Święto kina odbywa się w Gdyni od 44 lat. W tym roku było wyjątkowo obfite filmowo, ale i refleksyjne w wymowie. Choć sprawnie zorganizowane, przyjazne widzom i z niezwykle atrakcyjnym programem, potrzebuje gruntownych zmian. Jak będzie – przekonamy się za rok. Jak było – piszemy w naszej krótkiej relacji, dołączając jak zawsze krótki przewodnik po festiwalowych filmach. Wiele z nich już za chwile pojawi się w kinach.

 

Tegoroczny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (FPFF) odbywał się raczej pod czarnymi chmurami, nie tylko z powodu deszczu, który uśpił na kilka dni zazwyczaj tętniące życiem miasteczko festiwalowe między Teatrem Muzycznym a Gdyńskim Centrum Filmowym. Odbył się w cieniu kontrowersji związanych z selekcją konkursu głównego, protestu Gildii Polskich Reżyserów, którzy w czasie trwania festiwalu wyrazili publicznie niezadowolenie wobec prób cenzurowania kinematografii polskiej i zagrozili bojkotem imprezy w przyszłym roku, i w przededniu likwidacji zespołów filmowych. Do tego kuriozalne – na zmianę – wyrzucanie i przywracanie do konkursu „Solid Gold” Jacka Bromskiego, będące codziennym lejtmotywem projekcji. Nie jest dobrze, a posępne refleksje i pesymistyczne dyskusje środowiskowe niestety zdominowały nastrój imprezy.

W konkursie głównym znalazło się aż 19 produkcji. Sporo w tym zestawie kina gatunkowego – są kryminały („Ciemno prawie noc”, „Czarny mercedes”), film szpiegowski („Ukryta gra”), filmy historyczne („Legiony”, „Piłsudski”) i biografie („Ikar. Legenda Mietka Kosza”, „Proceder”, „Kurier”). Pojawiło się w tym zestawie kilka tytułów ważnych, jak „Boże ciało” Jana Komasy, intrygujących jak „Supernova” Bartosza Kruhlika czy imponujących realizacją, jak „Obywatel Jones” Agnieszki Holland. Obok obrazów kameralnych jak „Interior” znalazły się eksperymentalne, jak „Mowa ptaków” czy „Dolina bogów”. Sporo w tych filmowych obrazach komentarza do rzeczywistości, zarówno prywatnej i społecznej, obyczajowych obserwacji i mocnych refleksji. Warto też docenić dużą rozpiętość zainteresowań filmowców.

Złote i Srebrne Lwy oraz nagrody indywidualne wręczono podczas uroczystej gali w Teatrze Muzycznym w Gdyni w sobotę, 21 września. O werdykcie zadecydowało jury w składzie Maciej Wojtyszko (przewodniczący), Ewa Braun, Bożena Dykiel, Piotr Dzięcioł, Paweł Laskowski, Ilona Łepkowska, Maria Sadowska, Nikodem Wołk-Łaniewski, Jerzy Zieliński. Za najlepsze filmy festiwalu uznało „Obywatela Jonesa” i „Ikara. Legendę Mietka Kosza”. Dziennikarze i publiczność swoją nagrodę przyznali „Bożemu Ciału” Jana Komasy. Platynowe Lwy za całokształt twórczości odebrał Krzysztof Zanussi.

Niestety, nie udało nam się zobaczyć wszystkich konkursowych filmów. Rekomendujemy, naszym zdaniem, najciekawsze. Dodamy, że serca korespondentów „Prestiżu” zdobył fantastyczny, „Pan T.” Marcina Krzyształowicza, z genialną rolą Pawła Wilczaka. Nagroda za drugoplanową rolę męską dla Sebastiana Stankiewicza to według nas zdecydowanie za mało.

