Hilde i Trude żałowały koleżanki, ale same widziały, że jest sporo niższa, choć dopiero po badaniach rasowych spostrzegły, że ma odstające uszy, w każdym razie nie była dość aryjska. Teraz jednak, podekscytowane, nie myślały o Gretchen i wchodziły do czerwonego budynku z wysokim poddaszem w pomorskim Lehmaningen (Brzezince), aby dać się zapłodnić dla Rzeszy.

 

Nasz artykuł o Lebensborn, który opublikowaliśmy w poprzednim wydaniu, opisywał tę organizację powołaną dla zwiększenia liczby Niemców i selekcji przeznaczonych do rozrodu, a na tym tle połczyński ośrodek, który w latach 1938-45 dyskretnie opiekował się rodzącymi niezamężnymi Niemkami i ich dziećmi, lecz też dziećmi zabieranymi Polakom i tu zniemczanymi, by je rozdać niemieckim rodzinom. Zajmował się tym bez powodzenia prokurator koszalińskiego IPN. Jest jednak inny pomorski wątek – osnuty wokół pytania, czy Lebensborn miał tu również placówki kojarzenia rasowych par niemieckich dla prokreacji. Są dwa miejsca, których dotyczy to pytanie: osada Brzezinka w gminie Czaplinek i słupski Lasek Północny.

 

56985565_850932115243558_2858579405851066368_n

Pary dla Rzeszy

Było zalecenie, aby każda Niemka, która do 30. roku życia nie ma dziecka, udała się do ośrodka Lebensborn, gdzie dostanie esesmana na ojca jej potomstwa. Przyszli rodzice przechodzili badania rasowe i po uznaniu, że spłodzą równie wartościowych ludzi, następował akt ku chwale Rzeszy.

Jako reproduktorzy największe gwarancje dawali oficerowie SS. Grupy męska i żeńska spotykały się w świetlicach z kominkami, świecami, kwiatami, flagami Rzeszy i portretami wodza lub jego matki Klary. Mistrz ceremonii przypominał o zaszczytnym obowiązku, wyczytywał nazwiska i pary odchodziły do pokoi. Po paru tygodniach reproduktorzy wracali do jednostek, a przyszłe matki zgodnie z hasłem „dem Führer ein Kind schenken” (podaruj wodzowi dziecko) trafiały do ośrodka matczynego Lebensborn takiego jak połczyński, nie łączono bowiem w jednym obiekcie prokreacji z porodami i opieką nad dziećmi.

 

Świetlica była

Hilde i Trude przyjechały do maleńkiego Lehmaningen (Brzezinki), by po czarującym wieczorze świetlicowo-kominkowym przejść z wyznaczonymi im partnerami do pokoików obok. W piętrowym budynku z czerwonej cegły istotnie były świetlica z kominkiem i pokoiki. Ale czy był ciąg dalszy?

Jolanta Nitkowska-Węglarz w książce „Tajemnicze Pomorze” wspomina, iż odwiedziła to miejsce, gdy był tu ośrodek dla narkomanów. Jeden z wychowawców przekazał jej, że w 1996 przyjechał stary Niemiec z polskim tłumaczem i twierdził, że gdy w czasie wojny pracował w czerwonym budynku, był tu „obóz rozpłodowy” dla dziewcząt z Bund Deutscher Mädel (Związek Niemieckich Dziewcząt, żeńska sekcja Hitlerjugend). Autorka cytuje też historyka Andrzeja Czarnika, który lokalizację „domu kopulacyjnego SS” w Brzezince uznał za prawdopodobną z uwagi na przekazy ustne, malownicze położenie oraz bliskość domu matki i dziecka Lebensborn w Połczynie.

 

Świadkowie, czyli klops

Brzezinka zawieruszona jest w Dolinie Pięciu Jezior na końcu ślepej drogi z Kluczewa, kilometr od szosy łączącej Połczyn-Zdrój z Czaplinkiem. Mieszka tu jedna rodzina. A czerwony dom? Sołtys Kluczewa Krystyna Kryczka: – W budynku dla narkomanów 10 lat temu był pożar. Młodzież przeniesiono do ośrodka koło Wałcza, a częściowo spalony dach osłonięto, ale przez sześć lat dom niszczał, aż go rozebrano do gołej ziemi – jakby nigdy nic tu nie istniało.

Emerytowany nauczyciel i dyrektor kluczewskiej szkoły Krzysztof Reszta jest miłośnikiem regionalnej historii, to on 10 lat temu napisał artykuł w „Kurierze Czaplineckim” o pożarze czerwonego domu. – O Lebensborn w Brzezince słyszę od dzieciństwa na tej samej zasadzie, co o samolocie albo czołgu w każdym stawie – uśmiecha się pasjonat.

Budowę czerwonego domu w Brzezince zaczęto w 1927 r. Było to Powiatowe Schronisko Młodzieżowe Pięć Jezior (Kreisjugendherberge Fünf-See), co potwierdzają pocztówki z takim nadrukiem. Na odwrocie jednej z nich, będącej dziś w zbiorze pana Reszty, dziecko napisało z tego schroniska do ojca Willego Martina z Hermsdorfu w Turyngii: „Kochany Tatusiu, dzisiaj na obiad były sałata, ziemniaki, klopsy i sos. Smakowało mi. Na popołudnie zaplanowaliśmy szukanie rzadkich roślin. Pozdrawiam i całuję wszystkich, szczególnie dziadka i mamę, wasz”… Imię zasłania pieczątka z datą 3 VII 1939.

