Większość podróżników wybierających się na Sycylię omija to kontrowersyjne miasto, albo traktuje je najwyżej jako punkt tranzytowy. Katania nie cieszy się dobrą opinią wśród turystów, ale powinna choćby z jednej przyczyny – smaków, które w niej królują.

Katania to jedno z największych i najważniejszych miast Sycylii (nieco ponad 300 tys. mieszkańców). Jednak większość przewodników turystycznych opisuje ją zdawkowo, a turyści zazwyczaj traktują jako bazę wypadową na wulkan Etna oraz do innych miejscowości na wschodnim wybrzeżu Sycylii. Dlaczego? Zdania są podzielone, generalnie jednak trzeba przyznać, że Katania nie ma w sobie nic z wakacyjnego kurortu jak choćby nieodległa Taormina, nie żyje z turystyki i chyba nawet nie stara się z niej żyć. Nie jest zbyt piękna, nie jest zbyt czysta (delikatnie mówiąc), jest głośna, ciasna, żyje swoim codziennym życiem. Okazuje się, że to może być atutem i mieć swój niezaprzeczalny urok, ale by go odkryć, trzeba w mieście spędzić trochę więcej czasu niż tylko jeden dzień, zaliczając kolejne punkty.

 

 

Tak więc Katania nie ma do zaoferowania pięknych piaszczystych plaż jak San Vito lo Capo czy Mondello. Nie ma w niej typowych urokliwych włoskich uliczek pokolorowanych promieniami słońca i pachnących wiosennymi kwiatami przełamanymi smakowitymi aromatami jedzenia. Nie ma też znanych z północnych Włoch pięknie ubranych i wystylizowanych, idealnych ludzi niczym Monica Bellucci. Nad miastem króluje za to złowrogi potwór, czarny majestatyczny i ognisty. Co jakiś czas pomrukując złowieszczo, plując w górę ogniem, pokazuje swoją potęgę.

Etnę widać prawie z każdego zakątka miasta, główna ulica nosi jej złowieszcze imię – Via Etnea. Krocząc deptakiem, spoglądamy cały czas na czarną górę. Mieszkańcy w swoim codziennym biegu nie zwracają na nią uwagi, przyzwyczajeni nie myślą o zagrożeniu. Tylko przyjezdni zadzierają wysoko głowy, siedząc na malowniczym wzgórzu w parku Belliniego, z którego rozpościera się panorama miasta. Podziwiają kolosa w tle, popijają wino, nie mogąc oderwać zaciekawionych oczu od tego niecodziennego zjawiska.

Będąc w Katanii kilka dni zdążyliśmy oswoić się z tą teatralna scenerią i spokojnie zaczęliśmy i inwigilować miasto i jego mieszkańców.

Kto nas zna, wie, że nasze wyjazdy są zgoła inne od przeciętnych wypraw wakacyjnych. Wraz z żoną prowadzimy turystykę eno-gastronomiczną. Głównie jemy i uganiamy się za skarbami kulinarnymi danego regionu, ukrytymi przed oczyma niedoświadczonych turystów.

 

 

Nie mogliśmy lepiej trafić, bo Sycylia jest prawdziwą stolicą ulicznego jedzenia a jej mieszkańcy uprawiają sztukę street foodu bez zbędnych ceregieli, wycierając ociekające tłuszczem palce w papierowe kubeczki z trunkiem. Tutaj zapominamy o formalnej gastronomii. Przypomina to trochę azjatyckie stoiska: kramy i stragany uginają się od rozgrzanych do czerwoności rusztów i patelni z gorącym tłuszczem.

Najwięcej emocji – nie tylko pozytywnych – wywarła na nas wizyta na największym targu w samym sercu Katanii. Witały nas stoiska z kolorowymi owocami, otaczał nas hałas przekrzykujących się sprzedawców zachwalających swe towary i dopadł nas woń rybnego targu – Pesceri.

Stajemy i przyglądamy się temu spektaklowi. Główni bohaterowie obrabiają wielkie mieczniki, a aktorki targują się z kupującymii. Szkoda, że nikt nas nie uprzedził, żeby na tę okazję założyć kalosze i nie topić butów w rybnych kałużach i potokach. Spartańskie warunki nie przeszkadzają dystyngowanym turystom z wymuskanych jachtów wysysać świeże ostrygi i popijać białe wino.

Oddalając się od owoców morza, mijamy stoiska z mięsem i serami. Miejscowi lubują się w cavallo, czyli koninie. Jedzą ją w przeróżnych postaciach. Nas zauroczył kotlet napełniony kremową philadelphią i chrupiącymi pistacjami, z których słynie Sycylia. Kiedy idziemy dalej, dociera do nas zapach grillowanych papryk i karczochów. Palce lizać.

Chcąc uciec od zgiełku średniowiecznego targu, postanowiliśmy wypożyczyć rowery, dzięki którym szybciej przeczeszemy zakamarki miasta. Przecież szukamy ulicznego jedzenia.

Wybór jest ogromny a żołądek jeden… Na pierwszy ogień poszła tajemnicza pizza siciliana. Przypomina znane na całym świecie calzone, ale różni ją jedna bardzo istotna kwestia – jest smażona na głębokim tłuszczu. Gołębiom bardzo smakowała, mówiły „buono”.

Kolejnym dziwnym przysmakiem była pane con la milza. Miękka bułka wypełniona kawałkami najpierw gotowanej a następnie smażonej cielęcej śledziony i płuc. Brzmi groźnie, ale nie taki diabeł straszny jak go malują.
Z racji wegetarianizmu żony, szukaliśmy czegoś bezmięsnego. Naprzeciw wyszła szeroka gama arancini – smażone kulki ryżowe w panierce z bułki tartej. W środku co dusza zapragnie. Nazwa tej potrawy bierze się z podobieństwa do pomarańczy (pomarańcza w języku włoskim to „arancia”). Nie była to pora śniadaniowa, ale my nie mogliśmy przejść obojętnie obok granity e brioche; to oryginalny włoski sorbet z bułeczką. Jada się go na śniadania, podobnie jak cannoli (dla nas najlepsza z pistacjami).

Dzień kończymy przy placu katedralnym w malowniczej scenerii nad targiem rybnym. Przy małym stoliczku w ciasnej uliczce. Dwie zmęczone, ale szczęśliwe duszyczki z lampką dobrego wina w ręku. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie. Tymczasem pora na spoczynek. Jutro kolejny dzień budszowania wśród smaków Katanii.

 


Autor prowadzi wraz żoną niewielką restaurację Toscana w Koszalinie przy ulicy Biskupa Czesława Domina 5. Pasją obojga jest odkrywanie nieoczywistych smaków Włoch, którymi po każdej kolejnej wyprawie dzielą się z gośćmi lokalu.