 

Dolina BogówDolina Bogów (Valley of the Gods)

Kino autorskie. Zrealizowane z rozmachem i hollywoodzkim sznytem, ale raczej dla koneserów. Trudne do sklasyfikowania pod każdym względem, bo i twórca, Lech Majewski, jest nie tylko reżyserem, ale też malarzem, rzeźbiarzem, fotografikiem, artystą videoartu i poetą, co ma swoje odzwierciedlenie w jego całej filmografii. „Dolina Bogów” jest raczej dziełem sztuki, niż filmem, esejem o akcie tworzenia i niszczenia, zderzającym fascynację unikalną kulturą pierwotną z chciwością i powierzchownością świata zachodu, ale i studium straty w skali mikro i makro.
Zawiła konstrukcja fabularna splata trzy wątki: legendę Indian Navajo zamieszkujących tytułową Dolinę Bogów w Stanach Zjednoczonych, historię Wesa Taurosa, najbogatszego człowieka świata, który w skałach doliny zamierza eksploatować uran oraz copywritera imperium Taurosa, Johna Ecasa piszącego biografię szefa najpierw w świętej ziemi Indian, a po części w posępnej posiadłości bogacza.
Interpretacji tej przedziwnej historii można wysnuć naprawdę wiele. Im głębiej, tym więcej wątków, powiązań, niuansów. Jednak najpierw trzeba chcieć się w film Lecha Majewskiego intelektualnie zanurzyć, co może być dla wielu widzów wyzwaniem, bo to kino niełatwe w odbiorze, ekscentryczne, wymagające wielkiej uważności. W warstwie wizualnej wybitne, zdradzające malarskie oko twórcy. Do tego w gwiazdorskiej obsadzie – na ekranie pojawiają się John Malkovich, Josh Harnett, Bérénice Marlohe czy Jonathan Rhys-Davies.

Reż. Lech Majewski, wys. John Malkovich, Josh Harnett, Bérénice Marlohe, Jonathan Rhys-Davies. Premiera: 17 września 2019

 

 

Boże CiałoBoże Ciało

Rzadko się zdarza, by w jednym kameralnym filmie zmieścić tak wiele istotnych tematów, a z obrazu tak mocno sklejonego z polską rzeczywistością stworzyć uniwersalną opowieść o człowieczeństwie i duchowości. Trzeba również ogromnego szczęścia albo wybitnej intuicji, by główną rolę powierzyć aktorowi, którego sama fizyczność odzwierciedla niejednoznaczności wpisane w scenariusz Mateusza Pacewicza, nagrodzony przez jury. Poprzedził go reportaż o zaskakująco częstym zjawisku udawania księży. W „Bożym ciele” robi to wychowanek poprawczaka, dwudziestoletni Daniel (Bartosz Bielenia). Omyłkowo wzięty za duchownego, zupełnie świadomie wciela się w księdza w podkarpackiej wsi. I trafia do polskiego piekła – rozmodlonego, ale zapiekłego w nienawiści, niezdolnego do przebaczenia, bezwzględnego w przyznawaniu praw do bycia częścią bądź marginesem społeczności. Daniel będzie chciał ją uzdrowić, ale też odnaleźć własną tożsamość.
Film Jana Komasy, najlepszy w jego dorobku, to wypowiedź dojrzałego twórcy, słusznie nagrodzona za najlepszą reżyserię. Podana bez ozdobników, prostych oskarżeń i łatwych wyroków. Obnaża fasadowość wiary katolickiej, przygląda się budującej lub niszczącej sile wspólnoty, podejmuje motyw winy i kary, grzechu i odkupienia. Hipnotyzująca, androgyniczna twarz Bartosza Bieleni, jego nieruchome, wielkie oczy i długo zostają w pamięci, jak brutalny finał, który rozdziera serce. „Boże ciało” właśnie trafiło na listę filmów starających się o nominację do Oscara. Ma 92 konkurentów.

Reż. Jan Komasa, wys. Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Aleksandra Konieczna, Łukasz Simlat. Premiera: 11 października 2019

 

Ikar Legenda Mietka KoszaIkar. Legenda Mietka Kosza

Laureat Srebrnych Lwów. Tytułowa postać przeciętnemu widzowi jest nieznana, w środowisku jazzowym za to owiana legendą. Mietek Kosz, niewidomy geniusz fortepianu, przeleciał przez scenę muzyczną jak kometa, rozświetlił ją nieprawdopodobnym talentem i zniknął w nie do końca wyjaśnionych do dziś okolicznościach w wieku zaledwie 29 lat. Jazzmani mówią o nim: fenomen. Mógłby gwiazdą światowego formatu, jak choćby Ray Charles, a pozostawił po sobie zaledwie kilka płyt i anegdoty o ekscentrycznej osobowości.
Niewidomy chłopiec z biednej zamojskiej wsi, odrzucony przez rodziców, wychowywany przez siostry zakonne, obdarzony nadludzkim słuchem, całe życie marzący o wielkiej sławie i wielkiej miłości. Wybitny, ale osamotniony i finalnie zapomniany – takie biografie aż proszą się o sfilmowanie. Maciej Pieprzyca zrobił to w swoim stylu – bardzo sprawnie, z poczuciem humoru, nie stawiając swojego bohatera na piedestał, ale pokazując go w pełnym ludzkim wymiarze.

