Bar rybny „Albakora” w Ustroniu Morskim, przedwojennym Henkenhagen. Miejsce z duszą. Jego właścicielem jest Andrzej Pogonowicz, człowiek-instytucja. Elektronik z wykształcenia, historyk Ustronia z zamiłowania, kolekcjoner przedwojennych dokumentów – map, fotografii, pocztówek. Ma ich w swoich zbiorach blisko tysiąc, ale wciąż na aukcjach i giełdach kupuje nowe. Niestrudzenie szuka śladów przeszłości w miejscowości, którą ponad 30 lat temu stało się jego miejscem na Ziemi.

Kiedy w jego ręce trafia upolowana w Internecie pocztówka, rozpoczyna się swoisty rytuał. – Może to zabrzmi dziwnie, ale ja ją najpierw wącham, bo ponad stuletnie pocztówki mają swój charakterystyczny zapach, a następnie stukam w nią palcem i sprawdzam, jaki odgłos wydaje – zaczyna swoją opowieść Andrzej Pogonowicz. – Potem sięgam po szkło powiększające i zaczynam studiować każdy szczegół. Są kolekcjonerzy, dla których ważna jest korespondencja, czyli to, co jest na pocztówce napisane, dla mnie ważny jest widok, który przedstawia.
Dzięki temu odtwarza wygląd przedwojennego Ustronia Morskiego – układ ulic, najważniejsze budynki. To między innymi dzięki takiemu drobiazgowemu i żmudnemu śledztwu udało mu się ustalić, że kamień leżący na terenie boiska sportowego w Ustroniu, to fragment pomnika gimnastyków z Henkenhagen poległych w pierwszej wojnie światowej.

Pomnik wzniesiony w 1920 r., zniszczony po 1945 r., został ponownie odsłonięty w 2016 r., czego jednym z inicjatorów jest właśnie miejscowy społecznik, Andrzej Pogonowicz.

 

 

Wakacyjna miłość na całe życie

Jest rok 1977, lato. Do ośrodka wczasowego w Sianożętach, małej nadmorskiej miejscowości niedaleko Kołobrzegu, przyjeżdża ze Śląska młody chłopak. Ale nie na wczasy. – Do pracy. To była delegacja. Na dwa tygodnie, a potem pozwolili mi zostać nad morzem jeszcze tydzień – wspomina Andrzej Pogonowicz.
Siedzimy w „Albakorze”, gospodarz częstuje pyszną kawą. Tu go można zawsze spotkać. Tu przyjmuje gości, przegląda swoje zbiory lub na zapleczu śledzi pocztówkowe aukcje w Internecie. Z brodą i imponującą posturą wygląda jak wilk morski i można by przypuszczać, że to on rządzi w kuchni, ale nic bardziej mylnego. „To kuchnia Grażyny” – głosi napis na ścianie, tuż obok tablicy z datą założenia baru: 1980. I tak jest. W „Albakorze” rządzi żona pana Andrzeja, on woli ciszę, spokój i swoją pasję. – Urodziłem się w Widawie (pod Łodzią), ale nie mieszkałem tam długo. Tuż po podstawówce wyjechałem, żeby uczyć się w technikum elektronicznym, a potem jeszcze dalej – na Śląsk. Tam była praca w kopalni, w ten sposób mogłem uniknąć służby wojskowej.
Słońce, plaża, morze, a na stołówce ośrodka wczasowego, w którym pracował, atrakcyjna kelnerka. Grażyna, córka dowódcy strażnicy WOP, od razu wpada mu w oko. Nic więc dziwnego, że kiedy trzeci tydzień pobytu nad Bałtykiem dobiega końca, Andrzej postanawia nie wracać na Śląsk. Oświadcza się Grażynie, zostaje przyjęty i zaczyna załatwiać przeniesienie na Pomorze Zachodnie. Kopalnia, choć niechętnie, idzie mu jednak na rękę. W ramach zakładowego porozumienia zostaje pracownikiem kołobrzeskiej Elwy (Fabryka Podzespołów Radiowych, działająca do 1998 roku). Bierze ślub z Grażyną i razem otwierają Bar Rybny „Albakora” w Ustroniu Morskim. W sezonie pracuje w nim razem z żoną. – To był trudny czas – wspomina. – Żeby pracować u siebie, brałem urlopy – płatne, bezpłatne – kombinować trzeba było. Pobudka o piątej, jazda po zaopatrzenie, potem autobusem do Kołobrzegu, do pracy, powrót po czwartej, potem jeszcze kilometr na piechotę od przystanku… Trudno to było pogodzić.

