Lot Warszawa-Teheran z przesiadką w Kijowie. Jest już po północy, kiedy lądujemy na międzynarodowym lotnisku Teheran-Imam Khomeini. Jeszcze przed opuszczeniem samolotu wszystkie kobiety obecne na pokładzie zakładają na głowę chusty, nie ma znaczenia kraj pochodzenia czy wyznawana religia. W tym momencie pierwszy raz czujemy, że jesteśmy już na miejscu – w Iranie.

Chusta zakrywająca długie blond włosy Pauliny będzie teraz nieodzownym elementem jej garderoby podczas całej naszej perskiej podróży. Bez problemów zdjąć ją będzie mogła tylko w hotelowym pokoju. Marek stwierdza, że chusta jeszcze bardziej podkreśla słowiańską urodę. Przechodzimy kontrolę wizową, odbieramy bagaże i udajemy się do kantoru po lokalną gotówkę. Jest to o tyle istotne, że podczas całego naszego pobytu, ze względu na amerykańskie sankcje nałożone na Iran, nie możemy posługiwać się naszym kartami bankomatowymi i pieniądze, które mamy przy sobie muszą nam wystarczyć na cały pobyt.

Po szybkiej wymianie stajemy się „milionerami”, gdyż w Iranie cały czas nie nastąpiła denominacja riala irańskiego. Kupujemy kartę z Internetem i udajemy się w kierunku międzykrajowego lotniska Teheran-Mehrabad, skąd następnie lecimy do Shiraz.

W mieście poety Hafeza spotykamy się z Mahan, irańską kobietą, którą poznajemy przez couchsurfing.com, nielegalny w Iranie serwis społecznościowy, gdzie mimo wszystko Irańczycy proponują turystom ze świata swoją gościnę i towarzystwo w zamian za rozmowę o życiu poza Iranem. Mimo wszystkich utrudnień narzuconych przez rząd (m.in. Facebook jest nielegalny) Persowie pragną normalnych relacji, są uśmiechnięci i otwarci na świat. Oficjalnie Irańczycy mogą podróżować tylko do niektórych wybranych krajów, a nieliczni, przechodząc wieloetapowe procedury, mogą udać się do państw europejskich.

Mahan i jej rodzina zabierają nas na wspólną kolację do restauracji, podczas której pierwszy raz możemy skosztować szafranowej herbaty oraz mamy zaszczyt siedzieć obok irańskiego reżysera, dwukrotnego zdobywcy Oscara, Asghara Farhadiego.

W czasie naszego pobytu w mieście u podnóża gór Zagros odwiedzamy Naranjestan Garden – przepiękny perski ogród, bajkowy Różowy Meczet (Nasir al Molk) oraz mauzoleum Króla Światła (Shah-e-Cheragh), gdzie towarzyszy nam „opiekun”. Nasz „przydzielony” towarzysz na każdym kroku pilnuje nas, innowierców, abyśmy przypadkiem nie wchodzili tam, gdzie wejść mogą tylko muzułmanie.

W każdym świętym dla wyznawców Allaha miejscu Paulina musi przejść przez oddzielne wejście dla kobiet i przyodziać czador – specjalną nieprześwitującą tkaninę, którą owija się całe ciało.

W dawnej stolicy Persji, mieście wina, róż i słowików spędzamy dwa dni, buszując po perskich bazarach, smakując irańskiego życia i gościnności. Nie udaje nam się tylko spróbować szlachetnego wina Shiraz, które kiedyś ogólnodostępne, zostało zakazane po rewolucji islamskiej w 1979 roku. Zmiany nastąpiły także w kobiecym ubiorze. Niegdyś Iranki noszące się zgodnie ze światowymi trendami (m.in. spódniczki, bez obowiązkowych chust na głowie), po rewolucji zmuszone zostały do noszenia ubioru zgodnego z zasadami wywiedzionymi z Koranu, czego do dnia dzisiejszego stara się pilnować tzw. policja religijna. Dziś, mimo wszystko, wino cały czas spożywane jest w Iranie i dostępne w zaufanych kręgach.

Nigdy nie zapomnimy także spotkania w domu Mahan, gdzie jej mama wręcz nakazała Paulinie zdjąć chustę z głowy, aby mogła poczuć się bardziej swobodnie, nie zważając nawet na obecność w towarzystwie Persa oraz bardziej konserwatywnej, a jednak ciekawej nas, swojej znajomej.

