A gdyby tak rzucić pracę i zająć się swoją pasją? Okazuje się, że to marzenie nie tylko pracowników wielkich korporacji. Parę lat temu taka myśl naszła dyrektora jednego z kołobrzeskich sanatoriów. Zaryzykował i zamienił elegancki gabinet na warsztat stolarski, którego jest właścicielem i jedynym pracownikiem. Przywozi do niego stare meble i inne przedmioty, którym następnie daje nowe życie.

– Byłem zmęczony swoją pracą – wspomina Radosław Klukaczewski. – Nie nazwałbym tego wypaleniem zawodowym. Raczej znużeniem spowodowanym ludźmi i codziennym rozwiązywaniem problemów. Była również irytacja tym, że pracuję „pod kimś”, że chciałbym więcej, a „wyżej nie mogę podskoczyć”, bo nie jestem przecież u siebie.

Pan Radosław jest specjalistą w branży turystycznej, przez lata zarządzał dużymi obiektami hotelowymi. Po pracy lubił się zrelaksować, wykonując drobne prace w swoim domu pod Kołobrzegiem. – Nie wiem, skąd to się u mnie wzięło – śmieje się. – Nigdy nie byłem majsterkowiczem, w szkole nie przepadałem za lekcjami ZPT. Kiedy kupiliśmy dom, musieliśmy wiele rzeczy zrobić w nim sami. I w ten sposób chcąc nie chcąc wciągnąłem się w prace domowe. Lubiłem coś naprawić, zrobić od początku do końca, dawało mi to satysfakcję. Wszystkiego musiałem się nauczyć sam, z książek, Internetu, trzeba też było kupić narzędzia.

 

_MB68761

 

Stolik kawowy ze starego dystrybutora

Pewnego dnia, kiedy w domu po raz kolejny przepaliły się kinkiety, Radek postanowił zrobić swoje lampki. – Pomyślałem, że mam kawałki deski, jakieś rurki, sitka – spróbuję stworzyć coś sam.

I tak powstały pierwsze modele jego charakterystycznych lamp zbudowanych z rurek hydraulicznych, w stylu industrialnym. – Żonie się spodobały, wiszą u nas do dziś, a mnie zaczęło interesować, jak z ogólnie dostępnych elementów zrobić coś zupełnie innego. Coś dodać, zabrać, pomalować, postarzyć.

Pasją szybko zaraził rodzinę, którą wciągnął w poszukiwania przydatnych mu przedmiotów. – Wsiadaliśmy w samochód i jeździliśmy po okolicznych złomowiskach, poszukując „skarbów”. Żona brodziła po kolana w błocie, ale nigdy nie narzekała. Baliśmy się tylko o syna, który był wtedy mały, żeby podczas tych poszukiwań nie zrobił sobie krzywdy – opowiada Radek. – Wracaliśmy do domu z bagażnikiem pełnym kółek, rolek, kół zamachowych, dyferencjałów, lampek, relingów.

Wszystko się mogło przydać, bo wyobraźnia Radka nie ma granic. Fragment starego dystrybutora z amerykańskiej stacji benzynowej? Wystarczy dodać szklany blat i industrialny stolik gotowy. Skórzane siodełko od roweru? Wsparte na nóżkach z kształtek jest stylowym hokerem. A stojaki kuchenne na sztućce znakomicie pełnią funkcję loftowych abażurów do jego lamp. Metalowe rurki szybko stały się jego znakiem rozpoznawczym, bo potrafi z nich zrobić wszystko: lampy, wieszaki, stojaki, półki na książki, a nawet stojak na papier toaletowy.

