Szybsze bicie serca, motyle w brzuchu, rumieńce na twarzy. Każdy z nas chociaż raz w życiu zakochał się, zadurzył, zauroczył. Czy faktycznie tą pierwszą miłość pamiętamy najdłużej? Zapytaliśmy o to dziesięcioro koszalinianin.

 

 

Małgorzata Chyła, działaczka Związku Nauczycielstwa Polskiego

Pamiętam to jak dziś. Byłam w piątej klasie Szkoły Podstawowej nr 5, która wtedy mieściła się przy ul. Sienkiewicza w Koszalinie. Zadurzyłam się w rok starszym koledze – Rochu. Był niesamowicie przystojnym i uroczym chłopakiem. Kochała się w nim cała szkoła. Mnie również trafiła strzała Amora. Wodziłam za nim wzrokiem po szkole, inscenizowałam przypadkowe spotkania, skradałyśmy się z koleżanką pod oknami jego domu – licząc na to, że wpadniemy na siebie i on zrozumie, że mi się podoba. Podczas dyskotek szkolnych losowało się partnerów, z którymi można było tańczyć. Zawsze zaciskałam kciuki licząc, że na karteczce pojawi się imię Roch, ale niestety nigdy z nim nie zatańczyłam. Pewnego dnia byłam na imieninach Wandy, koleżanki z klasy. To były czasy kiedy młodzież nie spotykała się w kawiarniach czy pubach. Impreza była w domu, przy drobnym poczęstunku i muzyce. Były rozmowy, śmiech i tańce, jednak punktem programu była niezwykle modna wtedy gra – w butelkę. Chyba wszyscy czekali na ten moment, była to doskonała, a czasami jedyna szansa na pocałunek z kimś, kogo się szczególnie lubiło. Pamiętam, że wszyscy siedzieli w kole, Roch zakręcił butelką i wypadło na mnie. Trzeba było mnie wtedy widzieć! Myślałam, że pęknę ze szczęścia. Łzy radości napływały mi do oczu. Pocałunek był co prawda w policzek, ale niezwykle delikatny i czuły. Ten wieczór dla piątoklasistki był czymś wyjątkowym i niezapomnianym. Niestety to był jedyny przejaw uczucia Rocha do mnie, ponieważ mój wybranek rok później zakochał się w koleżance z mojej klasy – Ewie. Dla nas nie było już żadnych nadziei. To było moja pierwsza niespełniona fascynacja. Do dzisiaj pamiętam jak wyglądał, jak czułam się po jego pocałunku. Kiedy wracam do tych wspomnień zawsze robi mi się miło na sercu.

 

 

Mirosława Zielony

Mirosława Zielony, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Koszalinie

Wspomnienie mojej pierwszej miłości zawsze wywołuje na mojej twarzy uśmiech. To nie było platoniczne uczucie czy zauroczenie, ale prawdziwa młodzieńcza miłość. Zaczęła się, gdy mieszkałam z rodzicami w Mirosławcu, na osiedlu wojskowym. Mój tata był pilotem. I gdy teraz o tym tak myślę, to sądzę, że wszystkie dzieciaki tworzyły jedną wielką rodzinę. Gdy miałam 14 lat wstąpiłam do harcerstwa i właśnie tam spotkałam mojego wybrańca – był nim o cztery lata starszy drużynowy – Janusz. Był przystojnym, inteligentnym młodym człowiekiem, który kochał harcerstwo i żeglarstwo. Wszystkie moje koleżanki kochały się w nim skrycie. Może dlatego, że był starszy, a może dlatego, że w tamtych czasach – drużynowy był autorytetem. Spędzaliśmy razem dużo czasu, organizowaliśmy podchody, zbiórki, całym zastępem wyjeżdżaliśmy w głusze leśną oraz na biwaki. Jeździliśmy również w góry i właśnie na obozie w Piwnicznej zakochał się we mnie. To było jak piorun z jasnego nieba. Czułam motyle w brzuchu, przyśpieszony puls na sam jego widok, pocenie dłoni i drżenie nóg. Było cudownie i niesamowicie. To były inne czasy, nasza miłość polegała na cichych schadzkach, spacerach z trzymaniem się za ręce, subtelnych pocałunkach. Wiele czasu poświęciliśmy rozmowom o planach na przyszłość. Młodzieńcze zauroczenie przerodziło się w głębokie uczucie – byliśmy razem przez cztery lata. Potem nasze drogi rozeszły się, każde poszło w inną stronę, ale długo pisaliśmy z Januszem do siebie listy. Czekałam na nie po kilka, kilkanaście dni. Kiedy listonosz je przynosił, uciekałam w ciemny kąt pokoju i czytałam z wypiekami na twarzy. Muszę przyznać, że mam je do dzisiaj. Wiem, że listy teraz przechodzą do lamusa, ale moje dzieci i wnuki nie będą miały takich wspomnień i pamiątek jak ja. Chętnie powracam do nich i wspominam młodzieńcze lata. Pierwsza miłość w życiu tak młodego człowieka, to przede wszystkim bliskość z drugą osobą. Mimo że jej już nie ma obok – wspomnienia nie przemijają. I na koniec tak na wesoło, moja pierwsza miłość miała na imię – Janusz, tak na imię ma mój mąż i syn.

