Już kiedy zobaczyłam malarsko ucharakteryzowaną twarz Beaty Niedzieli na plakacie promującym „Strażniczkę magicznego lasu”, czułam, że kolejna propozycja Bałtyckiego Teatru Dramatycznego będzie znakomita. Nie myliłam się. Poza nielicznymi wyjątkami nasz teatr ma wyjątkowy talent do realizacji spektakli dla najmłodszych, które chętnie i z uśmiechem obejrzą też dorośli. Wystarczy wspomnieć choćby świetną „Pippi Pończoszankę” czy „Muminki”. Bardzo wysoko poprzeczkę zawiesił ubiegłoroczny kapitalny „Cykor – bojąca dusza” w reż. Wojciecha Rogowskiego, ale „Strażniczka…” sięga tego pułapu swobodnie. Słowem – hit.

Podobnie jak w „Cykorze” akcja rozgrywa się w lesie, chyba najbardziej zasłużonym dla baśni i bajek miejscu. Wiadomo – im dalej w las, tym więcej tajemnic, magii i malowniczych stworzeń. Wielki Magiczny Las Północny ma duszę, zaklętą w wielkiej księdze strzeżonej przez Andreę, zwinną ogoniastą wróżkę, w którą Beata Niedziela wciela się z taką lekkością, jakby na co dzień skrzętnie ukrywała swoją prawdziwą tożsamość. Andrea przyjaźni się ze znawczynią łaciny Panną Klementyną Podgrzybkówną (Dominika Mrozowska), matką kilkuset tysięcy dzieci – Panią Bonifacją Sumińską (Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska) i chimerycznym Panem Walerym Żubrzyńskim (Wojciech Rogowski). Andrea, generalnie rozsądna, straci głowę po spotkaniu z hochsztaplerem Horacym Świńskim (Marcin Borhardt), straight from America – Miss Futrią Nutrią (Katarzyna Ulicka-Pyda) i liczącym w kółko pod nosem Anaskazym Kreciakiem (Arturem Paczesnym). Dopiero koszmarny sen, w którym powyżsi aktorzy wcielą są w inne role, pozwoli omamionej podstępnie wróżce przejrzeć na oczy, rozwiązać kilka problemów i docenić wartość przyjaźni.

W tym spektaklu wszystko się zgadza: słowo, obraz, muzyka, wykonanie. Także niuanse choćby choreograficzne (rybie ruchy Pani Sumińskiej – brawa!) czy element interaktywny pozwalający maluchom poczuć się tyle widownią, co częścią przedstawienia, przyjęty zresztą z dzikim (dosłownie) entuzjazmem. Autorem tekstu – także piosenek – jest Tomasz Ogonowski, dziennikarz i jak widać niezły znawca dziecięcej wyobraźni. Napisał rzecz bezpretensjonalną, lekką, w sam raz śmieszną, odpowiednio straszną, a przede wszystkim – autorską. Do tej pory BTD wystawiało adaptacje klasyków literatury dziecięcej, w końcu ma własną super bajkę i oby na deskach gościła jak najczęściej. Przy okazji sztuka ma ekologiczne przesłanie, co zawsze jest cenne, zwłaszcza kiedy pisze się dla dzieci.

Wizja to dzieło niezawodnej Beaty Jasionek, która po raz kolejny dała popis swojej fantazji i pomysłowości zarówno jeśli chodzi o scenografię, jak i kostiumy. To nie tyle elementy spektaklu, zwykłe dekoracje, rekwizyty czy stroje, ale w zasadzie pierwszorzędne walory budujące jego wartość. Dzieci oceniają oczami w pierwszej kolejności i wystarczyło spojrzeć w ich rozdziawiające się buzie po podniesieniu kurtyny czy posłuchać wybuchów śmiechu w momencie pojawienia się na scenie Horacego Świńskiego, by mieć najlepszą recenzję wyczarowanego leśnego, a potem industrialnego świata i jego barwnych bohaterów. Taki scenograf to skarb.

A spiął to wszystko Marcin Borchardt, aktor, człowiek wielu talentów i zajęć, tym razem udanie debiutujący w roli reżysera. W „Strażniczce” da się wyczuć atmosferę pracy zespołowej, zabawę materią, a jednocześnie porządek opowieści, konsekwencję. To bardzo ważne w przypadku przedstawienia dla najmłodszych widzów, których uwagę trudno skupić, i którzy gubią się w bardziej skomplikowanych wątkach. Niektórzy z aktorów wydają się stworzeni do spektakli dziecięcych, choć wszyscy grają świetnie i chyba się nieźle przy tym bawią. Najlepiej jednak bawią się w czasie tych czarownych dwóch godzin (z przerwą) młodzi widzowie i żadne słowa nie będą lepszą recenzją „Strażniczki magicznego lasu”, którą warto zobaczyć, niezależnie od tego, ile ma się lat. Zwłaszcza wtedy, gdy chcemy przekonać dzieci, że teatr to magia.

Spektakl przeznaczony jest dla dzieci w wieku 5+.