Skojarzenia z wcześniejszym filmem reżysera „Chce się żyć” są oczywiste i uzasadnione: bohater z niepełnoprawnością ponownie grany przez Dawida Ogrodnika (tym razem docenionego przez jury konkursu i uhonorowanego nagrodą za najlepszą rolę męską), podobny, dynamiczny styl opowiadania. Można zarzucić „Ikarowi” wtórność, ale pomijając porównania to po prostu porządne kino, ze wspaniałymi rolami pierwszo- i drugoplanowymi, dobrym scenariuszem, które świetnie i z przyjemnością się ogląda. Ciekawostka: Dawid Ogrodnik nie miał dublera – naprawdę gra na fortepianie (jest wykształcony muzycznie), a utwory Mietka Kosza na potrzeby filmu zinterpretował Leszek Możdżer (nagroda za muzykę), który na ekranie pojawia się w bardzo smacznym epizodzie.

Reż. Maciej Pieprzyca, wys. Dawid Ogrodnik, Piotr Adamczyk, Justyna Wasilewska. Premiera: 18 października 2019

 

 

Ciemno prawie nocCiemno, prawie noc

Bardzo oczekiwana adaptacja nagrodzonej Nike, głośnej książki Joanny Bator. Kryminał w gwiazdorskiej obsadzie, reżyserowany przez znakomitego reżysera, a jednak nie do końca udany.
Bohaterka, Alicja Tabor (Magdalena Cielecka), przyjeżdża do rodzinnego miasta, by napisać reportaż o zaginionych w niewyjaśnionych okolicznościach dzieciach. Krok po kroku zgłębia świeże i dawne tajemnice, cofa się w poszukiwaniach do czasów wojny i własnych wspomnień, odkrywając szokujące sekrety swojej rodziny i penetrując zakamarki własnej, udręczonej duszy. Wyjaśnienie kryminalnej zagadki toczy się równolegle do prywatnej podróży w przeszłość i w końcu splata się w jedną, przytłaczającą opowieść o niewybaczalnych krzywdach czynionych dzieciom przez wiele pokoleń.
„Ciemno, prawie noc” to rzecz duszna i ponura, w dodatku rozgrywająca się w niepięknym Wałbrzychu i dotykająca tematów, o których ciężko nawet myśleć. Upiornie – to komplement! – sfotografowana przez Marcina Koszałkę, solidnie zagrana i mimo wszystko mocna w wymowie, bo brutalizm wyłaniający się z opowieści kolejnych bohaterów, których wysłuchuje Alicja, nie pozostawia obojętnym. Niestety, specyficzny język autorki „Ciemno, prawie noc”, będący siłą napędową jej prozy, okazał się nieprzekładalny na ekran, podobnie jak surrealistyczny klimat powieści. Literacki pierwowzór jest jednocześnie wciągającym kryminałem i przypowieścią o dziedziczeniu zła. Filmowa wersja to przeciętne kino gatunkowe. Szkoda.

Reż. Borys Lankosz, wys. Magdalena Cielecka, Marcin Dorociński, Piotr Fronczewski, Dorota Kolak. Premiera 22 marca 2019 (na ekranach tv)

 

ProcederProceder

Biografia Tomasza Chady, reprezentanta nurtu ulicznego rapu, legendy warszawskiej sceny hip-hopowej, związanego z grupą Molesta Ewenement. Projekt ryzykowny, bo fani gatunku i samego artysty otoczonego kultem są wyjątkowo restrykcyjni w ocenach. Jeszcze przed rozpoczęciem produkcji wyrazili mnóstwo wątpliwości wobec próby ujęcia w filmową opowieść barwnej biografii Chady, choć z tym, że jego życiorys to gotowy materiał na scenariusz trudno się nie zgodzić. Chłopak z blokowisk, uzależniony od narkotyków, całe życie w konflikcie z prawem, odsiadujący kolejne wyroki, a przerwach nagrywający albumy (w sumie sześć), natychmiast zyskujące status kultowych.

