Odkąd w 2002 roku stała się jedną z gwiazd pierwszej edycji „Idola”, jest obecna na polskiej scenie muzycznej. Ania Dąbrowska, wokalistka, kompozytorka i autorka tekstów niedawno wydała płytę „Dla naiwnych marzycieli”, która jest jednym z najchętniej kupowanych albumów w Polsce. Piosenki z tej płyty usłyszymy już 28 kwietnia br. w sali Filharmonii Koszalińskiej. Tymczasem, w rozmowie z „Prestiżem” artystka, a prywatnie mama Stasia i Meli, mówi m. in. o tym, że nie ma prawa narzekać, bo jest w bardzo fajnym punkcie w życiu.

 

– To prawda, że nagrała pani ostatnią płytę dla… miłosnych frajerów?

– Pewien dziennikarz poprosił mnie o to, bym określiła kim jest naiwny marzyciel. Odpowiedziałam mu, że to ktoś, kto ma jeszcze wiarę w to, że miłość jest na świecie i generalnie dobro wygrywa.

 

– Pani w to wierzy?

– Ja tak, ale on mi wtedy odpowiedział tak: „Wiesz, to równie dobrze możesz nazwać ten album płytą dla miłosnych frajerów”. Ok, po części się z nim zgadzam, bo faktycznie z czasem uczymy się, że miłość jest wymysłem naszej młodości, ale mimo wszystko ona ciągle mnie inspiruje, a przy tej ostatnie płycie nawet bardzo.

 

– W jednej z piosenek śpiewa Pani: „Bez Ciebie więcej czasu mam, lepiej śpię, robię co chcę, potrafię oszukać się”. Dziesięć lat temu śpiewała Pani: „Wiem, że jestem jedną z tych co nie boją się żyć. Gdy dzień zmienia się w ciemną noc nie przestraszy mnie nic. Wiem, że radę sobie dam, niepotrzebny mi nikt”. Krótko mówiąc wniosek jest jeden – cały czas daje Pani radę.

– Muszę. Nie ma możliwości, żeby odpuścić. Czas mija, wszystko się zmienia, nabieramy doświadczeń i to wszystko się odbija na moich płytach i w moich tekstach. Zawsze tak było.

 

– Jak się czuje Ania Dąbrowska jako duzemama?

– Super. Jestem trochę zmęczona natłokiem obowiązków, które trzeba pogodzić ze sobą. Nie jest łatwo być jednocześnie matka i piosenkarką, ale dzieci utrzymują mnie w równowadze psychicznej i bardzo się cieszę, że tak jest. Miałam 29 lat jak zaszłam w pierwszą ciążę. Dziś mam 35 i jestem mamą dwójki dzieci.

 

– Czternaście lat temu cała Polska oglądała program „Idol”. Ile zostało z tamtej dziewczyny z długą grzywką zasłaniającą oczy, jaką wtedy Pani była?

– Ojej! Dużo zostało, ale dużo też się zmieniło. Myślę, że została pasja i kreatywność, ale doświadczenia mnie złagodziły. Nie mam już tej strasznie buntowniczej natury, którą miałam kiedyś. Powiedziałabym, że dziś jestem większą dyplomatką. Dużo więcej zjawisk i ludzi akceptuję. Nie jestem już taka radykalna. Jak byłam młodsza, to wszystko było na innych zasadach. To znaczy szłam z wiatrem i nie myślałam zupełnie o niczym. Nagrywałam płytę za płytą, aż w końcu zaczęłam myśleć o tym, że powinnam zacząć się bardziej zastanawiać nad tym co robię, albo coś zmienić, pójść w innym kierunku. Zaczęłam się dusić tym, że ciągle pokazuję te same odsłony jednego wątku. Skupiłam się na tym wszystkim tak mocno już jakiś czas temu. Nawet przy pracy nad ostatnią płytą zastanawiałam się czego ode mnie oczekują ludzie? Czego ja sama oczekuję? Co powinnam nagrać? To mnie ograniczało, zabijało kreatywność. Chciałam się tego spięcia pozbyć i odizolowałam się.

 

– A nie ma Pani takiego spięcia komponując dla innych artystów? Nie tak dawno pojawiły się plotki, że będzie pani pisać i komponować przeboje dla Dody.

– Chętnie rozdaję innym artystom piosenki, jeżeli jest takie zapotrzebowanie i nie patrzę na nazwiska. Jesteśmy w tym samym ogródku i przyznam szczerze, że niechętnie oceniam dokonania innych ludzi. To bez sensu. Ja wolę się skupiać na tym, co jest pozytywne, co mnie inspiruje.

 

– To chyba dobrze, że inspiracją dla Pani są uczucia?

– Takie czasy, ale ludzie mają różne potrzeby. Jedni chcą słuchać o miłości, a inni o zupełnie innych rzeczach. Dobrze, że jest różnorodność. Ja od lat robię swoje i mam w głowie mnóstwo pomysłów. Poza tym nie mam prawa w ogóle narzekać, bo jestem w bardzo fajnym punkcie w życiu. Wokół mnie dzieją się optymistyczne rzeczy.

 

– Założyła Pani teraz na głowę czapkę z napisem psycholog?