 

 

Monika Tkaczyk

Monika Tkaczyk, prezes Zarządu Obiektów Sportowych

W młodości spotyka się na swojej drodze wiele zauroczeń i sympatii, ale tylko jedną prawdziwą miłość. I muszę przyznać, że ja nie zaznałam jej w czasie szkoły podstawowej czy liceum, ale już w wieku dorosłym. Byłam świadkiem na ślubie koleżanki. Wybrałam się tam z kolegą, który był z kolei świadkiem drugiej strony. Już po kilku godzinach zauważyłam, że wpadłam w oko kamerzyście. Nie odstępował mnie na krok, uśmiechał się i patrzył prosto w oczy. Trochę mnie to onieśmielało, ale miałam ważną rolę do odegrania. Nie powiem, że go nie zauważyłam, bo byłaby to nieprawda. Po kilku dniach dostałam telefon od mojej przyjaciółki, świeżo upieczonej mężatki, że jest już film z wesela. Jednak kamerzysta udostępni go, jeżeli ja wezmę udział w projekcji. Byłam zdziwiona i podekscytowana zarazem. Pojechałam do koleżanki. Film był piękny, jednak mało na nim było weselników i samych państwa młodych – główną gwiazdą byłam ja. Wszystkie moje uśmiechy, spojrzenia, pomoc pannie młodej – uchwycone klatka, po klatce. Na szczęście moi znajomi mają poczucie humoru i nie mieli pretensji do kamerzysty, ani do mnie. Po tej wpadce – Roberta, bo tak nazywał się fotograf – zaczęliśmy się spotykać. Oboje uczyliśmy się, dodatkowo mój ukochany prowadził własną firmę, jednak zawsze wygospodarowaliśmy chociaż kilka minut, by spotkać się i pielęgnować uczucie. To najpiękniejszy czas w młodym związku – randki, wspólne spacery, rozmowy i snucie planów na przyszłość. Robert zauroczył mnie olbrzymim poczuciem humoru, optymizmem i podejściem do życia. Byliśmy razem około dwóch lat, kiedy postanowiliśmy się pobrać. Moją świadkową – była koleżanka, na której ślubie zwariowany kamerzysta zadurzył się we mnie. I muszę pani powiedzieć, że w tym roku ja i mój kamerzysta będziemy obchodzić 21 lat wspólnego życia.

 

 

