To na pewno jedna z ciekawszych opcji zwiedzania obu stolic Rosji podczas jednej wyprawy. Koszalinianka Małgorzata Kugler skorzystała z oferty niemieckiego biura podróży i spędziła dwa tygodnie na stateczku Iwan Bunin, który uczestnikom wycieczki służył za miejsce noclegu i środek transportu (podobne wyjazdy organizują również małe polskie firmy turystyczne).

Z lotniska w Moskwie autokar przewozi turystów od razu na statek, gdzie wita się ich – chciałoby się powiedzieć po staropolsku, ale tak naprawdę po słowiańsku: chlebem i solą oraz ludową muzyką. To będzie przez następne dni dom dla gości. Jak opisuje pani Małgorzata Kugler, dwuosobowe kajuty utrzymane są w porządnym standardzie. Można oczywiście za dodatkową opłatą mieć „jedynkę”, ale to zupełnie niepotrzebne wobec faktu, że większość czasu i tak zajmuje zwiedzanie.

 

 

Pierwsze trzy dni przeznaczone są na oglądanie Moskwy, także nocnej. Nie byłoby ono możliwe bez skorzystania z autokaru, bo pierwsze co robi wrażenie w stolicy Rosji to ogromne przestrzenie. Jadąc tam indywidualnie, można przemieszczać się między poszczególnymi odległymi częściami 12-milionowego miasta znakomicie funkcjonującym metrem, ale w większej grupie byłoby to kłopotliwe.

Moskiewskie metro ma zresztą status samoistnej atrakcji turystycznej. Otwarte zostało w 1935 roku. Składa się ono z 12 linii, których łączna długość wynosi 346 km (piąte co do długości metro na świecie). Codziennie korzysta z niego średnio 7 mln pasażerów. To co przyciąga uwagę turystów to przede wszystkim stacje, których część uważana jest za wzorcowy przykład architektury socrealizmu (44 z 200 zostało zaliczone do obiektów dziedzictwa kulturowego Rosji). Ich wnętrza przypominają pałace, pod sufitami wiszą misterne żyrandole, wszędzie pełno marmurów, rzeźb, sztukaterii i złoceń – oraz śladów radzieckiej, komunistycznej przeszłości. Metro zwiedza się w nocy, bo tylko wtedy stacje się wyludniają i można je swobodnie oglądać.

 

 

Inne punkty wycieczki po Moskwie to rzec można „klasyka”: Plac Czerwony, Pałac Kremlowski i mury Kremla, cerkiew Wasyla Błogosławionego… No i wielki GUM, czyli najsłynniejszy sklep w Rosji. To nie tylko zakupy na najwyższym poziomie, ale i kawałek historii państwa. Jego pomysłodawcą był pod koniec XIX wieku car Aleksander III. To właśnie on ogłosił konkurs na projekt domu towarowego, zakończony zwycięstwem Aleksandra Pomierancewa. Pomysł projektanta był zgodny z panującą wówczas w Europie modą na pasaże, czyli wiele sklepów pod jednym dachem. Pomierancew zdecydował się na dosyć lekką i nowoczesną konstrukcję, która doskonale zamknęła plac Czerwony naprzeciwko murów Kremla. Ceny? Co najmniej dwukrotnie wyższe niż w Polsce, a mimo to kupujących nie brakuje. Widok pań z „bukietami” papierowych toreb nikogo nie dziwi.
Pani Małgorzata Kugler komentuje: – Bardzo ekskluzywne miejsce. Najbardziej znane marki światowe w jednej lokalizacji. Ceny z kosmosu. Przykładowo zwykłe spodnie dżinsowe kosztują w przeliczeniu na złotówki 1700 zł. Kupują tam i Rosjanie, i przyjezdni.

Imponują również Plac Czerwony i Kreml. – Ja miałam inne wyobrażenie tego miejsca. Jest to wielka przestrzeń, otoczona murem z czerwonej cegły. W centralnym punkcie stoi nowoczesny, przeszklony budynek, w którym na co dzień pracuje Władimir Putin – mówi pani Małgorzata.

 

 

W Moskwie ani w żadnym innym mieście Rosji nie ma na ulicach śmietników, co jest skutkiem obawy przed zamachami bombowymi. A mimo to wszędzie jest czysto. Każdy musi zabrać swoje śmieci do domu, nawet takie jak niedopałki papierosów – bardzo popularne są mini popielniczki noszone przy sobie.
– Przy Kremlu znajduje się przepiękny park. My byliśmy w Moskwie wiosną, więc wszystko wtedy kwitło. I znów rodziło się wrażenie wszechobecnego idealnego porządku – podkreśla Małgorzata Kugler.

