Kołobrzeska alejka artystyczna – tu nie tylko kupisz stare monety, mapy czy rysunki. Tu masz szansę poczuć się tak, jakbyś wrócił do czasów dzieciństwa lub znalazł się w czasach przodków.

Alejkę artystów w Parku Zdrojowym stworzyli zbieracze antyków skupieni w Kołobrzeskim Klubie Kolekcjonera. Oferują przedmioty z duszą. Zachęcają do rozmowy o historii i uczą wrażliwości.

Przekonują, że współczesny świat jest przepełniony towarami – produkowanymi masowo, sprzedawanymi w identycznych marketach. Tymczasem stare przedmioty – bywa, że zaśniedziałe i nie zawsze sprawne – mają tożsamość. Dwóch identycznych antyków przecież się nie znajdzie. One nigdy nie wyjdą z mody!

 

Nie umiem myśleć o niczym innym

Kołobrzeski Klub Kolekcjonera ma już dwudziestoletnią historię. Skupia kilkunastu hobbystów. Przeważają ludzie odpoczywający na emeryturze, których łączy jedna rzecz – miłość do starych przedmiotów. To pasjonaci bez reszty oddani sprawie ratowania pamiątek przeszłości – mieszkańcy Kołobrzegu, Koszalina i innych pomorskich miejscowości.

Nietuzinkową postacią jest z pewnością koszalinianin Stanisław Kułaga. Znany w Polsce pasjonat numizmatyki, kolekcjoner piwnych butelek pochodzących z dawnych browarów na Pomorzu, zbieracz starych pocztówek z miast zachodniej i północnej Polski.

Skąd bierze się taka pasja? Czasem to kontynuacja tradycji rodzinnej, która potrafi tak zawładnąć człowiekiem, że wypełnia każdą wolną chwilę. Niektórzy zainteresowaniem antykami zarazili się od znajomych. W przypadku innych inspiracją stał się przypadkowo znaleziony przedmiot. – Stara moneta, którą jako młody chłopak znalazłem w ruinach kamienicy w Sianowie tak podziałała na moją wyobraźnię, że od myślenia o przeszłości i antykach już nie mogę i nie chcę się uwolnić – mówi jeden z kolekcjonerów.

 

 

„Historyje gratis”

Pan Tomasz przez pewien czas prowadził pod Koszalinem sklep z antykami. Już wtedy zauważył, że ludzie lubią przyjść, by popatrzeć na przedmioty z duszą, a także by o nich porozmawiać. A jeśli kupują staroć, chcą by miała konkretną przeszłość, by można jej było przypisać jakąś opowieść, a nawet, by jej los można było związać z konkretnym człowiekiem. Zbieracze staroci uwielbiają snuć takie opowieści. Dlatego ukute wówczas hasło „antyki na sprzedaż, historyje gratis” bardzo podobało się klienteli. I tym hasłem dziś pan Tomasz stara się przyciągnąć ludzi do alejki artystycznej w Kołobrzegu.

Inna rzecz, że życie tworzy zupełnie zaskakujące historie, w których ważną rolę grają drobiazgi. Ot choćby stary kałamarz, który niegdyś należał do znanego kolekcjonera. Kolekcjoner umarł, żona postanowiła sprzedać zbiory. – Stoję na targu staroci w mieście położonym kilkaset kilometrów od Koszalina. Podchodzi starszy pan, mówi, że kiedyś miał stary kałamarz, oddał go koledze, który zbierał starocie. Ale kolega umarł …. Od słowa do słowa okazuje się, że to jest właśnie ten kałamarz, który stoi na moim stoisku.