Film prowadzi nas przez życie Chady od momentu, gdy wdaje się w proceder kradzieży samochodów i relacje z grupą przestępczą (Proceder to też tytuł jego debiutanckiej płyty) aż do tragicznej śmierci w wieku 39 lat (2018 rok). Po drodze są kolejne nieudane związki, odsiadki za kradzieże, pobicia i napaści, skomplikowane relacje z matką, i otoczeniem, a w tle – muzyka i teksty: bezkompromisowe, żarliwe, dosadne, bardzo osobiste.
Chada w filmie Michała Węgrzyna jest wrażliwcem i poetą uwikłanym w problemy z prawem, zahartowanym przez życie, ale też zupełnie pogubionym człowiekiem. Wcielił się w tę złożoną postać Piotr Witkowski. To jego pierwsza główna rola w filmie fabularnym, zdradzająca spory potencjał. Aktor zmienił się do roli fizycznie, ale brawa należą mu się przede wszystkim za złapanie hip-hopowego flow, którego brak odebrałby bohaterowi całą wiarygodność.

Gratka dla fanów hip-hopu. Dla pozostałych – niezłe kino biograficzne.

Reż. Michał Węgrzyn, wys. Piotr Witkowski, Agnieszka Więdłocha, Małgorzata Kożuchowska, Antoni Pawlicki. Premiera: 15 listopada 2019

 

Czarny mercedesCzarny mercedes

Książka budzi większe emocje – to pierwszy wniosek po obejrzeniu ekranizacji „Czarnego Mercedesa”. Powieść reżysera i pisarza Janusza Majewskiego wpisała się w nurt, niezwykle obecnie popularnych, kryminałów retro. Filmowi zabrakło dynamiki, postaci straciły wieloznaczność, a intryga zeszła na plan drugi wobec – najbardziej wiarygodnej w obrazie – grozy hitlerowskiej okupacji.

Nie udało się doświadczonemu twórcy to, co wcześniej np. w „CK dezerterach”, gdzie trudne wydarzenia historyczne są tłem dla sowizdrzalskich przygód międzynarodowej bandy uciekinierów z wojska. Tutaj esesman pozostaje katem, łapanka grozi obozem, a wizyta bohaterów w knajpie z muzyką w getcie nabiera cech dramatycznych. Nie ma się z czego śmiać – to wniosek drugi.

Warszawa 1942. Czwórka bohaterów prezentuje różne postawy wobec ograniczeń i okrucieństwa wojny. Gdy ginie młoda i piękna żona uratowana z piekła Zagłady, jej mąż adwokat, który stara się zachowywać przyzwoicie, szuka pomocy u poczciwego nadkomisarza Granatowej Policji, a przypadkiem zaprzyjaźnia się z oficerem SS. Dużo grzybów w tym barszczu, stąd smak zawiły i ciężko strawny.

Film jest za długi (123 min.), co ma wpływ na tempo akcji, ale reżyser wyraźnie chciał jak najwięcej wątków z książki przenieść na ekran. Opowieść snuje więc niespiesznie, a kryminał opowiadany jak bajka na dobranoc zaczyna przypominać moralitet. Tyle, że w tym przypadku morał przychodzi na początku: w obliczu zła nikt nie ocali w sobie dobra.

Reż. Janusz Majewski, wys. Maria Dębska, Aleksandar Milicevic, Artur Żmijewski. Premiera: 4 października 2019.

 

Pan TPan T.

Tegoroczne wydarzenie filmowe. Obraz stylowy, dopracowany, wyrafinowany estetycznie. Z idealnie odmierzonymi proporcjami absurdu, surrealizmu i powagi. Czarno-biała perła z udziałem plejady znanych postaci w rolach epizodycznych. Pan T. mógłby być o Leopoldzie Tyrmandzie, ale reżyser, który lubi kino gatunkowe (np. western Eukaliptus), zapewnia, że jego bohater symbolizuje wielu pisarzy, którzy próbowali odnaleźć się w Polsce Ludowej lat 50. XX wieku.