Czwartego dnia Iwan Bunin ruszył w rejs Wołgą na północ (szerokość rzeki miejscami dochodzi do 20 km!). – Zatrzymywaliśmy się w przeróżnych miejscowościach, które były przygotowane na to, że przybędą turyści i które oferowały charakterystyczne atrakcje. Gdzieś można było popróbować wędzonych ryb rzecznych, gdzie indziej obejrzeć niesamowity żywy skansen z działającymi warsztatami rzemieślników. Drewniane domy, każdy w innym charakterze, bardzo kolorowe. W jednym z nich urządzono ogromne muzeum wódki – ściana około 10 na 6 metrów, cała w półkach z rosyjskimi wódkami. Było ich, myślę, dziesiątki tysięcy rodzajów – wspomina pani Małgorzata.

 

 

Wśród oferowanych na każdym kroku pamiątek królowały matrioszki, czyli lalki pochowane jedna w drugiej. Wbrew pozorom nie jest to tani gadżet, o ile oczywiście ma wartość artystyczną. Delikatne, ceramiczne, ręcznie wykonane i ręcznie ozdobione potrafią kosztować – w przeliczeniu – nawet 20 tysięcy złotych. Jasne, że można również dostać też mniejsze, drewniane, oczywiście tańsze.

– Takich kompleksów jak ten skansen w Polsce brakuje. Można przyjrzeć się pracy rękodzielników, posmakować miejscowej kuchni, kupić pamiątki. Na mnie szczególne wrażenie zrobiła biżuteria wykonana z liści drzew. Coś niesamowitego. Liście tak spreparowane, że zachowywały swoją strukturę a jednocześnie nie kruszyły się, były bardzo elastyczne, trwałe – wspomina pani Małgorzata. – Inna wspaniała rzecz, choć już nie tak spektakularna, to rozmaite przedmioty z kory brzozowej.

Jak podkreśla nasza rozmówczyni, Rosjanie bardzo dbają o pamiątki przeszłości. Widać to nie tylko w turystycznych miastach, ale właściwie na każdym kroku.

 

 

Rejs z Moskwy do Sankt Petersburga zajął pięć dni. Jakie wrażenie robi stolica Rosji zbudowana przez cara Piotra Pierwszego? – Jak dla mnie Petersburg jest przytłaczający – mówi pani Małgorzata. – Dominują bardzo wysokie budynki. Powoli stare bloki są wyburzane, a w ich miejsce powstają nowe, dużo wyższe. Samo centrum jest utrzymane w starym stylu, ale na obrzeżach znajdują się nowoczesne budowle. Niektóre tak charakterystyczne jak siedziba Gazpromu, która może konkurować z najwyższymi obiektami w Dubaju. Widać ją wyraźnie nawet z samolotu, tak jest wysoka.

Zwiedzanie objęło również Carskie Sioło, czyli kompleks pałacowy pod Petersburgiem. Letnia rezydencja carów imponowała w swoich czasach przepychem. Mnóstwo większych i mniejszych obiektów architektury, piękne ogrody z licznymi fontannami, wszędzie dzieła sztuki, złocenia. Po Rewolucji Październikowej Carskie Sioło podlegało postępującej dewastacji. W czasie II wojny światowej splądrowali je Niemcy, wywożąc większość mebli i dzieł sztuki – w tym słynną Bursztynową Komnatę. Jej replikę można od pewnego czasu oglądać w głównym pałacu; losy oryginału są nieznane. Na budowę kopii potrzeba było 40 ton bursztynu i 7 lat pracy zespołu artystów i rzemieślników.

 

 

– W Carskim Siole wciąż kręci się mnóstwo ludzi, co uniemożliwia dokładne przyjrzenie się każdej rzeczy, ale mimo wszystko ten przepych, ilość złota i marmurów zapiera dech w piersi – mówi pani Małgorzata. – Tak samo w Ermitażu, gdzie jest kilka milionów eksponatów. Zanim pojechałam do Rosji, przez miesiąc zbierałam informacje o najciekawszych zabytkach. Na miejscu nie byłam w stanie zobaczyć części z nich, bo na wszystko trzeba by mieć wiele dni. Co ciekawe, zwiedzanie jest bardzo sprawnie zorganizowane. Nie ma ogromnych kolejek jak na przykład w Luwrze, komentarz przewodnika odsłuchuje się, nosząc słuchawki na uszach, więc nikt nikomu nie przeszkadza.

Jak podkreśla nasza rozmówczyni, na każdym kroku spotykała się z życzliwością: – Byłam trochę przerażona, kiedy tam jechałam, bo mamy wyobrażenie o Rosji jako kraju „dzikim” i niebezpiecznym. Było to fałszywe przekonanie. Przekonałam się, że demonstrowana przez Rosjan uprzejmość nie zależy od narodowości gości. Tak samo odnoszą się do Niemców, Polaków, Francuzów czy Japończyków.