 

 

Tu znajdziesz prawie wszystko

Co można kupić w kołobrzeskiej artystycznej alejce? Przede wszystkim bibeloty: figurki, obrazy, rysunki, grafiki. Sporo jest monet i banknotów – historycznych i współczesnych nawet z bardzo egzotycznych krajów. Są naczynia z cyny i stara biżuteria. Mnóstwo znaczków pocztowych i starych widokówek z popularnych miast regionu (Kołobrzegu, Koszalina czy Połczyna), ale też unikatowych – z miejscowości rzadko odwiedzanych. Są i współczesne wyroby rękodzielników: haftowane serwety, zabawki z pluszu, ręcznie robiona biżuteria.
Meble i duże przedmioty wyposażenia wnętrz bywają rzadko. Bo eksponowanie i oferowanie do kupna takich rzeczy w plenerowych warunkach jest kłopotliwe. Zdarzają się jednak stojące zegary, taborety, lampy, stare żelazka. A nawet bogato zdobiony przedwojenny podnóżek nawiązujący do czasów cesarstwa napoleońskiego.
Cenione są pamiątki, które mają nie tylko estetyczne, ale i konkretne historyczne znaczenie. To może być talerz z popularnego przedwojennego sanatorium w Kołobrzegu, czy wieszak z najbardziej znanego, dawnego sklepu z garniturami w Koszalinie.

Nasi hobbyści wyszukują takie rarytasy nie tylko w regionie. Korzystają z pomocy zaprzyjaźnionych kolekcjonerów z całego kraju, oferując w zamian pomoc w zdobyciu cennych dla nich pamiątek. Dla zbieracza z Warszawy będzie to z pewnością fotografia przedwojennej stolicy, dla mieszkańca Katowic – talerz z założonej przed wojną fabryki porcelany Silesia.

 

 

Filiżanka dla mężczyzny z wąsami

Wśród naszych kolekcjonerów też są miłośnicy i znawcy szkła i porcelany, u których można znaleźć niemal wszystko, począwszy od dzbanka do picia zielonej herbaty, a skończywszy na specjalistycznej filiżaneczce zaprojektowanej tak, by mógł z niej pić kawę mężczyzna, który ma długie i krzaczaste wąsy. Filiżanka ma nosek, przez który sączy się ciecz i osłony, żeby zbytnio nie pomoczyć wąsów i ust. To niebywała rzecz!
Pan Tomasz pokazuje inny ciekawy nabytek: biały dzbanuszek ze znakiem czerwonego krzyża. Może w jakimś frontowym lazarecie służył do zwilżania ust choremu albo do podawania jakiegoś specyfiku? Może przechowywano w nim wodę utlenioną? Odgadywanie takich zagadek jest równie atrakcyjne, jak samo patrzenie na historyczne pamiątki, które – choć skromne i drobne – są unikatowe.

Książek bywa niewiele. Bo przecież – trzeba to otwarcie przyznać – mamy cywilizacyjny odwrót od książek. Czegóż się jednak nie robi dla ozdobnych okładek?! Piękne starodruki, które mogą stać się ozdobą salonu zawsze więc znajdują nabywców.

Są sztućce z monogramami, w których można by się doszukiwać znanych przedwojennych nazwisk. I przedmioty oznakowane herbami miejscowości nadmorskich, a nawet symbolami poszczególnych domów zdrojowych. Zdarzają się sygnety z orzełkiem, wisiorki czy medale upamiętniające bitwy albo wręczane jako nagrody w turniejach strzeleckich.

A jeśli uda się zdobyć prawdziwy skarb – sygnet herbowy, i to, daj Boże, polskiej rodziny – to robi się naprawdę gorąco. Kolekcjonerzy zbiegają się przy stoisku, patrzą z zazdrością i próbują dowiedzieć się czegoś więcej. Każdy marzy, by następnym razem coś takiego trafiło się jemu nie sąsiadowi. Znają się od wielu lat i bardzo szanują, ale żyłka rywalizacji w nich nie zginęła.

 

 

Antyki jak rzeka

Skąd biorą się starocie? Ich zdobywanie to nieustanny proces. Kiedy raz człowiek zachwyci się światem starych rzeczy nie ma odwrotu. Przedmioty płyną wartkim strumieniem. Kolekcjonerzy widzą je i wyławiają wszędzie, na każdym kroku.

Kupują je na wyprzedażach, dostają w ramach wymiany, znajdują w opróżnianych piwnicach i strychach. Często przynoszą je znajomi i zupełnie obcy ludzie, którzy w ten sposób pozbywają się niepotrzebnych – z ich punktu widzenia – gratów.