Zbigniew Murzyn

Zbigniew Murzyn, artysta malarz

Moją pierwszą miłością jest moja żona, i mimo że jesteśmy razem 35 lat, pamiętam dzień, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Byłem studentem Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku, czekałem na dworcu na pociąg do Lęborka. Basia razem z dwiema koleżankami siedziała w poczekalni, miały jechać do Sławna. Rozmawiały o czymś bardzo żarliwie, jednak ja byłem tak zachwycony dziewczyną siedzącą w środku, że nie słyszałem ani jednego słowa. Była przepiękna, cudownie opalona na brązowo – wyglądała jak hrabianka ( śmiech). Byłem zachwycony. Niestety nie miałem odwagi, by cokolwiek powiedzieć, czy o coś zapytać. Opatrzność czuwała nade mną. Kiedy ruszył kolejny rok akademicki, swoje studia w mojej uczelni rozpoczęła Basieńka. Mijaliśmy się na korytarzach, nie mogłem wyjść z podziwu dla jej urody. Teraz, gdy tak myślę, to chyba właśnie jej uroda i styl bycia – onieśmielały mnie. Dlatego kiedy zbliżały się otrzęsiny, zgłosiłem się do ich przygotowań. Moja rola polegała na dawaniu klapsa linijką – pierwszoroczniakom, którzy odbierali indeks. Czasami nie żałowałem siły i tak przyłożyłem, aż żacy syczeli z bólu. Gdy przyszedł czas na Basię – jako jedyna została przeze mnie ułaskawiona. Tego wieczoru długo rozmawialiśmy. Zaczęliśmy się spotykać. Wiedziałem, że pokochałem ją od pierwszego wejrzenia, to przywiązanie spowodowało, że nie lubiłem rozstań. Nawet jeżeli ograniczały się one jedynie do wyjazdów, do domu. Staraliśmy się razem jeździć na dworzec tam w oczekiwaniu na pociągi, spędzaliśmy razem najpiękniejsze chwile w życiu. Tak samo wyglądały powroty. To były czasy kiedy zacząłem pasjonować się fotografią, pamiętam jak biegałem po akademiku robiąc na zamówienia portrety i zdjęcia grupowe. Musze przyznać, że nieźle na tym zarabiałem, za pierwsze pieniądze kupiłem Basi bransoletkę. Ma ją do dzisiaj! Kiedy Basieńka była na trzecim roku – wzięliśmy ślub. Cudowne wspomnienia. Kiedy rozmawiamy – widzę ją na dworcu, siedzącą na ławce, czekającą na pociąg do Sławna.

 

 

Katarzyna Ulicka_Pyda

Katarzyna Ulicka-Pyda, aktorka Bałtyckiego Teatru Dramatycznego

Moją pierwszą miłością był kolega z przedszkola – Jędrek. Miał lekko kręcone włosy, przyjemny uśmiech i bardzo się lubiliśmy. Dla mnie było to coś wyjątkowego, pamiętam jak zabiegałam o to, aby bawił się tylko ze mną. Nawet starałam się zainteresować chłopięcymi zabawkami, by spędzać z nim więcej czasu. Jak w każdej miłości oprócz tych cudownych chwil przy drewnianych klockach, połączył nas również tragiczny moment. Jędrek i ja leżakowaliśmy obok siebie, pewnego dnia mojemu ukochanemu wypadł ząb mleczny i on go przez przypadek połknął. Gdy mi o tym powiedział, tak się wystraszyłam, że pobiegłam do przedszkolanki, by ratowała moją miłość. Byłam bardzo przejęta, podobno krzyczałam, że teraz Jędrek na pewno umrze. Muszę dodać, że on nawet się nie dusił. Po prostu go zjadł ( śmiech). Ale ja jako dobra, kochająca dziewczyna walczyłam o pomoc dla niego. Nie wiem, czy on zauważył moją sympatię, która jak na dziecko w tym wieku – trwała naprawdę długo. Chodziliśmy razem nawet do szkoły podstawowej, jednak tam Jędrek spadł na dalszy plan, na widoku pojawili się inni koledzy. To cudowne, dziecięce wspomnienie, do którego chętnie powracam. Nie można tego nazwać miłością, ale dziecięcą sympatią czy zauroczeniem. Pierwsze serca drgnienie poczułam, gdy poznałam mojego męża – Pawła, z którym doskonale się uzupełniamy. Ja jestem cholerykiem, on spokojny i rozsądny. Znosi moje humory oraz trudy związane z pracą w teatrze. Nigdy nie krytykuje, ale zawsze obiektywnie ocenia. Połączyła nas muzyka, poznaliśmy się na studiach muzycznych. Mój mąż grał na klarnecie. Co tutaj więcej wyjaśniać – dwie artystyczne dusze zawsze się odnajdą i połączą trwałym uczuciem. My jesteśmy już razem przeszło 22 lata.

 

 

Wojciech Grobelski

Wojciech Grobelski, doktor historii i wykładowca w koszalińskim Centralnym Ośrodku Szkolenia Straży Granicznej