Podróżując szlakiem jedwabnym z naszym kierowcą-przewodnikiem Majidem, trafiamy do Persepolis, gdzie w towarzystwie przepysznych lodów szafranowych, zwiedzamy ruiny starożytnego miasta założonego przez Dariusza I.

Jadąc dalej w kierunku Yazd odkrywamy Wieżę Lodu – fascynującą budowlę, która Persom w przeszłości służyła za miejsce składowania lodu w okresie letnim. Natomiast w Abarkuh ogromne wrażenie zrobił na nas liczący ponad 4000 lat cyprys wiecznie zielony – Sarv-e Abarkuh, który jest jednocześnie trzecim najstarszym drzewem świata.

Spacerując po dachu dawnej perskiej rezydencji Aghazadeh Mansion podziwiamy z bliska łapacz wiatrów, który uwieczniony został na irańskim bankomacie o nominale 20000 riali. Łapacz wiatrów to dawna, naturalna metoda chłodzenia pomieszczeń.

W mieście Yazd położonym na styku Wielkiej Pustyni Słonej i Pustyni Lota odkrywamy kulinarne irańskie przysmaki tj. dizi, jagnięcinę, kurczaka i baraninę w szafranie, ryż z szafranem i owocami berberysu, „gołąbki” na słodko z orzechami czy też doogh – zimny napój na bazie jogurtu z miętą i różą. Do każdego dania zawsze podawane są pyszne chlebki, które w każdej części Iranu smakują inaczej. Najbardziej podoba nam się sposób spożywania dań: rękoma, siedząc “po turecku” na drewnianych leżankach wyściełanymi perskimi dywanami.

W jednym z najstarszych miast świata kupujemy lokalne skarby Iranu (m.in. szafran, kwiaty róży, rodzynki, pistacje) oraz odwiedzamy tradycyjną fabrykę henny. W pobliżu miasta zwiedzamy Wieżę Milczenia. Dakhma to budowla, w której dawniej na jej szczycie zoroastrianie pozostawiali zwłoki zmarłych na żer sępom. Proceder ten został zakazany dopiero w połowie XX wieku.

Później udajemy się do Świątyni Ognia (Atash Behram), gdzie nieprzerwanie od ponad 1500 lat płonie ogień. W Yazd podziwiamy także kolorowe meczety Amir Chaqmaq oraz Jameh, a w ich pobliżu odnajdujemy manufaktury wytwarzanych ręcznie perskich dywanów, czy też bawełnianych ubrań niespotykanej jakości. Marek staje się szczęściarzem i w dniu swoich imienin otrzymuje przepiękną, kolorową koszulę.

Wieczorem na „dachach” kawiarni podziwiamy wyjątkowy zachód słońca i nawoływanie do modlitwy wyśpiewywane przez muezzina. Ciekawym zaobserwowanym przez nas zjawiskiem są irańskie rozmowy nieznanych sobie wcześniej osób. Tak jakby każdy Irańczyk z innym Irańczykiem się znał od lat, miał wspólnych krewnych czy znajomych.

W drodze do Isfahanu zatrzymujemy się w Meybod, aby obejrzeć z bliska Wieżę Gołębi, do której kiedyś na noc wlatywało tysiące gołębi, a pozostawiane przez nie odchody służyły za naturalny nawóz pod uprawy. Kolejnym naszym przystankiem jest niewielka, urokliwa wioska Kharanaq, w której wszystkie budynki wybudowane są z mieszanki błota z sianem. Tam też delektujemy się świeżo wypieczonym chlebem z sadem drzew pistacjowych w tle.

Podczas naszej irańskiej przygody najbardziej urzeka nas dwumilionowy Isfahan – miasto niczym z „Księgi 1001 nocy”. Często korzystamy z perskiego „ubera” – Snapp, a nasze zdziwienie wzbudzają samochody z instalacją LPG. Okazuje się, że w kraju, w którym litr benzyny kosztuje w przeliczeniu 50 groszy, nie wszystkich stać na to paliwo.

W mieście nadal zakazane są dyskoteki, a dopiero od niedawna znów otwarte są kina. Bardzo popularne natomiast są herbaciarnie. Tu też mamy przyjemność zagrania w lokalną grę zwaną tryktrak.

