Poprzednia rozmowa z Łukaszem Żalem na łamach „Prestiżu” miała miejsce jesienią 2013 r., tuż po pierwszych nagrodach za zdjęcia do „Idy” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego – Złotej Żabie na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych „Plus Camerimage” i Festiwalu Filmowym w Gdyni. Potem wysypał się worek z nagrodami i nominacjami w Polsce i na świecie. Aż do tej najbardziej elektryzującej – nominacji do Amerykańskiej Nagrody = Filmowej, Oscara. Dwa lata później Łukasz Żal jest na innej orbicie zawodowej, ale tym samym poziomie skromności. Skupiony na pracy, z dystansem wobec sukcesów i apetytem na dobre filmy. Baterie wciąż najchętniej ładuje w rodzinnym, podkoszalińskim Manowie.

Ciężko się z Tobą umówić na rozmowę.
– Rzeczywiście, w tej chwili zajmuję się mnóstwem rzeczy. Trwa postprodukcja filmu Wojtka Kasperskiego „Na granicy”, który realizowaliśmy w zimie. Pracuję nad dwoma krótkimi filmami, w tym nowym i bardzo ciekawym projektem, który jest na etapie przedprodukcji, ale już wymaga ode mnie sporego zaangażowania. Mam też wiele działań komercyjnych, od reklam po teledyski, co mnie bardzo cieszy. Poza tym myślę i rozmawiam o nowych dużych projektach, a więc o przyszłości.
– Przyszłość z nominacją do Oscara łatwiej planować niż wcześniej?
– Myślę, że to proces dwutorowy. Z jednej strony moja obecna zwiększona aktywność zawodowa to efekt wieloletniej pracy jeszcze przed „Idą”. Część rzeczy, nad którymi pracuję teraz, rozpocząłem przed nominacją i innymi nagrodami. Z drugiej strony to co pojawiło się wraz z „Idą” znacząco zmieniło moje życie zawodowe.