Kiedy wspominam młodzieńcze lata, wydaje mi się, że każda bliższa koleżanka dla chłopaka w wieku dorastania była pewną fascynacją. W szkole średniej (chodziłem do technikum leśnego) było mało dziewczyn. Były to szkoły profilowane, o niełatwych specjalizacjach, gdzie rodziły się prawdziwe męskie przyjaźnie. Nie spodziewałem się, że moim kompanem okaże się właśnie – dziewczyna. Zawsze byłem dość pilnym uczniem, lubiłem siedzieć z przodu sali. Taki miałem zamiar i tym razem, przekraczając po raz pierwszy próg klasy. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy pierwsze ławki były pozajmowane. I wtedy przepiękna dziewczyna o imieniu Izabella poprosiła mnie, bym się do niej dosiadł. Pamiętam, że była bardzo urodziwą nastolatką – miała długi, piękny warkocz i przenikające spojrzenie. Tak narodziła się niesamowita więź. Nie tylko wspieraliśmy się podczas lekcji, ale również spotykaliśmy się poza szkołą. Mieliśmy ze sobą doskonały kontakt, mieszkaliśmy w jednym akademiku. Po godz. 22 nie było mowy, aby chłopak i dziewczyna przesiadywali razem w jednym pokoju, ale widywaliśmy się przed wyjściem na zajęcia i do czasu ciszy nocnej. Lubiliśmy swoje towarzystwo, spacery, rozmowy na tematy szkolne i prywatne. Nawet w weekendy byliśmy razem, jej rodzice darzyli mnie sympatią, więc byłem częstym gościem w ich domu. Teraz, gdy myślę o Izabelli, wiem, że była to głęboka fascynacja. Może pierwsza miłość? Pamiętam, że na jej widok serce waliło mi jak oszalałe, a wspólny czas był naprawdę wyjątkowy. Nasze drogi rozeszły się, gdy zmieniłem szkołę.

 

 

Iwona Dalati

Iwona Dalati, Politechnika Koszalińska

Moją pierwszą miłość spotkałam w liceum. Miał na imię Maciej. To było uczucie odwzajemnione, przyciągaliśmy się jak magnesy. Ja byłam temperamentną dziewczyną, nastawioną na poszukiwanie czegoś nowego, ale nie kontrowersyjną. Maciej był inny, ujmował inteligencją, bezpośredniością i miał wiele zainteresowań. Zaszczepił we mnie miłość do muzyki, której nigdy nie słuchałam. Do dzisiaj lubię hard rocka. Z jednej strony był ostry i tajemniczy, z drugiej romantyczny – pisał teksty piosenek i wiersze. To chyba nas przyciągało. Ważne było również to, że Maciej pochodził z dość zamożnej rodziny, ja nie do końca pasowałam do tej „sfery”. Jego rodzice chcieli, byśmy się rozstali i skupili na nauce. On walczył o mnie jak lew i nie uległ ich żądaniom. Nadal się spotykaliśmy. Czego może chcieć więcej zakochana kobieta. Byliśmy razem przez dwie ostatnie klasy liceum. Nasze drogi rozeszły, kiedy każde wyjechało na studia do innego miasta. Pisywaliśmy do siebie listy i spotykaliśmy się, gdy przyjeżdżaliśmy na weekendy do domów. Potem straciliśmy kontakt. Wiem, że odwiedzał moich rodziców i pytał o mnie, nawet wtedy gdy byłam już mężatką i miałam dzieci. Zresztą on później się również ustatkował, niestety nie było dane nam się spotkać. Nadal, gdy wspominam te czasy, ciepło robi mi się na sercu. Zachowałam wszystkie jego listy, teksty piosenek i wierszy. Od dłuższego czasu borykam się z myślą, żeby przekazać wszystkie pamiątki po Macieju – jego synowi. Ja swoje wspomnienia noszę w sercu i pamięci, i nikt mi ich nie odbierze.

 

 

Andzrej Jakubowski 2

Andrzej Jakubowski, polityk, wiceburmistrz Gościna

Powiem szczerze, że w moim życiu były i są cztery najważniejsze kobiety – moja mama, żona, córka i wnuczka. I to są moje największe miłości. Jednak rozmawiamy o tej pierwszej, którą pamiętam i na samą myśl nadal szybciej bije mi serce. Studiowałem w Koszalinie, na Wyższej Szkole Inżynierska. Ja byłem na drugim roku i zaczęły się juwenalia. Jak zawsze z kolegami szliśmy pobawić się do klubu studenckiego, a że mieszkaliśmy w akademikach, mieliśmy blisko. Stałem przed klubem, kiedy w jego stronę szła grupka dziewczyn, a wśród nich jedna z najpiękniejszych jakie w życiu widziałem. Pamiętam, że miała na sobie biały, moherowy sweterek, chyba spódnicę i szpilki, bodajże zielone. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Byłem studentem, więc wykorzystując pozycję starszego kolegi – zaprosiłem je do środka. Na początku bawiłem się ze wszystkimi, ale to tylko po to by wydeptać grunt do tej jedynej – Teresy. Po tej zabawie zaczęliśmy się spotykać. Mięliśmy wspólne zainteresowania, wiele czasu spędzaliśmy na rozmowach, snuciu wspólnych planów. Randkowanie i poznawanie siebie trwało trzy lata, w 1978 roku pobraliśmy się. Do dzisiaj w mojej żonie urzeka mnie to, że ma w sobie kilka osobowości, z jednej strony jest bardzo opiekuńcza, troskliwa, dba o ciepło rodzinne. Z drugiej strony to aktywna, silna kobieta, która umie doskonale tańczyć i śpiewać. A ja? Jestem taką złotą rączką, która wszystko naprawia i łączy ze sobą. Każde z nas ma swój własny „świat”, jednak jedno bez drugiego nie dałoby rady istnieć.