Szybko okazało się, w smażalni zarobi więcej niż w fabryce, a i bardziej się przyda żonie, zwłaszcza że rodzina im się powiększa, bo na świat przychodzi córeczka, Kamila. Żeby wspomóc rodzinny budżet Andrzej zostaje taksówkarzem. – I dalej nie miałem na nic czasu. Do tego ja właściwie wcale nie znałem Ustronia, w którym mieszkałem. Dużo lepiej znałem Kołobrzeg, tam miałem znajomych, najpierw z Elwy, potem z postoju. Do domu wracałem zmęczony i nie miałem siły udzielać się towarzysko.

 

 

Gdyby nie pewna Niemka…

Pewnego dnia do jego taksówki wsiada Niemka, która każe wieźć się pod katedrę kołobrzeską. A konkretnie – pod „Dom”, więc historia zaczyna się od nieporozumienia, bo Andrzej, który nie zna niemieckiego, nie wie, że „Dom” w języku niemiecki znaczy „katedra”. Ona prosi, żeby na nią poczekał, a po powrocie daje mu w prezencie wycinek z gazety o historii kołobrzeskiej katedry i kołatki, która w niej się znajduje.

– I coś zaskoczyło – wspomina Andrzej. – Pomyślałem, to fajne, czemu by się tym nie zainteresować, nie zacząć zbierać pamiątek związanych z historią Kołobrzegu. Nie miałem wtedy swojego konta na portalach aukcyjnych, więc córka mi pomogła i kupowałem pierwsze pocztówki jako Kamila – śmieje się Andrzej.
Były to też czasy rozkwitu Jarmarków Solnych, na których można było wtedy kupić starocie, a nie jak dziś góralskie kierpce znad morza. Na takim targu Andrzej kupuje swoją pierwszą pocztówkę z przedwojennego Kołobrzegu. Dobrze ją pamięta, choć – jak mówi – nie była ani ładna, ani cenna. Ot, taki widoczek z Ogrodu Różanego przedstawiający herb miasta ułożony z kwiatów.

Pierwsza pocztówka z Henkenhagen? Widok budynków przy Lindenstrasse, czyli dzisiejszej ul. Wojska Polskiego, na której nadawca ołówkiem kopiowym zaznaczył krzyżykiem, gdzie mieszkał.
Nawiązuje też kolekcjonerskie znajomości i uczy się, że nie wszystko trzeba kupić, czasem można się wymienić. I tak, oddaje niepotrzebną mu mapę Kolbergu, czyli Kołobrzegu, a w zamian dostaje mapę Henkenhagen.
Razem z kolegami zbieraczami zaczyna jeździć do Berlina na giełdy pocztówkowe. – Jechało nas czterech, dzieliliśmy się kosztami podróży. Jak się nie udało kupić nic z Ustronia, to kupowałem z Kołobrzegu. Żeby później sprzedać lub mieć na wymianę.

 

 

900 pocztówek z Henkenhagen

– Zaczynałem od siedmiu pocztówek i to wydawało mi się sporo, bo w końcu miejscowość nie jest duża. Ale usłyszałem, że w Sarbinowie mieszka pewna kolekcjonerka, która ma w zbiorach 180 pocztówek, a to podobna wielkością miejscowość. Pomyślałem sobie: muszę ją dogonić. Ku memu zdumieniu 180 sztuk szybko pękło, a potem okazało się, że i 200 to za mało. Następny cel: 500! Myślę sobie, to niemożliwe, nie dam rady, to magiczna granica, której nie przekroczę. Dziś mam w swych zbiorach 930 sztuk – mówi z dumą. – Na początku postanowiłem, że będę zbierał tylko papier. Można szukać porcelany, monet, szkła – ale ja nie chciałem. Przyszedł czas, że złamałem swoje zasady. Trzeba bardzo uważać i szukać napisu Ostseebad, bo miejscowości o nazwie Henkenhagen przed wojną były trzy i można przez przypadek kupić coś, co z dawnego Ustronia Morskiego wcale nie pochodzi – przestrzega Andrzej. Do dziś pamięta moment, w którym odkrył, że jest w Berlinie sklep ze starymi widokówkami. – Mieli w zbiorach 2 miliony pocztówek! Mało nie umarłem z zachwytu! Kupiłem u nich 75 sztuk, dali mi rabat jak hurtownikowi – śmieje się i uczciwie dodaje, że na te zakupy musiał pożyczyć marki od żony. Czy to już uzależnienie? – To na pewno działa jak narkotyk – przyznaje. – Kiedy widzę okaz, którego nie mam, czuję, że muszę go mieć.

 

Badacz historii Ustronia

Najdroższy okaz w kolekcji? Folder, rodzaj przewodnika po Henkenhagen. Nie chce powiedzieć, ile za niego zapłacił, ale można to sobie wyobrazić, kiedy przyznaje, że ma w kolekcji pocztówki o wartości 700 – 800 zł. Najcenniejsze są te przedstawiające dworzec kolejowy.

