Na Kubę warto pojechać, ale tylko raz. Przynajmniej dopóki nie zmieni się tam ustrój. Inaczej można wpaść w głęboką depresję. Komunizm zdewastował ten kraj dużo głębiej niż Wschodnią Europę. Jest niezwykle frustrujące widzieć, w jakim poniżeniu żyją Kubańczycy.

Można odnieść wrażenie, że mają oni całkowicie wyprane mózgi, są doszczętnie zindoktrynowani przez propagandę. Żyją od 1959 roku (wtedy zaczął się u nich komunizm) w hermetycznym, policyjnym świecie, w którym nie ma dostępu do normalnych źródeł informacji. Wiedzą tyle, ile mają wiedzieć, czyli tyle, na ile pozwalają im polityczni nadzorcy. A propaganda wmawia im, że żyją w raju.

Od niedawna istnieje łączność komórkowa. Ale tylko w obrębie wyspy. Żadnej telewizji ze świata, żadnego Internetu. Nic.

Krąży dowcip, że spośród 10 milionów Kubańczyków dziewięć milionów pilnuje tego jednego. W rzeczywistości Kuba ma nieco ponad 11 mln mieszkańców. Ale faktem jest totalna inwigilacja. Nawet na zaproszenie do prywatnego domu zagranicznego gościa (np. turystów z Polski) Kubańczyk musi uzyskać zgodę Komitetu Rewolucyjnego. A to oznacza, że jeśli zgodę dostanie, w spotkaniu będzie uczestniczył jeszcze jakiś inny Kubańczyk, który w razie co pobiegnie zrelacjonować bezpiece całe spotkanie.

 

 

Dla fanów motoryzacji ulice kubańskich miast są niczym Disneyland. Ale obowiązuje zakaz wywożenia starych aut. Większość zresztą należy do państwa. Złote ręce mechaników powodują, że mimo braku dostępu do części zamiennych te cacka jeżdżą! Wśród osobówek trafiamy co jakiś czas na rodzimego „malucha”. One również są już zabytkami, bo mają po co najmniej 30 lat.

Średnia pensja Kubańczyka to równowartość 20 euro. Obowiązują dwie waluty, jak kiedyś w Polsce przed 1989 rokiem: krajowa i wymienialna (mogą za nią kupować zagraniczni turyści). To coś jak niegdysiejsze „bony towarowe PKO”, czyli namiastka dolara. Za te „lepsze” pieniądze dostępne jest prawie wszystko, za miejscowe prawie nic. Puszka coli kosztuje równowartość dwóch euro, piwo tyle samo. Duża butelka wody mineralnej – od 0,4 do 0,8 euro.

Panuje system kartkowy. Pięć jajek na miesiąc, pół litra oleju roślinnego, kilogram mąki, trzy kilogramy cukru i tak dalej. Z tym, że nie wszystko udaje się wykupić, bo towaru nie ma. Cokolwiek chce się kupić, trzeba przyjść do sklepu z własnym opakowaniem. Inaczej nie przyniesiemy do domu „zdobyczy”. Dlatego na ulicach nie ma ani jednego papierka. Każdy drobiazg ma wartość. Nawet kapselki od puszek drogocennej coli; powstają z nich ozdoby oferowane turystom jako pamiątki.

Jest tajemnicą Kubańczyków, jak mimo braku znanych nam środków czystości, są w stanie zachować higienę. Noszą się biednie, ale zawsze czysto.

Miasta nie wyglądają najgorzej, choć na remonty domów brakuje pieniędzy, więc stoją one w stanie hibernacji od 1959 roku. Przerażający jest widok biedy na prowincji. Tego nie da się opisać, to ewentualnie trzeba zobaczyć. Ale może się to potem przyśnić jako nocny koszmar.

Powszechne jest złodziejstwo. Dlatego wszystkie okna są zakratowane. Przed kradzieżami trzeba się bronić, bo będąc okradzionym, można dostać jeszcze karę od państwa. Na przykład jeśli ktoś ma krowę i ją utraci (bezcenne mleko!), może dostać 10 lat więzienia. I wcale nie musi zabić zwierzęcia, by je zjeść. Wystarczy, że ktoś to zwierzę skradnie.

Kuba to największa karaibska wyspa. Jej przyroda ma więc ten magnetyczny urok. Co z tego, jeśli korzystanie z niego odbywa się pod ścisłą, nieustanną kontrolą.

Niedawne przyjazne gesty wykonane przez reżim braci Castro i Stany Zjednoczone dają nadzieję na to, że kiedyś się to zmieni. Ale dopóki to się nie stanie, jedna wizyta na Kubie wystarczy.