 

 

Joanna Chojecka

Joanna Chojecka, dyrektor Archiwum Państwowego w Koszalinie

Klasa maturalna, czas studniówek. Na tej wyjątkowej imprezie byłam ze swoją sympatią – Gustawem, który był ode mnie o dwa lata starszy. Poznaliśmy się pół roku wcześniej na domówce u koleżanki. Był jej kuzynem. Twierdził, że to on zauważył mnie pierwszy. Jednak już wtedy coś nas do siebie ciągnęło. Był inny od moich szkolnych kolegów – zdystansowany, z olbrzymim poczuciem humoru, intrygujący i bardzo przystojny. Już tego wieczoru spędziliśmy ze sobą kilka godzin rozmawiając na najróżniejsze tematy. Miałam wrażenie, że znamy się kilka dobrych lat. Potem wszystko poszło już lawinowo, były spotkania, wspólne spacery, rozmowy, romantyczne wyjścia i wyjazdy. Był cudownym przyjacielem, przy którym szybciej biło mi serce, a jego zielone oczy powodowały motyle w brzuchu i uczucie nóg z waty. Nie miałam wątpliwości kogo zabiorę na studniówkę – Gustawa. No właśnie i tutaj opowiem rodzinną anegdotę. Byliśmy razem gdzieś około roku, mój ukochany zabrał mnie do swoich dalekich krewnych. Jedna z cioteczek cały czas na niego mówiła – Grzesiu. Nie rozumiałam dlaczego. Okazało się, że moja pierwsza miłość nie ma na imię Gustaw, a właśnie Grześ. Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy się dowiedziałam, że od roku spotkam się z facetem, którego nawet imienia nie znam (śmiech). Nasza miłość wytrzymał do dnia dzisiejszego, jesteśmy razem od 25 lat, małżeństwem o cztery mniej. A nasz syn ma na imię – Gustaw.

 

 

Anna Dąbrowska

Anna Dąbrowska, instruktorka fitness

Pierwszy raz zakochałam się po uszy, gdy miałam sześć lat. Mieszkałam jeszcze w Świdwinie i tam chodziłam do zerówki. Moim wybrańcem był kolega z klasy i miał na imię Iwo. Był uroczym chłopakiem o ciemnych włosach i piorunującym spojrzeniu. Chciałam z nim spędzać każda chwilę, jednak jak wiadomo – w tym wieku zadawanie się z dziewczynami to po prostu obciach. Szczęśliwie złożyło się, że Iwo – tak samo jak ja – zapałał miłością do tańca. Zaczęliśmy razem chodzić na kurs. Byłam szczęśliwa, że spotkamy się nie tylko w klasie, ale spędzamy ze sobą również czas poza lekcjami. Pamiętam, że robiłam wszystko, aby mnie zauważył. Zanim wyszłam z domu czy to do szkoły, czy na tańce – przebierałam się kilkanaście razy, czesałam i przeglądałam się w lustrze. Stroiłam się dla mojej sympatii. Jako początkujący tancerze na każdych zajęciach dobierani byliśmy w pary i ćwiczyliśmy kroki. Robiłam wszystko, by tańczyć właśnie z nim. Mało tego trenowałam w domu, aby się nie pomylić i nie zrobić sobie wstydu. Bo co Iwo by o mnie pomyślał! Z perspektywy czasu myślę, że Iwo na swój sposób – lubił mnie. Z uśmiechem na twarzy przypominam sobie jak na przerwach w szkole i podczas treningów dzielił się ze mną gumą do żucia – Turbo. Moja pierwsza miłość zakończyła się w drugiej klasie podstawówki, gdy przeniosłam się z rodzicami do Koszalina.