T. nie jest twórcą kawiarnianym. Do knajp chodzi rzadko, pije za cudze, nie stać go na towarzyskie brewerie. W skromnej kawalerce w hotelu dla literatów przyjmuje maturzystkę chętnie korzystającą z różnych form korepetycji i poznaje zalęknionego debiutanta, który marzy o karierze dziennikarskiej, a na razie mieszka przez ścianę, a właściwie przez… szafę.

T. chce pisać i wydawać, ale nie byle co, a musi utrzymywać się z pracy najemnej w podrzędnych tytułach branżowych (np. szlakiem podróży Stalina). Trwa więc walka o przetrwanie i zachowanie godności wśród spolegliwych. W klimacie donosów i wszechobecnej kontroli realnym staje się nawet groteskowe spotkanie toaletowe z pierwszym sekretarzem. Na szczęście życie podsuwa twórcy pomysł na oryginalną powieść współczesną.

Pan T. to koncert gry aktorskiej Pawła Wilczka w roli tytułowej i Sebastiana Stankiewicza (nagroda za drugi plan w Gdyni), jako adepta sztuki dziennikarskiej. Nieco utrudnia odbiór opowieści wątek zamaskowanych terrorystów, ale załóżmy, że w epoce jazzu, wódki i towarzysza Bieruta wszystko było możliwe. Zwłaszcza w umyśle wygłodniałego literata.

Warto obejrzeć „Pana T.” również dlatego, żeby zobaczyć, jak mogła wyglądać Warszawa w epoce budowy pałacu, czyli 70 lat temu i przekonać się, jaki tytuł może być dobry dla poematu.

Reż. Marcin Krzyształowicz, wys. Paweł Wilczak, Sebastian Stankiewicz, Maria Sobocińska, 2019. Premiera: 25 grudnia 2019

 

PiłsudskiPiłsudski

Zaskoczenie, na szczęście pozytywne. Film wyraźnie odstający od nurtu patriotyczno-historycznego. Prosta opowieść o skomplikowanych wydarzeniach i złożonej osobowości Józefa Ziuka Piłsudskiego, a równocześnie obraz Polski podzielonej, zwaśnionej i targanej sprzecznymi ambicjami stronników politycznych.
Oto 1901 rok. Późniejszy marszałek ucieka ze szpitala psychiatrycznego i staje na czele polskiego podziemia niepodległościowego. Jaki jest, najlepiej widać w scenie, w której po przyjacielsku obejmuje antagonistę, a jednocześnie wyciąga mu zza pazury pistolet. W tle wybuchają bomby, giną ludzie, mieszają się języki zaborców. Twórca Legionów Polskich rozpoczyna walkę, która potrwa niemal dwie dekady.

Józef Piłsudski jest w filmie nie tylko bojownikiem o niepodległość, terrorystą organizującym zbrojne napady i kandydatem na męża stanu, lecz także mężczyzną targanym namiętnościami. Przywiązany do żony, od burzliwego życia znajduje ukojenie w ramionach kochanki. Żona nie da mu rozwodu, kochanka urodzi mu dwie córki.
Nie ma w „Piłsudskim” patosu, zadęcia, przesady. Nie ma bohaterów, są zwyczajni ludzie, którzy wykazują się nadludzką odwagą. Oglądamy wycinek z życia Józefa Piłsudskiego, wiele wydarzeń jest zaledwie zarysowanych, znika w tle. Mamy jednak świadomość, że tak rozpoczął się najważniejszy rozdział historii współczesnej Polski.
Drugim zaskoczeniem jest Borys Szyc w roli marszałka. Aktor powoli zmierza w ślady wielkich, którzy oszczędnymi środkami wyrazu osiągali więcej niż eksplozją energii. Jego Piłsudski to pochylona sylwetka, badawcze oczy i racje, które doprowadziły do odzyskania niepodległości przez bandę upartych patriotów.

Reż. Michał Rosa, wys. Borys Szyc, Magdalena Boczarska, Maria Dębska. Premiera: 13 września 2019

 

Słodki koniec dniaSłodki koniec dnia

Film obecny w kinach na długo przed pokazem na festiwalu w Gdyni. Osobny, nastrojowy, aktualny, przywodzący na myśl – nie tylko z powodu okoliczności i miejsca akcji – włoskie kino zaangażowane politycznie z przełomu lat 60. i 70. XX wieku.