– Wszystkie zdobycze przywoziłem do domu i magazynowałem w garażu – wspomina Radek. – Szybko okazało się, że garaż to za mało, więc powoli zagracałem dom. Kiedy przez salon trzeba już było chodzić niemal slalomem, zacząłem myśleć o dodatkowym pomieszczeniu na tę moją pasję, żeby pogodzić ją z życiem rodzinnym. Początkowo chciałem wykorzystać przestrzeń wokół domu, ale szybko zrozumiałem, że zrobiłbym z niego warsztat, a tego chciałem uniknąć, bo jednak dom powinien zostać domem, miejscem dla rodziny. Znalazłem więc pomieszczenie na swoją pracownię w Kołobrzegu. Ale wtedy trzeba już było podjąć decyzję znacznie poważniejszą: czy dam radę zająć się tym na sto procent? Wiedziałem, że ryzykuję, że obciążam moją żonę, bo to ona będzie musiała utrzymać rodzinę, zanim (jeśli w ogóle) rozkręcę ten biznes. Gdyby nie Mariola, nigdy bym się na to nie zdecydował. Ale ona od początku nie miała żadnych wątpliwości. Wspierała mnie i wspiera do dziś. Rzuciłem więc dyrektorowanie i założyłem firmę „Antiko”. I w końcu zrealizowałem swoje marzenie: sam sobie jestem szefem!

 

 

Perełki ze śmietnika

Koncept był prosty. Zmęczony ludźmi Radek chciał zaszyć się w swojej pracowni, tworzyć, a gotowe przedmioty sprzedawać przez stronę internetową. Kontakty wyłącznie przez telefon i maila. – Tyle dam radę, myślałem wtedy – śmieje się Radek. – Bylebym nie musiał się spotykać z klientami.

Szybko okazało się, że życie zweryfikuje jego pomysł. Klienci chcieli przychodzić do niego, oglądać na żywo jego projekty, rozmawiać o nich, o ich historii. A Radek umie barwnie opowiadać. I tak obok pracowni powstał nieduży showroom wypełniony krzesłami, stolikami, fotelami. Bo pasja Radka szybko zaczęła ewoluować. Dziś nie tylko tworzy przedmioty użytkowe z metalowych rurek, ale zajmuje się też starymi meblami. – To na pewno nie ma nic wspólnego z renowacją – zarzeka się. – Ja po prostu odnawiam meble i stylizuję według własnego pomysłu.

Faktycznie, tu przetrze, tam postarzy, zmieni tapicerkę, przemaluje, a często i zmieni zastosowanie jak w przypadku starej angielskiej węglarki, którą przeznaczył na szafkę na wino. Na poszukiwanie starych mebli nadal jeździ z rodziną. – W sklepach z antykami nie kupuję, za drogo – mówi.

Przeszukują więc złomowiska, komisy meblowe, sklepy z artykułami używanymi, gdzie pomiędzy starą pralką a pluszowym miśkiem można znaleźć prawdziwe perełki. W ten sposób zdobył krzesła, które po oczyszczeniu okazały się być sygnowane przez znanego skandynawskiego projektanta. Kupił też stare akcje General Motors i International Mercantile Marine Company, która była właścicielem m.in. Titanica. Były oprawione i właściciel sklepu sprzedawał je za grosze jako same ramki, bez świadomości, że są to historyczne dokumenty.
Nie może też omijać… śmietników. Niedawno, żona jadąc do pracy zauważyła, że ktoś wystawił na śmietnik komplet krzeseł. Pojechał po nie i okazało się, że jest to klasyka PRL, czyli krzesełka projektu prof. Hałasa („hałaski”). – Jeździmy też po Polsce, szukamy takich miejsc, jak stary warsztat tkacki pod Poznaniem, z którego wróciliśmy busem pełnym stołków i taboretów. Radek był też w Berlinie, gdzie trafił na rozbiórkę starej kamienicy. Nie mógł uwierzyć we własne szczęście, kiedy zobaczył, że robotnicy wystawiają na śmietnik… piec w częściach. – Pozbierałem wszystko, poskładałem i dziś działa u kolegi – mówi z dumą. – Czasami trafiam do kogoś, kto ma do sprzedania meble, ale nie chce tego zrobić. Zbierał je całe życie, a jak ma się ich pozbyć, woli je spalić. Wtedy tłumaczę, że szkoda niszczyć, zajmę się nimi, zyskają nowe życie i długie lata będą jeszcze komuś służyć. Czasem się udaje.

