„Naturalny lifting”, „droga do naturalnego piękna”, „alternatywa dla medycyny estetycznej” – wszystkie te określenia odnoszą się do japońskiego masażu Kobido i nie są przesadzone. Ta wpisująca się w holistyczne trendy, niezwykle skuteczna, metoda pielęgnacji twarzy potrafi dosłownie zmienić rysy, odmłodzić, odprężyć. I jest dostępna w Małym spa Parku Wodnego.

Kobido powstało w XV wieku na dworze cesarza Japonii. Dwoje nadwornych masażystów tak bardzo chciało zaimponować władcy, że rywalizując o jego względy stworzyło prawdopodobnie najskuteczniejszy masaż twarzy. Początkowo dostępny tylko dla arystokracji, doskonalony potem przez pięćset lat, dziś zachwyca klientki gabinetów spa.

Siła Kobido tkwi w połączeniu wielu technik manualnych, dzięki czemu działa na powierzchni, ale i w głębszych warstwach skóry – na poziomie tkanki podskórnej, tłuszczowej, powięzi i mięśni twarzy. Nic dziwnego, że ma tak imponujące efekty.

Sesja masażu trwa godzinę, czasem nawet 75 minut. To – jak na twarz – bardzo długo. Każda minuta jest wypełniona do maksimum. – Procedura jest super ścisła – podkreśla Marta Sokołowska-Mróz zarządzająca Małym spa. – Nie ma miejsca na żadną dowolność, przypadek, każda część musi zostać wykonana i to precyzyjnie. Poszczególne elementy mogą być natomiast rozbudowywane w zależności od celu, jaki chcemy osiągnąć. Jeśli zatem komuś zależy, by poprawić owal twarzy, trzeba się na tym skupić, jeśli chcemy spłycić bruzdy mimiczne – przy nich pracuje się dłużej.

Rytuał rozpoczyna się od głębokiego rozluźnienia twarzy, ramion, dekoltu i szyi. Następnie skóra jest drenowana z toksyn i limfy, co pozwala pozbyć się ewentualnych zastojów i opuchlizny. Potem przychodzi czas na lifting aktywizujący mięśnie. Działa się w tym etapie na głębokich warstwach twarzy, co w perspektywie poprawia kontury, spłyca zmarszczki, poprawia mikro cyrkulację krwi.

– Praca odbywa się na ośmiu pasmach twarzy: linii żuchwy, stawu żuchwowo-skroniowego, skroniach, po czym następuje nawrót i masowanie mięśni pod kością jarzmową, przy bruzdach mimicznych i czole – precyzuje Marta Sokołowska-Mróz. – Wszystkie elementy masażu są wiele razy powtarzane, pogłębiane o dodatkowe ruchy i domykane przez rolowanie i oklepywanie we wszystkich pasmach.

Korzyści jest mnóstwo: wygładzenie, złuszczenie, ujędrnienie skóry, spłycenie zmarszczek, podniesienie policzków i powiek, likwidacja opuchlizn, napięć, lifting, symulacja komórek metabolizmu komórek, pobudzenie skóry do produkcji elastyny i kolagenu, relaksacja. Efekty są silniejsze i wyraźniejsze po każdej kolejnej sesji. Seria powinna zawierać ich minimum sześć, wykonywanych raz w tygodniu. Idealnie byłoby, gdyby było ich dwanaście. – Ważne i cenne w Kobido jest to, że uczy klienta odpowiedzialności za zdrowie i urodę – dodaje Marta Sokołowska-Mróz. – W trakcie sesji ujawniają się dolegliwości wynikające na przykład z nerwowego zaciskania szczęki czy żucia gumy i warto się takich nawyków pozbyć, jeśli efekt masażu ma się długo utrzymać. Można też odkryć poważniejsze problemy, jak wady zgryzu czy bruksizm (nocne zgrzytanie zębami).

Kobido to w ofercie Małego spa Parku Wodnego nowość. Z masaży można korzystać zaledwie od miesiąca, ale już zyskał zwolenników. Jak wszędzie, gdzie jest wprowadzany, a jest na fali popularności. Wynika to między innymi z bardzo silnego trendu na naturalne i holistyczne metody dbania o urodę, oparte o zasoby własnego ciała, a te kryteria Kobido spełnia w stu procentach.

Wspomniane wartości ważne są także w filozofii Małego spa, które zaprasza także na wiele innych zabiegów na twarz, łączących dobroczynne działanie preparatów kosmetycznych z masażem. Wśród terapii znajdziemy te o działaniu nawilżającym, regenerującym, łagodzącym, napinające, detoksykujące, ujędrniające, regenerujące, przeznaczone dla cery suchej, wrażliwej, skłonnej do podrażnień, naczyniowej, zanieczyszczonej i dojrzałej. Bazą zabiegów są znakomitej jakości kosmetyki Klapp. Pełna oferta znajduje się na stronie internetowej Parku Wodnego.