3

Wszystko nabrało większego tempa. Propozycji mam zdecydowanie więcej – filmowych, reklamowych, pośrednio związanych z filmem też.
– Słodki nadmiar.
– Bardzo mnie on cieszy. Niestety, nie ze wszystkich propozycji – często naprawdę fantastycznych – mogę skorzystać, z wielu muszę rezygnować. Od roku moje życie zawodowe jest bardzo intensywne, kosztem życia prywatnego. Nawet gdybym chciał, nie dałbym rady fizycznie, ani psychicznie. Zresztą trzeba też zachować umiar, wybierać rzeczy wartościowe, a nie wszystko co wpadnie w ręce, czy jest opłacalne.
– Co w takim razie kieruje Twoimi wyborami?
– Przede wszystkim decyduję się na projekty, które mogą mnie rozwinąć. Jako operatora i filmowca. Projekty komercyjne dają komfort finansowy, a co za tym idzie wolność wyborów artystycznych. Staram się to wypośrodkować, nie poświęcać siebie. Nie chcę czegoś stracić, zachłysnąć się, przesadzić. Każdy sukces ma swój koszt i staram się go minimalizować. Można harować, kupić „złotego mercedesa”, a potem zwariować. Najważniejsze dla mnie jest, żeby żyć, być, używać tu i teraz. Przy tak wielu kuszących możliwościach łatwo się zgubić, stracić sens i kreatywność, więc regularnie pytam sam siebie: co mi daje radość w pracy? Po co to robię? Odpowiedź ustawia mnie na dobry tor.
– Jak brzmi ta odpowiedź?
– Stawianie pytania jest odpowiedzią, przypomnieniem sobie dlaczego kilka dobrych lat temu wybrałem tą drogę i jakie były moje priorytety, gdy byłem w szkole, po szkole, o co mi wtedy chodziło, gdy jeszcze nie było kariery i pieniędzy, a tylko czysta chęć opowiadania historii.
– Na jakich projektach zależy Ci teraz najbardziej?
– Bardzo chciałbym zrobić film anglojęzyczny. Kilka propozycji pojawiło się tuż po Oscarach, ale nie do końca satysfakcjonujących. Priorytetem zawsze jest dla mnie reżyser i scenariusz. Myślę, że warto poczekać na coś naprawdę wyjątkowego, co będzie mi bliskie, czemu się całkowicie poświęcę. Super byłoby zrobić produkcję wysokobudżetową, ale to nie jest priorytet. Nie muszę od razu zrobić kolejnych „Transformersów” (śmiech). Chcę zrobić dobry film. Nieważne polski, europejski, światowy. Dobry.
– Masz agentów poza Polską?
– Mam agentów w Los Angeles, Paryżu i Londynie. Szukamy ciekawych projektów i jesteśmy na dobrej drodze. Pojawiło się coś fajnego, ale za wcześnie o tym mówić. Nie napinam się. Póki co – skupiam się na tym, co robię teraz. Jeśli się na coś decyduję, oddaje temu swój czas, zaangażowanie.
– Jaka była Twoja pierwsza myśl, kiedy usłyszałeś o swojej nominacji? Ta pierwsza chwila po?
– To było totalne zaskoczenie. Byłem na konferencji prasowej w Państwowym Instytucie Sztuki Filmowej, z twórcami i producentami innych filmów. Nie myślałem, to była eksplozja wielkich emocji, motyle w brzuchu i po prostu wielka radość.
– Ciężko było namówić Cię na wywiad także w okresie około oscarowym. Unikałeś mediów?
– Może nie nazwałbym tego unikaniem, ale rzeczywiście nie czuję potrzeby istnienia w mediach. Oczywiście z wyjątkiem koszalińskich (śmiech). Naturalnie rozumiem, że wywiady to część promocji filmu i mojej pracy, jednak nie przepadam za tym. Opowiadanie w mediach o sobie i swoich emocjach a propos Oscarów wydało mi się sztuczne. Nie czułem takiej potrzeby. Poza tym były to często wywiady z mojej perspektywy dziwne. Na przykład: plan zdjęciowy „Na granicy”. Góry, jest naprawdę ciężko, pracujemy w mrozie, po kolana w śniegu i błocie, brudni, a dziennikarka, która przyjechała na plan specjalnie na rozmowę, pyta mnie, czy mam już smoking na galę oscarową. Czysta abstrakcja.
– Oscarowa gorączka nie zrobiła na Tobie wrażenia?
– Zupełnie nie.
– Trudno w to uwierzyć. Być w środku Hollywood, ze wszystkimi aktorami, twórcami na wyciągnięcie ręki…
– Wielcy aktorzy i twórcy, w bliskim planie są po prostu zwykłymi ludźmi. Sama konfrontacja na czerwonym dywanie nie ma dla mnie większego znaczenia. Najbardziej niesamowite było to, że w ogóle zostałem nominowany, znalazłem się w towarzystwie osób, których pracę ogromnie cenię, którzy są moimi mistrzami.

4

 