Regionalista czaplinecki, emerytowany bankowiec Zbigniew Januszaniec, który na Drawskich Stronach Internetowych stoczył daremną batalię o zachowanie czerwonego domu po pożarze, ma z kolei przedwojenne foldery i szczeciński przewodnik po Pomorzu, które wymieniają schronisko młodzieżowe Fünf-See jako pełen widoków cel wycieczek.

Czy w czasie wojny czerwony dom mógł zmienić przeznaczenie? K. Reszta: – W Kluczewie mieszka pani, która tu trafiła z grupą uciekającą z Litwy przed Rosjanami w październiku 1944 i do końca wojny widywała chłopców w mundurkach przychodzących ze schroniska do sklepiku. To nie były wakacje, więc byli w schronisku przypuszczalnie dlatego, iż Niemcy w obawie przed bombardowaniem miast wysyłali dzieci do spokojnych miejsc. Natomiast 15 lat temu przyjechała z Niemiec do Kluczewa grupka byłych mieszkańców, w tym kobieta, którą jako kilkunastoletnią dziewczynę przywieziono tu u schyłku wojny ze Słupska i ukryto przed Rosjanami właśnie w brzezineckim czerwonym domu, którym opiekowała się jej ciotka. Już po zakończeniu wojny Rosjanie wielokrotnie grabili okolice i gwałcili ciotkę. Obie uciekały do lasu, gdy tylko widziały nadchodzących żołdaków. Pracujący w sąsiednim gospodarstwie Polak pomagał Niemkom, aż przemycił je na wozie z mlekiem do Czaplinka i na stacji jakoś udało im się dostać do transportu wywożonych Niemców. I właśnie 15 lat temu ta dawna dziewczyna prosiła mnie o odszukanie Polaka, ale nie udało się.

Obecność nastolatków w czerwonym domu – jako wakacyjnych gości schroniska czy późniejszych uciekinierów – nie sprzyja hipotezie, że był tu ośrodek prokreacji SS. Hilde i Trude chyba pomyliły adres. A może w ogóle były gdzie indziej? Na przykład w Słupsku.

 

Działy się tu dziwne rzeczy

Kiedy Reichsführer Heinrich Himmler rozkazywał w 1936 powołanie stowarzyszenia Lebensborn, restauracja Leśny Kot w słupskim Lasku Północnym tętniła niewinnym życiem kulinarnym, goszcząc do 300 osób. Nagle obiekt ogrodzono i zakazano tu się kręcić. Oto rozmowa z historykiem Tomaszem Urbaniakiem, kustoszem Muzeum Miasta Słupska, które przez kilka lat zajmowało parę pomieszczeń w Leśnym Kocie.

– Dlaczego pan sądzi, że mógł tutaj istnieć Lebensborn?

– Niemcy, którzy tu mieszkali, a teraz odwiedzają Słupsk, opowiadają, że od 1942 roku było to miejsce zamknięte. „Pojawiło się dużo wojska”, „działy się dziwne rzeczy” i „harce”. Dotąd restauracja cieszyła się powodzeniem i całe rodziny odwiedzały park, a tu nagle stop, zakaz wstępu, mieszkańcy przestali mieć dostęp do popularnego miejsca. Powód w postaci jakiejś tajnej produkcji militarnej czy chemicznej odpada – nie było żadnego zaplecza technicznego.

 

– Ale dokumentów świadczących o Lebensborn w Słupsku nie ma.

– Jeśli był tu ośrodek tej organizacji, to mały, choćby w porównaniu z kompleksem połczyńskim. W Słupsku mógł być najwyżej jeden oddział, np. prokreacyjny. Tym łatwiej było ukryć lub zniszczyć dokumentację; nieoficjalną część działalności Lebensborn Niemcy utrzymywali w tajemnicy. Położenie jednak było dogodne, łatwe do izolacji przed ciekawskimi. Poza tym budynek należał do miasta, czyli w ówczesnych stosunkach do państwa. Nietrudno było go przeznaczyć do państwowych celów.

 

– A dość powszechne w Słupsku mniemanie, że był tu zwykły burdel?

– Wzięło początek od domniemań Polaków, którzy w czasie wojny przebywali w Słupsku przymusowo; potem to powtarzano i powtarza się do dziś. To pośrednio dowodzi podejrzanego charakteru obiektu. Ale domu publicznego nigdy tu nie było. Hitler potępiał nierząd, miał na tym punkcie obsesję, np. karano za zdradę małżeńską. A chodziło m.in. o uniknięcie samobójstw na tym tle, Rzesza potrzebowała jak największej liczby ludzi.

 

– Ale żeby obcować płciowo z obcymi partnerami, a potem oddać dziecko?

– Narodowa indoktrynacja dzieci i młodzieży w organizacjach i poprzez propagandę trwała już zanim Hitler został kanclerzem. Zatem pod koniec lat 30. i w latach 40., gdy działało Lebensborn, istniało już pokolenie wychowane w duchu szowinistycznego patriotyzmu i fanatyzmu, z zaburzonym sposobem pojmowania świata, gotowe zabić lub wydać władzom własnych rodziców, a więc i swoje ciało czy dziecko.

 

Autor: Fitzroy / Foto: ze zbiorów Krzysztofa Reszty i Fitzroy