Wiatr szarpie kolorowe sukienki, trzepocze modlitewnymi chorągiewkami, jaskraworóżowa wata cukrowa kolebie się na patyku, psy leżą w cieniu albo gonią za małpami, które jak zawsze są zbyt ruchliwe, żeby móc nie zwrócić na nie uwagi. Jest piękny jesienny dzień, pełen słońca i ciepłych barw, baloników i uśmiechów, rodzinnych pogawędek i głębokich spojrzeń w oczy.

Sobota, jedyny w Nepalu dzień wolny od pracy. Leniwie mija czas, dla wszystkich, również dla nas, jest to moment odpoczynku. Stoimy na wzgórzu przy stupie Swayambhunath i patrzymy na miasto, którego gęsta zabudowa rozściela się w dolinie wypełniając ją swoją tkanką po samiutkie brzegi. Teraz wiatr delikatnie przeczesuje nam włosy, wybiera z głowy myśli i kieruje je w stronę Katmandu, gdzie chwilę błądzą po jego krętych uliczkach, po czym niesie je w stronę niebosiężnych szczytów, prosto do krainy bogów, w Himalaje.
Miasto otaczają porośnięte lasem wzgórza, tak że tworzą zielony wyniesiony w górę pierścień wokół Katmandu, wewnątrz widać tylko nieliczne wysepki zieleni – kilka drzew w sąsiedztwie królewskiego pałacu, park, rozległy pokryty trawą teren koszar.

 

Bhaktapur

 

Jeszcze kilka lat temu było całkiem inaczej, jedną dzielnicę od drugiej oddzielały pola ryżu, pomiędzy budynkami rosły stare drzewa, w których cieniu spotykali się dziadkowie, by poplotkować lub wspólnie posiedzieć w ciszy gapiąc się na życie toczące się wokół ich domostw.

Miasto się zmienia, pęcznieje, rośnie w górę, powoli wspina się na okalające je wzgórza. Z pobliskich miasteczek i odległych wsi przybywają ludzie, wciąż nowi, wciąż żądni lepszej przyszłości dla siebie i swoich dzieci, gotowi by w tej największej nepalskiej aglomeracji postawić swój dom.

Katmandu nie rozbudowuje się planowo, brakuje tu autorytetu miejskiego architekta, raczej rządzi prawo twórczego chaosu i azjatycki pośpiech. I duża doza fantazyjnej kreacji, może dlatego czujemy się tu aż tak dobrze. Domy stawiane są blisko siebie, tworzą niejednolitą siatkę niskich, najczęściej trzypiętrowych budynków, im dalej od historycznego centrum miasta tym solidniejsze i mocniej zbrojone, bardziej nowoczesne, ale też mniej dopracowane pod względem detali i pozbawione większej urody. Zupełnie inne od tych, które dawniej stawiali Newarowie.

Newarowie to jedna z większych, też bardziej znaczących grup etnicznych Nepalu, to właśnie oni są rdzennymi mieszkańcami Doliny Katmandu, która zawsze była i jest po dziś dzień jego historycznym, kulturowym i administracyjnym centrum. Tradycyjne newarskie domy skomponowane są z lekkiego i prostego budulca, całkowicie naturalnego, który można z łatwością pozyskać lokalnie, to wypalona w okolicznych cegielniach czerwona cegła i drewno – z niego wykonane są bogato rzeźbione okiennice, drzwi i wsporniki pod dachem.
Choć ośrodki Newarów zostały założone dużo wcześniej, jeszcze przed naszą erą, to główny ich rozkwit przypadł na wieki średnie, kiedy to władcy z dynastii Malla budowali kolejne świątynie i pałace, czyniąc swoje królestwa wyjątkowymi pod względem architektury i rozplanowania terenu. Trzy najważniejsze miasta : Patan, Bhaktapur i Katmandu (wszystkie wpisane na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO), dawniej niezależne królestwa, zachowały oryginalny układ zabudowy miejskiej, z pałacem królewskim pośrodku przylegającym do wielkiego Placu Durbar pełnego świątyń i pomniejszych kapliczek.