– Jestem zachłanny, jak coś mi się spodoba, chciałbym to mieć – przyznaje. Barierą są oczywiście finanse. Reszta nie ma znaczenia. Tak kupił przez Internet wyciągarkę. Ktoś likwidował warsztat samochodowy, a Radkowi wpadła w oko właśnie ona i jej solidne łańcuchy. Kiedy poszperał trochę na jej temat, ustalił, że nie jest to wyciągarka samochodowa, ale… do parowozów. Pochodzi z zakładów przemysłowych pod Wałbrzychem. – Chciałem ją zawiesić u siebie, ale boję się, jest bardzo ciężka. Teraz czeka na kogoś, kto ma mocne stropy – śmieje się. Dodaje też, że ma u siebie sporo mebli i przedmiotów, które czekają na swoją kolej, na pomysł na odnowienie, inne zastosowanie. – Nie zawsze wiem od razu, co chciałbym zrobić z danym przedmiotem, jak ma wyglądać – mówi Radek. – Czasem odkładam go gdzieś na bok, zapominam nawet, że go mam. I przychodzi dzień, kiedy potykam się o niego, a on mówi do mnie: „zrób coś ze mną”. I wtedy pojawia się pomysł. Co tu kryć, natura ludzka jest leniwa, łatwiej jest mi zająć się przedmiotem, który szybko da mi pożądany efekt niż tym, przy którym muszę się napracować. A proszę mi wierzyć, na przykład odnowienie krzesła to żmudna i długa praca.
Zwłaszcza oczyszczenie drewna. Dlatego najnowszym nabytkiem właściciela „Antiko” jest nowoczesna piaskarka, która pozwoli mu znacznie szybciej i łatwiej szlifować stare meble. I pracować z drewnem, które coraz bardziej go fascynuje.

 

 

Każdy mebel ma duszę

Z historii miał w szkole piątkę i może to sprawiło, że obudził się w nim duch historycznego detektywa. Lubi prześledzić losy przedmiotu, który trafił do jego pracowni. – Mam ogromną radochę, kiedy uda mi się znaleźć pieczęć, sygnaturę, fragment etykiety i dzięki temu ustalić, skąd pochodzi przedmiot, kto go użytkował. Dla mnie to nie tylko kształt, ale i dusza.

Przywiązuje się do swoich mebli, ma takie, z którymi trudno mu się rozstać. – Ale jeśli wiem, że pójdzie w dobre ręce, jest mi lżej – śmieje się. Jego projekty dzięki stronie internetowej trafiają nie tylko do całej Polski (np. na jego krzesłach siadają klienci jednej z warszawskich restauracji), ale i Francji czy Anglii. Ma też swoich stałych klientów, którzy wracają – kupili taboret, chcą wieszak. – To dla mnie największy dowód, że moja praca się podoba. Klienci często podpowiadają mu też jakieś pomysły, a on chętnie z nich korzysta.

W jego przypadku nie sprawdza się powiedzenie, że szewc bez butów chodzi. – Muszę realizować też zamówienia żony – śmieje się. Ostatnim rodzinnym projektem jest blat pod umywalkę wykonany z części starej maszyny do szycia. Ich dom pełen jest jego pomysłów, rozwiązań i odnowionych mebli. – Lubimy mieszać style, eklektyzm jest nam bardzo bliski. – Dla mnie ważny jest nie tylko wygląd, ale użyteczność, dlatego każdy reling, każdą półkę sprawdzam najpierw w domu, dopiero później umieszczam ją na stronie internetowej.

Radek podkreśla, że dziś jest spełnionym człowiekiem. Udało mu się zrealizować marzenie o pracy, która daje satysfakcję i w której nikt mu nie przeszkadza.