Jesteśmy w toskańskim mieście Volterra, w położonym na wzgórzu domu Marii, polskiej poetki. Maria jest Noblistką i autorytetem moralnym. Dziennikarze zabiegają o wywiady, otrzymuje zaproszenia na odczyty. Otoczona przyjaciółmi o podobnych poglądach, błyszczy wśród innych intelektualistów. Maria ma świadomość swojej pozycji i nie zawaha się położyć jej na szali dla obrony wartości.

Gdy podczas ceremonii nadania tytułu honorowego obywatela miasta, poetka wygłasza niepoprawne politycznie przemówienie, staje się wrogiem publicznym. Włoska prowincja z filmu Jacka Borcucha nie różni niczym od innych prowincji europejskich, bo też wszędzie dominują układy towarzyskie, nie ma miejsca na dialog, zakłamanie i konformizm znajdują żyzną glebę, a strefy wpływów wywołują zaburzenia relacji międzyludzkich.
Reżyser przyzwyczaił nas do swojego stylu opowieści. Wszystko dzieje się niespiesznie i dygresyjnie, rozmowy nie popychają akcji, bohaterowie żyją we własnym, nie do końca opisanym, świecie. „Słodki koniec dnia” momentami nuży, zbyt wiele jest w nim symboliki, a za mało znaczeń. Drugim obok reżysera autorem scenariusza jest Szczepan Twardoch, ale charakterystycznej kreski narracyjnej pisarza w filmie zabrakło. Szkoda też, że tak niewiele jest muzyki Daniela Blooma, która zawsze dodaje dynamiki opowieściom starszego brata.

Reż. Jacek Borcuch, wys. Krystyna Janda, Kasia Smutniak, Lorenzo de Moor. Premiera: 10 maja 2019

 

ukryta graUkryta gra

Życzylibyśmy wszystkim, żeby tak wyglądało współczesne kino polskie. Niestety, do poziomu, który proponuje nam producent „Ukrytej gry”, Watchout Studio („Bogowie”, „Sztuka kochania”), daleko wielu produkcjom. Tym większą ucztą jest film debiutującego w pełnym metrażu fabularnym Łukasza Kośmickiego.
Właściwie wystarczy wyłączyć telefon, usiąść wygodnie i zanurzyć się w świat bohaterów historii z okresu zimnej wojny. Kunsztownie ułożony scenariusz autorstwa reżysera i Marcela Sawickiego jest jak przewodnik po fascynujących wydarzeniach, które mogły mieć miejsce, ale nie musiały. Zresztą to nie ma znaczenia, bo w „Ukrytej grze” nie chodzi o jej finał, lecz o przebieg. Dla szpiegów z całego świata gra pozostaje grą nawet, gdy sędziowie odgwiżdżą jej zakończenie.

Lata 60. XX wieku. Trwa napięcie polityczne związane z kryzysem kubańskim. Rosja i USA daleko od swoich granic demonstrują potęgę militarną. Konflikt, który grozi III wojną światową, przenosi się z wytłumionych gabinetów dyplomatycznych na pokład okrętów zmierzających do wybrzeży wyspy, by ostatecznie zogniskować się w… Pałacu Kultury i Nauki.

W prezencie od Stalina rozegra się starcie szachowe pomiędzy rosyjskim arcymistrzem, a amerykańskim matematykiem, który ma problem z zachowaniem trzeźwości, co akurat w Polsce nie jest problemem. Szachownica, jak w klasycznej rozgrywce wywiadów, przypomina właz, pod którym kryje się zejście do podziemnego świata intryg, konspiracji, skrytobójczych mordów i pilnie strzeżonych tajemnic państwowych.
Bill Pullman, jako geniusz matematyczny i Robert Więckiewicz w roli dyrektora pałacu – ten koncert gry aktorskiej, podobnie, jak cały film, trzeba zobaczyć.