 

Himalaje, Tadapani

 

Newarowie to w większości wyznawcy hinduizmu. W ich świątyniach wybrzmiewają imiona wielu bóstw, jest kolorowo i gwarno, wnętrze wypełnia kadzidlany dym, a posągi zdobią girlandy świeżych nagietków. Główne sanktuarium to miejsce szczególne, zarezerwowane dla bóstw, jest mało przestronne, mieści się w nim tylko posąg i bramin (kapłan) odprawiający codzienną posługę. Wierni stoją na progu lub na świątynnym dziedzińcu skąd dostępują łaski spotkania z bóstwem, składają do modlitwy dłonie, a ich usta poruszają się w rytm szeptanych mantr. Całość budowli wieńczy wielokondygnacyjny dach, na kształt strzelistych szczytów górskich.
Bo Himalaje nigdy nie dają o sobie zapomnieć, są rdzeniem nepalskiej mentalności, siłą charakteru Nepalczyków, ich największym skarbem i codziennym trudem życia.

Nawet z Doliny Katmandu przy dobrej widoczności, właśnie w taki dzień jak dzisiaj, jesienny i wietrzy, kiedy jest najlepsza przejrzystość powietrza, widać sześcio- i siedmiotysięczne himalajskie szczyty. Nawet Newarowie, których ośrodki, tak jak Katmandu, ulokowane są w dolinach albo u podnóży gór, każdego dnia odczuwają obecność Himalajów, ich majestat i siłę. Nawet Newarowie, typowe mieszczuchy, uważają się za ludzi gór, cenią naturę i czują przed nią respekt. Himalajom nadali świętą rangę i nie chcą konkurować z bóstwami czy demonami o pierwszeństwo do najbardziej wyniesionych do nieba szczytów. Dobrze wiedzą, że to teren magii i wyższych istnień, a człowiek nie wszędzie jest mile widziany.

Himalaje wychowały sobie Nepalczyków, oni natomiast – na ile mogli, na ile natura im na to pozwoliła – oswoili te święte góry.

Nadal stoimy na wzgórzu. Wiatr trochę osłabł, słońce powoli chyli się ku zachodowi. Patrzymy w dal, na dumne miasto pod naszymi stopami. Pozwalamy myślom swobodnie krążyć po Nepalu, od miasta do wsi, od doliny po wysokie przełęcze.

Chwilę wcześniej wróciliśmy z gór. Kilkanaście dni wędrowaliśmy wokół Annapurny i już doskonale wiemy, że pobyt w Himalajach wymaga pokory, skupienia i hartu ducha. Na szlaku mieliśmy sporo czasu, by zajrzeć w głąb siebie, uporządkować rozchełstane myśli, zmodyfikować plany. Zdążyliśmy zdziwić się różnorodnością świata, zachwycić urodą i wielkością Himalajów. Nabraliśmy w płuca świeżego powietrza, a wraz z nim całkiem nową perspektywę. Nie tylko wysiłek fizyczny, codzienny marsz i niewyobrażalnie piękny krajobraz, ale przede wszystkim kontakt z ludźmi żyjącymi na stokach najwyższych gór świata, dał nam poczucie siły i wyjątkowości. Bo właśnie doznaliśmy piękna w najczystszej postaci. Poczuliśmy wdzięczność i szczęście. Ta emocja zostanie z nami na zawsze, pomimo wiatru, który szarpie kolorowe sukienki, trzepocze modlitewnymi chorągiewkami i wywiewa myśli z głowy, by zabrać je ku niebosiężnym szczytom.

Autor: Iwona Szelezińska

 

 


logo MIEJSCIwona Szelezińska
Podróżniczka i reporterka. Autorka zbioru reportaży z Nepalu „Kopnij piłkę ponad chmury”.
Od kilkunastu lat zawodowo związana z Azją. Organizuje kameralne wyprawy, nie tylko do Nepalu, w ramach własnego Biura Podróży MIEJSCA; www.miejsca.net.pl