Całe życie w Isfahanie skupione jest wokół ogromnego placu Imama, gdzie Persowie spotykają się, odpoczywają i spożywają wspólnie posiłki, leżąc na trawnikach. W takich okolicznościach, podróżując tradycyjną dorożką wokół placu, zajadając się lodami szafranowymi, pijąc wodę różaną, kosztując wyjątkowych perskich dań, poczuliśmy prawdziwy, autentyczny orient w duszy.

Totalnym zaskoczeniem i uczuciem nie do opisania był wieczór spędzony „pod mostem” Si-o-se Pol. To tam Irańczycy każdego wieczoru spotykają się, aby wspólnie publicznie śpiewać i tańczyć, czyli robić wszystko to, co jest kategorycznie zakazane w tym islamskim kraju.

W „mieście polskich dzieci” odwiedzamy stary, polski cmentarz i wywieszamy na nim polską flagę zabraną z Koszalina. Podczas II wojny światowej na terenie Iranu przebywała armia gen. Andersa, a 120 tysięcy Polaków znalazło schronienie. Wśród polskich uchodźców z Syberii było 18 tysięcy dzieci. Wszystkie polskie sieroty znalazły schronienie właśnie w Isfahanie.

Kolejnym punktem w podróży ma być święte miasto szyitów Qom, ale wszyscy napotkani do tej pory Irańczycy doradzają nam zmianę planów ze względu na bardzo konserwatywnych mieszkańców tego miasta.

Będąc już w Iranie na „couchsurfing” poznajemy Mahometa, który dwa razy był w Polsce, mówi płynnie po polsku i proponuje nam zwiedzanie Kashan zamiast Qom. W mieście, którego historia sięga 7000 lat wstecz i z którego niegdyś w podróż wyruszyli ponoć Trzej Królowie kierujący się do Betlejem, aby złożyć dary i pokłonić się nowo narodzonemu Jezusowi, zwiedzamy ogród Fin (Bagh-e Fin), pałace kupieckiej arystokracji oraz hammam, czyli publiczną łaźnię.

Razem z Mahometem udajemy się na zwiedzanie podziemnego starożytnego miasta Nushabad, a podczas podróży na słone jezioro Namak mijamy dziko żyjące wielbłądy na pustyni Maranjab. Na wydmach spędzamy jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w naszym życiu.

Podczas całej podróży w kraju leżącym pomiędzy Morzem Kaspijskim na północy, a Zatoką Perską i Zatoką Omańska na południu, czujemy się bezpieczniej niż w niejednym europejskim mieście. Mimo że na każdym kroku budzimy niemałe zainteresowanie, w ogóle nie odczuwamy jakichkolwiek nieprzyjemności, a spotyka nas zewsząd uśmiech, życzliwość, chęć udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Podobno nic w tym dziwnego, gdyż do dnia dzisiejszego w Iranie można napotkać przejawy Ta’arof, czyli irańskiej sztuki etykiety, formy uprzejmości i szacunku.

Dla Persów jesteśmy ludźmi z dalekiego Lahestanu, gdyż tak właśnie nazywa się Polskę w Iranie. Warto też pamiętać, że rdzenna ludność Iranu to Persowie i nie należy ich mylić z Arabami. Są bardzo na tym punkcie wyczuleni. Tak samo na co dzień nie posługują się oni językiem arabskim, tylko perskim – farsi.

O godz. 5:15 nad ranem, na pokładzie samolotu lotu PS752 ukraińskich linii lotniczych, z zapasami perskiego szafranu wylatujemy z Teheranu do Kijowa. Dokładnie tym samym lotem, który 8 stycznia 2020 roku kończy się tragedią, gdy w ukraiński samolot trafia irańska rakieta.

Kochamy Życie… i kiedyś chcielibyśmy móc odwiedzić ponownie bajkową Persję. Inshallah**.

 

 

*lata w Iranie liczone są według kalendarza perskiego, który za początek swojej ery uznaje rok ucieczki Mahometa z Mekki (hidżra, 622 r. n.e.).

**dosł. „jeśli Bóg zechce”, islamski zwrot używany na Bliskim Wschodzie, który wyraża nadzieję pomyślnego zakończenia danej sprawy, zastrzegając równocześnie, że w przypadku niepowodzenia widocznie Bóg tak postanowił.

 

 

Tekst i zdjęcia: Paulina Waluk-Szyperska & Marek Szyperski – kochamyzycie.pl