 

Wypróbowałam – polecam!

Kobido to mój pierwszy masaż twarzy w życiu, zaciekawienie było więc podwójne. Wiedziałam, na czym mniej więcej polega, i jakich efektów mogę się spodziewać, ale teoria to, jak wiadomo jedno, a praktyka drugie. Tak było i w tym wypadku – godzinny seans masażu był zaskakujący pod każdym względem – przebiegu, reakcji twarzy i efektów.

Na zabieg przyszłam nieumalowana, więc skóra wymagała tylko delikatnego tonizowania. Gdybym przyszła w pełnym makijażu, pierwszym etapem byłoby dokładne oczyszczenie. Warto też mieć luźną fryzurę, lub w ogóle rozpuścić włosy, bo część procedury obejmuje głowę, do której masażysta musi mieć swobodny dostęp. Poza tym odkryte muszą być ramiona i klatka piersiowa do wysokości pach (reszta jest przykryta ręcznikiem). One również będą masowane – a raczej rozluźniane – choć 80 procent Kobido skupia się na twarzy.

Pierwszy etap to masaż „na sucho”. Rozpoczyna się od delikatnych ruchów, uciskania kilku określonych punktów twarzy, głowy, szyi i rozciągania. Trwa krótko, ale pozwala wejść w „tryb relaksacyjny”. Kolejny etap odbywa się już z użyciem preparatów ułatwiających operowanie na skórze. W moim przypadku jest to olejek na bazie rozmarynu i lawendy. Zapach jest przepiękny, a lawenda ma dodatkowe, relaksujące działanie. Ta część masażu jest wyraźnie intensywniejsza, ruchy szybsze i mocniejsze. Skóra jest teraz drenowana i liftingowana. W kulminacyjnym momencie mam wrażenie, że masażystka ma cztery ręce albo jest z wykształcenia pianistką i żałuję, że nie widzę, co robi, bo musi to wyglądać przynajmniej interesująco. Na przemian uciska, roluje, ugniata i rozciąga, szczypie, lekko uderza, oklepuje momentami symultanicznie, wszystkie części twarzy po kolei, powtarzając tę choreografię kilka razy. Nie sposób zapamiętać, co i w jakiej kolejności wykonuje, poza tym, że najpierw opracowuje jedną połowę twarzy, potem drugą, a także szyję, klatkę piersiową. W trakcie masażu pyta, czy ucisk nie jest za mocny. Dla mnie nie. Nie jest też bolesny, choć momentami – na przykład w okolicach kości jarzmowej czy oczu, niezbyt przyjemny. Finał to bardzo subtelne muśnięcia uspokajające skórę i wyciszające cały proces.

Zaskoczenie pierwsze to skomplikowanie masażu. Ilość ruchów i ich kombinacji jest naprawdę imponująca. Liczy się każdy gest, wszystko ma swoją kolejność, natężenie, żadnego przypadku.

Zaskoczenie drugie – czas. Masaż trwa godzinę, ale zupełnie tego nie czuć. Uwagę skupia sam rytuał, a nie upływające minuty, a w niektórych momentach myśli zupełnie odpływają. Utrata poczucia czasu to niezwykle miły stan, szczególnie, gdy potrzebujemy odprężenia i relaksu.

Zaskoczenie trzecie… własna twarz. Masaż poprzez swoje działanie odblokowujące uświadamia, jak spiętą twarz mamy na co dzień. Wielokrotnie w czasie sesji czuję, jak mimowolnie zaciskam szczękę, wysuwam brodę, marszczę czoło. Mało tego – czuję różnice w napięciach po obu stronach twarzy. Zabiegi na prawej, którą częściej jem i uśmiecham się, jest zdecydowanie bardziej wrażliwa na ucisk. To, co mało odczuwalne na lewej – na prawej zyskuje na sile. Masażystka potwierdza to wrażenie, widoczne jest podobno gołym okiem.

Zaskoczenie czwarte: efekt. Przede wszystkim uczucie niezwykłej lekkości chwilę po, i później. Skóra po masażu jest lekko zaczerwieniona, czemu nie ma się co dziwić po godzinnej sesji intensywnych zabiegów. Reakcja jest chwilowa i wynika z silnego ukrwienia, które ostatecznie ma dobroczynny wpływ na skórę. W godzinę po masażu wydaje się gładsza, promienna, mięśnie są mocno rozluźnione (także barków i szyi), co sprawia że twarz wygląda na wypoczętą, wypełnioną od środka, ale nie opuchniętą. Tak jest do końca dnia. Aby utrzymać ten stan, masaż trzeba powtórzyć kilka razy. Pierwsza sesja na pewno do tego zachęca.