Śledzi losy ludzi wplątanych w zawirowania polskiej historii i dociera do informacji, które skrywają  archiwa. Hobby – książki, podróże i narciarstwo zjazdowe.

 

Najważniejsze nagrody:

  • I nagroda w Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż Radiowy „Polska i Świat” (1998, „Dobrze nam bez niego”)
  • Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarzy (2001, „Pod jednym Bogiem”)
  • Główne nagrody w Ogólnopolskim Konkursie „Wspólna Europa” w latach 2003, 2005, 2007
  • Nagroda im. Witolda Zadrowskiego w konkursie „Melchiory” (2008, „Dziewczynka z billboardu”), Za ten sam reportaż Grand PiK (2008)
  • Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska (2012, „Tutej, here, hier”)
  • Ogólnopolski Konkurs Reportażystów „Melchiory” (2013, tytuł Reportażysty Roku)
  • Nagroda im. Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego w Konkursie „Audycja Historyczna Roku” (2013, „Czarny temat Regina”; 2014 „Ostatni świadek” – wspólnie z A. Rudnikiem)
  • Grand Prix Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – Nagroda Specjalna (2017, „Sieci śmierci” – wspólnie z A. Rudnikiem)
  • Ogólnopolski konkurs Reportażu i Dokumentu Radiowego BAŁTYK (2017,„Sieci śmierci”)
  • Ogólnopolski konkurs Reportażu i Dokumentu Radiowego BAŁTYK (2018, „Trzech komandorów”)
  • Nagroda SDP im. Janusza Kurtyki (2018, „Trzech komandorów”)
  • GRAND PRESS 2019 („Niedokończona żałoba”, wspólnie z A. Rudnikiem)