Reż. Łukasz Kośmicki, wys. Bill Pullman, Robert Więckiewicz, Lotte Verbeek. Premiera: 8 listopada 2019

 

Żelazny mostŻelazny most

Kameralne kino psychologiczne. Śląsk. Kopalnie, tradycje górnicze i wszechobecny pył, który osadza się na relacjach ludzi żyjących w twardej rzeczywistości. Wódka do upadłego w mieszkaniach z meblościankami, ubrania chronione w szczelnych workach, samotność na szychcie, czekanie na najgorsze. W tym wszystkim trójkąt miłosny z dwoma przyjaciółmi i kobietą, która szuka emocji w wystygłych uczuciach.
Obaj pracują pod ziemią. Sztygar wysyła męża kochanki do pracy na niebezpiecznym odcinku. Gdy dochodzi do tąpnięcia, nie wiadomo, czy przyjaciel uległ wypadkowi, czy, domyślając się zdrady, z własnej woli został na zawalonym odcinku. Trwa akcja ratunkowa w kilku wymiarach. Sztygar z wyrzutami sumienia chce uratować przyjaciela, a równocześnie ocalić związek. Kobieta szuka odkupienia winy.

W swoim debiucie fabularnym reżyserka postanowiła bez moralizatorstwa opowiedzieć dramatyczną historię trudnych związków. Gdy w finale kamera unosi się nad miejscem akcji ratunkowej, widz ma wrażenie, jakby zostawiała nas samych z dylematem moralnym bohaterów. Stawia przy tym najtrudniejsze pytanie: co zrobił(a)byś na ich miejscu? Nie teraz, gdy zawaliło się wszystko, lecz wcześniej, kiedy mogli jeszcze uchronić siebie – i siebie na wzajem – od najgorszego.

„Żelazny most” był jednym z faworytów Gdyni. W werdykcie jury został jednak pominięty. Szkoda, bo to rasowe kino gatunkowe. Film błyszczy aktorstwem. Główne postaci są jakby wyjęte z dokumentu o tragicznych wydarzeniach. Wchodzimy w ten przytłumiony świat z poczuciem, że z bezpiecznego tarasu widokowego oglądamy pejzaż zniszczenia, którego już nie da się odbudować.

Reż. Monika Jordan-Młodzianowska, wys. Julia Kijowska, Bartłomiej Topa, Łukasz Simlat. Premiera: 22 listopada 2019

 

Obywatel JonesObywatel Jones

Filmowa lektura obowiązkowa. Kino hollywoodzkie z europejską etykietą. Pełna emocji, zwrotów akcji i nieznanych dotąd faktów opowieść o kłamstwie, prawdzie i manipulacji. Znajdująca mnóstwo odniesień we współczesności i poszukująca odpowiedzi na pytania o przyczyny milczenia i politycznej spolegliwości wobec ludobójstwa. „Obywatela Jonesa” nie sposób zapomnieć, podobnie, jak sceny, w której ukraińskie rodzeństwo na zapadłej wsi w środku siarczystej zimy częstuje przybysza kawałkami mięsa.

Młody dziennikarz angielski Gareth Jones chce opisać sukces gospodarczy ZSRR. Jedzie do Moskwy po wywiad z Józefem Stalinem. Zamiast tego, wiedziony domysłami, trafia na ukraińską prowincję i poznaje prawdziwe przyczyny rosnącej w siłę Rosji.

Agnieszka Holland od dawna nosiła się z zamiarem zrealizowania filmu o Wielkim Głodzie. Gdyby jednak sięgnęła tylko po archiwa, wywołałaby co najwyżej święte oburzenie. Znalazła zatem bohatera autentycznego, którego oczami widzimy to, czego nigdy nie chcielibyśmy zobaczyć. Powstał obraz dokumentujący stalinowski mord na ludziach, którzy jedyne, co mieli, jedzenie z własnych pól, musieli oddać gotującym się do wojny Rosjanom.

Nie ma usprawiedliwienia dla Stalina, podobnie, jak nie ma ukojenia dla traumy świadka Hołodomoru, a co najważniejsze – nie można zdjąć z ramion Zachodu Europy ciężaru odpowiedzialności za horror milionów Ukraińców. Dyplomaci z ciepłych gabinetów londyńskich nie chcieli wikłać się w konflikt z brutalnym reżimem moskiewskim. Nikt nigdy za to nie przeprosił potomków ofiar klęski głodowej w całym ZSRR.
„Obywatel Jones” to film kompletny. Nie ma w nim zbędnego słowa, kadru. Nic nie jest przejaskrawione. Agnieszka Holland w szczytowej formie.

Reż. Agnieszka Holland, wys. James Norton, Peter Sarsgaard, Fenella Woolgar. Premiera: 25 października 2019

 

Autorzy: Anna Makochonik/Piotr Pawłowski
Fot. Materiały prasowe FPFF