To kosztowne hobby. Żona śmieje się, że kiedy poświęcił się mu na dobre, musieli podzielić wspólną kasę. A jak uznała, że mąż przesadza z wydatkami na swoje pocztówki, kazała mu zacząć sprzedawać podwójne lub te, mniej interesujące, i w ten sposób zbierać pieniądze na kolejne zakupy. Andrzej sprzedał też swoją kolekcję pocztówek niezwiązanych z Ustroniem, a miał w niej kilka białych kruków. Czy są jeszcze jakieś pocztówki, których nie ma w swoich zbiorach, czy kupił już wszystko, co było na rynku? – Na pewno są – mówi z przekonaniem, choć wielkość jego zbioru jest imponująca. Ale nie to jest dla niego najważniejsze. Najbardziej ceni znajomości, które zawarł dzięki swoim pocztówkom. Z wieloma kolekcjonerami przyjaźni się do dziś. Dzwonią do siebie, piszą, odwiedzają…

Z czasem pasja zbieracza przeradza się w coś więcej. Kiedy jego zbiór osiąga imponującą liczbę 500 sztuk, ustrońska biblioteka z okazji swojego 60-lecia proponuje mu zorganizowanie wystawy „Ustronie Morskie na starych pocztówkach”. Zaczyna zgłębiać historię przedwojennego Henkenhagen i wydaje album „Ustronie Morskie. Na granicy czasu”, w którym na starych pocztówkach ukazuje piękno przedwojennego kurortu oraz na swoich zdjęciach to, co dziś z niego pozostało. Swoje zbiory prezentuje też w cotygodniowych felietonach na łamach „Głosu Koszalińskiego”. Współpracuje z Gminnym Ośrodkiem Kultury i realizuje projekt międzypokoleniowy „A pamiętasz babciu, a pamiętasz dziadku” o pierwszych osadnikach gminy. Prowadzi prelekcje historyczne na temat swojej pasji i regionu, jest zaangażowany w „Noc Muzeów”, WOŚP… W realizacji wielu tych z tych pomysłów towarzyszy mu i pomaga, jego młodszy kolega, Kamil Lepa, były dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Ustroniu Morskim.

Mówią o nim: badacz historii Ustronia, choć on sam przyznaje skromnie, że jaki z niego historyk, jest przecież tylko zwykłym elektronikiem z pasją historyczną. Przed jego okiem uzbrojonym w szkło powiększające, którym śledzi mapy, pocztówki i dokumenty, nic się nie ukryje. Miasteczko właściwie nie ma dla niego tajemnic, choć przyznaje, że do dziś nie udało mu się ustalić, skąd przed wojną czerpało energię oraz gdzie znajdował się jeden z dwóch tzw. Gesselschaftshaus, a konkretnie ten kryty strzechą. Mieszkańcy do dziś wspominają akcję zdrapywania resztek PRL-owskiej farby, który odpadając ze ścian jednej ze starych kamienic na rogu ul. Wąskiej i B. Chrobrego, odsłonił reklamę znajdującego się tu przed wojną sklepu Richarda Bonessa. Można było u niego kupić artykuły spożywcze, alkohol, papierosy, co potwierdza reklama w jednym z przedwojennych przewodników po miasteczku z kolekcji Pogonowicza.

Ustronie Morskie bez Andrzeja Pogonowicza byłoby jedną z wielu nadmorskich miejscowości wypoczynkowych. Jego działalność, zrodzona z pasji i miłości do miejsca, które wybrał na swój dom, pokazała, jak wyglądała historia tego miejsca, która nie zaczęła się po 1945 roku… Dzięki tej wiedzy zupełnie inaczej przemierza się ustrońskie uliczki, poszukując śladów przedwojennej świetności i perełek architektonicznych, których jest już niestety coraz mniej. – Najbardziej żałuję, że nie ma już Pałacu Nadbrzeżnego, z kawiarnią Almira, który został rozebrany na moich oczach z powodu złego stanu technicznego – mówi z żalem Andrzej.
Ale on sam ma dziś zupełnie inny problem. 30 lat podarował żonie na Dzień Kobiet mały cyprysik w doniczce. Postawili go na telewizorze, a po roku Andrzej zasadził go na podwórku. Mijały lata, rósł cyprysik, obok ośrodek wypoczynkowy, który dziś prowadzi jego córka. Krzew ma dziś 9 metrów wysokości i zasłania światło wczasowiczom. Andrzej nie daje go wyciąć. – To też jest historia – mówi. – Historia mojej rodziny. I póki ja jestem, on tu będzie!

 

z zona Grazyna

 

Tekst: Kasia Madey