Zdobywaniu cennych drobiazgów służą jednak przede wszystkim podróże. W odległych miejscach w kraju czy za granicą, na jarmarkach czy w sklepach ze starociami, można znaleźć prawdziwe cudeńka. Czasem trafiają się absolutne rarytasy. Jak choćby dwie szable konnicy francuskiej z końca XIX wieku. Może dwaj bracia albo syn i ojciec służyli w armii francuskiej jako oficerowie lub podoficerowie? Pewnie mieli polskie, emigracyjne korzenie. Może jakaś starsza pani po latach życia we Francji przeprowadziła się do Polski i zabrała ze sobą cenne dla jej rodu szable? Takie historie przecież zdarzają. Kolekcjonerzy to nie badacze dziejów, mogą jednak wpływać na wyobraźnię nabywcy. Podsuwają więc opowieści, wszystko zgodnie z hasłem „historyje gratis”.

 

 

Chwilo, trwaj!

Co rano sygnał klaksonu starego auta albo dźwięk trąbki rozlegający się w dzielnicy uzdrowiskowej Kołobrzegu oznajmia, że antykwariusze już czekają w swojej alejce. I choć zbieracze z regionu oferują cudeńka kolejny sezon z rzędu, ich obecność w parku zdrojowym wciąż wywołuje zaskoczenie. To zrozumiale: w mieście wciąż pojawiają się nowi ludzie. Są aktywni, ciekawi wszystkiego, co dzieje się w kurorcie. Chcą zajrzeć w każdy zaułek, porozmawiać i kupić jakąś ciekawą rzecz.

I nie ma co ukrywać – dużą ich część stanowią kuracjusze i turyści z Niemiec. Szukają drobiazgów z regionu, z którego pochodzą ich przodkowie. I zwyczajnie – bez żadnych podtekstów – chcą zabrać niebanalną pamiątkę, która ma swoją historię.

Zbieracze antyków marzą, by w ich alejce swoje zbiory zaczęli też prezentować hobbyści z zagranicy (kolegów z innych regionów kraju często u siebie goszczą). Z zazdrością spoglądają na kraje Zachodu, gdzie jarmarki i giełdy staroci stają się często prawdziwym lokalnym świętem. Z żalem opowiadają po cichu, że na tym samym Zachodzie młodzi, opróżniając domy po zmarłych rodzicach czy dziadkach, czasem bez żenady wyrzucają na śmietnik gromadzone latami meble, sprzęty, czy drobne wyposażenie, których przeznaczenia nawet nie próbują dociekać. Gdzieś urywa się ciągłość pokoleniowa.

U nas giełdy staroci nie cieszą się aż tak dużym powodzeniem. Wciąż jednak do pamiątek po przodkach odnosimy się z dużym szacunkiem (może dlatego, że z powodu licznych historycznych zawieruch niewiele ich przetrwało; ratuje się więc to, co się da).

Niech więc pozostanie tak jak jest: dbajmy o stare przedmioty i pamiętajmy o – do szpiku kości – przesiąkniętych miłością do antyków kolekcjonerach, u których zawsze można wypatrzeć jakiś ciekawy drobiazg. Pamiętajmy o nich również, jeśli zamierzamy wyrzucić coś, co ma swoje lata. Pewnie kierując się tą myślą, całkiem niedawno przypadkowy przechodzień oddał naszemu rozmówcy metalowy, przedwojenny gwizdek bosmański.
– Powisi kilka dni na mojej szyi i powędruje w świat – pan Tomasz oddaje się refleksyjnemu nastrojowi. Wspomina, że przez wiele lat pracował w biznesie. Tamta droga – choć bardzo atrakcyjna i efektowna – zawsze wydawała mu się skończona. Antyki to całkiem inna opowieść. – Kiedy budzę się rano, proszę: „Panie, pozwól mi zajmować się tym choć jeszcze jeden dzień. Niech ta historia się nie kończy!”