Za mną siedział Dick Pope, a przede mną zdenerwowany przed ogłoszeniem wyników Chivo/Emmanuel Lubezki, który zasłużenie otrzymał Oscara za zdjęcia (do filmu „Birdman” – dop. am).
– Czułeś raczej ekscytację czy stres?
– Stresowałem się do momentu, gdy nie dostałem Oscara. Potem już tylko cieszyłem się chwilą i okolicznościami. Przestałem sobie wyobrażać, że mam przemawiać na scenie przy odbiorze nagrody, do czego byłem zupełnie nieprzygotowany.
– Każdy tak mówi.
– Byłem przekonany, że nie dostanę nagrody, ale zawsze zostaje ten niewielki pierwiastek niepewności. Stresowałem się też za samą nominowaną „Idę”. Kiedy ogłaszana była nagroda dla filmu, dosłownie wyskoczyłem z krzesła. Po Oscarach wróciliśmy do hotelu na imprezę polską i tam już wszyscy się cieszyliśmy i świętowaliśmy. To było coś pięknego.
– Zwieńczenie wspólnej pracy.
– Wiadomo – film to dzieło całej ekipy, ale na planie „Idy” wydarzyło się coś więcej. Od początku wszyscy mieliśmy poczucie, że robimy coś magicznego. Duża w tym zasługa Pawła Pawlikowskiego, który wprowadził na plan atmosferę głębokiego szacunku wobec całego zespołu, skupienia, zaangażowania. Wszyscy byli ważni, czuli się ważni i oddawali to filmowi. Starali się wnosić coś od siebie. Wspieraliśmy się, pracowaliśmy czasem w ciężkich warunkach, ale dzielnie, bez skarg. „Ida” niejako „rodziła się” na planie zdjęciowym, w ciszy, bez nerwów i bałaganu. Nie wiedzieliśmy, jaki będzie efekt, ale już wtedy wiedzieliśmy, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym. Myślę, że to się przełożyło najpierw na ekran, a potem na wszystkie nagrody. W tym filmie czuć obecność każdego, kto był zaangażowany w realizację filmu. Paweł, odbierając Oscara, dziękował nam wszystkim za tę wspólną podróż z „Idą”.
– A co „Ida” – po trzech latach od kiedy powstała – pozostawiła w Tobie?
– Każdy film coś we mnie zostawia, ale „Ida” jest i zawsze będzie dla mnie przełomowa i niesamowicie ważna. Wprowadziła mnie niejako w dorosłe życie zawodowe. Nauczyłem się mnóstwa rzeczy, zasad współpracy z różnymi osobami na planie, specyficznej koncentracji. Zostawiła model współpracy z reżyserem, oparty na twórczej przyjaźni, który chciałbym kontynuować w przyszłości. Bardzo partnerski, intelektualny, pozwalający na inwencję, własny głos. W tym tkwi sens mojej pracy. Czasem przeglądam fotosy z planu i przypominam sobie wszystko z wielką przyjemnością.
– Którą z nagród nominacji za „Idę” cenisz najbardziej?
– Festiwal Camerimage i Złota Żaba to był początek tej niesamowitej podróży z „Idą”. To jak zareagowali koledzy, środowisko operatorów, praktycznie z całego świata, to było coś, czego nie byłbym w stanie sobie nawet wymarzyć. To był dla mnie niesamowity festiwal, kiedy przyjmowałem gratulacje od moich mistrzów, wielkich operatorów, których filmy bardzo cenię. Drugą taką ważną nagrodą była EFA, w Rydze. O nagrodzie wiedziałem wcześniej, więc jechałem tam zupełnie bezstresowo, atmosfera była świetna, „Ida” zebrała aż pięć nagród, było fantastycznie.