– Tak, tak. „Ania Dąbrowska teraz się pociesza, że będzie dobrze” (śmiech). Nie wiem, jak pani, ale ja zauważyłam, że ludzie mają jakieś strasznie negatywne myśli. Nieważne, czy są z branży, czy spoza niej, ale ciągle narzekają, ciągle coś im nie pasuje. Chyba ta zima nas przytłoczyła.

 

– Podczas koncertów promujących najnowszą płytę na scenie wygląda Pani bardzo wiosennie i kobieco.

– To też był pewien proces. Dopiero gdy skończyłam 30 lat, zaczęłam dostrzegać, że jestem kobietą. Kiedyś w ogóle nie przywiązywałam wagi do tego, jak jestem ubrana. Na koncerty zakładałam najczęściej spodnie. Nagrałam płytę „W spodniach, czy w sukience” i może miałam kobiecy wizerunek przy kilku płytach, ale kompletnie tak się nie czułam. Teraz zapragnęłam zapuścić włosy i być świadoma. To chyba też się wiąże z tym naiwnym marzycielstwem, bo nie jest tak, że po trzydziestce wszystko się kończy. Może coś się jednak zaczyna? W moim odczuciu moja ostatnia płyta to taki pierwszy krok do słońca.

male 1

– Kasia Kowalska zawsze wydawała płytę po jakichś ciężkich przeżyciach osobistych. W wielu wywiadach przyznawała, że musi „mieć doła”, by zacząć tworzyć. Historia pokazuje, że najlepiej sprzedające się płyty to te, które opowiadają o złamanym sercu. Amy Wineohuose, czy Adele odnosiły największe sukcesy po tym, jak wydarzyło się coś w ich prywatnym życiu, ale niechętnie o tym mówiły. A Pani?

– Ja też niechętnie o tym mówię. Poza tym moja płyta nie jest tylko o „złamanym sercu”, ale chyba też o poczuciu nadziei i wiary w to, że wszystko trwa.

 

– Daje sobie Pani prawo do słabości?

– Mam trochę depresyjną naturę, więc z tym walczę. Staram się nie dawać sobie powodów do słabości i pozwalać na nie. Próbuję się wyciągać z tych czeluści w stronę bardziej optymistyczną. Robię co mogę, by nie popadać w nadmierne zmartwienia. Teraz, kiedy spotykam się z ludźmi, też nie mogę chodzić smutna. Fani przyjdą zrobić pamiątkowe zdjęcie i co? Wstawią je później na Facebooka.

 

– No tak. Te media społecznościowe…

– Dynamika tej formy komunikacji jest tak wielka, że jest to dziś nowy sposób zachowywania. Wydaje mi się, że ludzie dopiero teraz zaczynają rozumieć, jak to działa, co daje, itd. Ja nie jestem internetowa. W prowadzeniu oficjalnego profilu na Facebooku pomaga mi mój fan, który wspiera mnie od początku kariery. On jest z tego pokolenia, które po prostu się tym jara, kolokwialnie mówiąc.

 

– Rozumiem, że Ania Dąbrowska nie lajkuje?

– Ja do końca tego nie ogarniam i nie rozumiem. Internet powoduje całą masę negatywnych zjawisk. Nie do końca wiem, czy to jest dobre czy złe, że ludzie im są młodsi, tym bardziej w tym siedzą. Albo telefon albo laptop. Nie ma takiej ogólnoludzkiej równowagi, a przecież ten kontakt na żywo jest zupełnie inny.

 

– Pani dzieci korzystają z komputera?

– Na razie jeszcze nie. Był iPad, ale na szczęście się zepsuł. (śmiech) Mój starszy synek, co jakiś czas prosi mnie, żebym mu włączyła filmy o pociągach, więc mu je włączam, ale nie wiem jak to się skończy. Internet jest taki, że włączam jeden film, a za chwilę natychmiast włącza się kolejny. Mam obawy, że za chwilę może włączy się jakiś dziwny film. To trzeba kontrolować. Moja siostra ma córkę w takim wieku, że ona już ma Facebooka i trolla, który ciągle dodaje jej jakieś negatywne komentarze. Jedenastolatka tym żyje, jest smutna, a dla mnie to dramat, że ludzie mogą sobie coś takiego nawzajem robić. Mam nadzieję, że to przejdzie taką drogę, że ludzie w końcu się nauczą, jak należy się zachowywać w Internecie. Może za jakiś czas będzie miło i fajnie, a hejt odpadnie?

 

– Naprawdę Pani w to wierzy?

– Wiem, że ludzie muszą się nauczyć wyrażać swoje zdanie. To też jest nauka, że coraz więcej wiemy o konstruktywnej krytyce. Wydaje mi się, że kiedyś było gorzej niż jest teraz.

 

– Co ma Pani na myśli? Że hejt dla samego hejtu zaczyna się nudzić?

– Trochę tak. Mój znajomy dziennikarz jakiś czas temu zwrócił się do swojego hejtera. Napisał do niego: „Słuchaj, zrobię z tobą program, chcę cię zaprosić”. Chwilę później ten człowiek zniknął, nie napisał już nic.

 

– Ania Dąbrowska czyta komentarze na swój temat?

– Dla komfortu psychicznego tego nie czytam. Czy to ma jakieś znaczenie? Czy od tego się zmieni moje życie? Nigdy nie wiadomo kiedy jest dobrze. Nie może być tak, że wszyscy są zadowoleni.

 

– A gdy Pani jest zadowolona to…

– To w tym momencie to się najbardziej liczy.