5

– Jak się czułeś w roli mentora dla młodych filmowców, prowadząc warsztaty w czasie czerwcowego festiwalu Młodzi i Film?
– Ucieszyło mnie, że właśnie w Koszalinie mogłem opowiadać o swoich pierwszych filmowych krokach. Super przeżycie – stać w sali kinowej Koszalińskiej Biblioteki Publicznej, gdzie kiedyś sam oglądałem filmy i poznawałem świat kinematografii i opowiadać o swoich doświadczeniach, także znajomym, przyjaciołom. Nie mam możliwości czasowych na prowadzenie warsztatów, ale Koszalin zawsze będzie priorytetowy. Nie uważam, że jestem coś komuś tutaj winny, po prostu mam do niego słabość i jestem bezradny wobec próśb z bliskiego mi miejsca.
– Opowiadałeś o swojej pracy debiutantom. Tobie debiutu pełnometrażowego można tylko pozazdrościć.
– Współczesny świat, też filmowy, wygląda tak, że warto mieć „naklejkę”. Coś, co cię określa w branży. Moją naklejką jest nominacja do Oscara. Otwiera mi mnóstwo drzwi, ale przecież sama w sobie nie znaczy, że jestem dobryÉ
– Na pewno skromny. Naklejka naklejką, ale zdjęcia do „Idy” są przecież świetne i zauroczyły cały świat!
– (Śmiech). No tak, ale przed „Idą” też byłem operatorem, z dorobkiem, tyle że bez dostępu do wielkich projektów. Teraz jestem operatorem nominowanym do Oscara, co zmienia perspektywę, otwiera drzwi, zakres poszukiwań. Miałem swój dobry moment, skorzystałem z niego i jestem wdzięczny. Dzięki temu mogę się realizować i wkładać energię w projekty, na których mi naprawdę zależy.
– Często bywasz w rodzinnych stronach?
Mam ogromny sentyment do Manowa. Wciąż jest moim miejscem na ziemi. Staram się przyjeżdżać do rodziców najczęściej jak mogę. Trudno mi znaleźć czas na urlop, ale jeśli go mam, to nie wybieram zagranicznej wycieczki. Jeśli chcę odpocząć – jadę do Manowa. Wolę „swoje lasy”, drogi, znane miejsca. Czuję się tu zawsze tak samo fantastycznie, mogę się całkowicie odciąć od wszelkich spraw. Idę na łąkę, wyłączam telefon albo wsiadamy z rodziną na rowery i jedziemy przed siebie. Wychowałem się tu i wracam jak dziecko do bezpiecznej przystani. Wszystkie stresy zostają za Bobolicami.
– Rodzice i manowianie traktują Cię teraz inaczej?
Ale skąd! Cieszą się, są dumni, ale życie toczy się dalej. Na nikim w Manowie nie robię wrażenia, a już na pewno nie na rodzicach (śmiech).
– Kiedy rozmawialiśmy dwa lata temu, po pierwszych triumfach „Idy”, życzyłam Ci nominacji do Oscara – spełniło się, może wymień reżyserów, z którymi chciałbyś teraz pracować.
– Mnóstwo ich. Na pewno marzy mi się praca z Terence’m Mallick’iem, Alejandro Gonzálezem Iñárritu, Thomasem Paulem Andersonem. Bardzo chciałbym zrobić kolejny film z Pawłem Pawlikowskim, rozmawiamy o tym, cały czas jesteśmy w kontakcie. Jest on dla mnie bardzo inspirującym człowiekiem. Mam inne życzenie – żebym nie popadł w rutynę i samozachwyt, żebym zawsze czuł ekscytację, a nie znudzenie pracą, i żeby pozostała we mnie dziecięca radość robienia filmów.

 

Łukasz Żal – rocznik 1981, pochodzi z Manowa. Jest absolwentem I Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Dubois w Koszalinie. Studiował we Wrocławskiej Szkole Fotografii AFA. W 2007 r. ukończył wydział operatorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Telewizyjnej w Łodzi. Jako autor zdjęć lub operator kamery realizował zdjęcia do etiud szkolnych, filmów krótkometrażowych i dokumentalnych (m.in. „Joanna” nominowanego do Oscara 2015 w kategorii najlepszy film krótkometrażowy). „Ida” to jego debiut w filmie pełnometrażowym. Za zdjęcia do filmu otrzymał nagrody na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych „Plus Camerimage”, Festiwalu Filmowym w Gdyni,  Festiwalu Filmów o Tematyce Żydowskiej, Międzynarodowym Festiwalu Filmowym „Listapad” w Mińsku, The San Francisco Film Critics Circle Awards, nagrodę Spotlight Amerykańskiego Stowarzyszenia Operatorów Filmowych, Europejską Nagrodę Filmową (najlepsze zdjęcia i Nagroda im. Carlo Di Palmy dla europejskiego operatora roku), nagrodę Medias Central European Film Festival w Bukareszcie, nagrodę PSC (Stowarzyszenia Autorów Zdjęć Filmowych). Ponadto otrzymał nominacje do Orłów, Brytyjskich Nagród Filmowych BAFTA. Jest autorem zdjęć do filmu „Na granicy” Wojciecha Kasperskiego oraz „Intruza” Magnusa von Horna.