Z początkiem roku pojawiły się w mediach alarmujące tytuły w rodzaju „NIK: Polak zjada średnio dwa kilogramy ulepszaczy do żywności”, „NIK: brak nadzoru w związku ze stosowaniem dodatków do żywności”, „Chemia w jedzeniu”, „Polak chemią karmiony”, „Tyle „E” w kiełbasie, że strach jeść”. Wszystko to w reakcji na raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczący nadzoru nad stosowaniem dodatków do żywności Czy rzeczywiście obecnie produkowana żywność jest toksyczna?

Odpowiedź nie jest łatwa, bo wszystkie spośród zarejestrowanych w Unii Europejskiej dodatków do żywności mają mocne alibi w postaci pozytywnej oceny i urzędowego dopuszczenia do stosowania przez EFSA (Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności) i Komitet Naukowy ds. Żywności. W unijnym wykazie znajdują się jedynie te dodatki (a jest ich aż 390), których proponowane zastosowania uznano za bezpieczne.

 

Stare certyfikaty

Większość ocen bezpieczeństwa pochodzi jednak sprzed blisko 30, 40, a nawet 50 lat, wobec czego EFSA do 2020 roku ma dokonać ponownej oceny bezpieczeństwa ich stosowania, zweryfikować warunki stosowania i w razie konieczności – skreślić dodatek z wykazu.

Oceny bezpieczeństwa danej substancji dokonuje się w oparciu o dokumentację dostarczaną przez wnioskodawcę (zwykle jest nim sam producent zainteresowany wprowadzeniem dodatku technologicznego do produktu). Na podstawie przedstawionych danych dotyczących m in. metabolizmu substancji, jej losu w organizmie, toksyczności, rakotwórczości i potencjalnego wpływu na genom oraz odniesień do innych badań, EFSA określa poziom dopuszczalnego dziennego spożycia dla każdej z substancji (tzw. ADI) i oszacowuje, czy na podstawie zadeklarowanej funkcji technologicznej w różnych produktach istnieje możliwość przekroczenia tego uznanego za bezpieczny.

 

Wysoko przetworzone mniej bezpieczne

Warto wiedzieć, że w żywności o bardzo wysokim stopniu przetworzenia (słodycze, słone przekąski, desery) dozwolone jest stosowanie wielu dodatków w jednym produkcie, a z kolei w produkcji mleka, świeżych owoców, warzyw, świeżego mięsa i wody można zastosować zaledwie kilka substancji.
Różnorodność i szeroki asortyment żywności doprowadził do sytuacji, w której producenci mają coraz większą pokusę uatrakcyjniania swoich wyrobów w celu pozyskania nas jako konsumentów. Produkty kuszą wyglądem, konsystencją, walorami smakowymi, jednocześnie dostarczając konsumentowi (często w sposób nieświadomy) substancji o niekorzystnym oddziaływaniu na zdrowie. Wiele z dodatków do żywności może powodować reakcje alergiczne, bóle żołądka, astmę, zapalenia skóry, katar sienny. Wydaje się, że wzrastająca liczba chorób cywilizacyjnych jest w istotnym stopniu uwarunkowana spożywaniem produktów wysoko przetworzonych.
Raport NIK

Z raportu NIK-u wynika, że ustawodawstwo w zakresie kontroli stosowania dodatków chemicznych do żywności jest bardzo liberalne, 70% diety przeciętnego polskiego konsumenta stanowi żywność o wysokim stopniu przetworzenia, a obowiązujące przepisy nie biorą pod uwagę ryzyka wynikającego z interakcji między chemicznymi dodatkami, czy kumulacji z różnych źródeł. Szczególnie narażone są dzieci w wieku do 10 lat z racji niższej masy ciała i większego prawdopodobieństwa przekroczenia bezpiecznego tolerowanego poziomu (ADI).
NIK, nie zostawiając na powołanych w celu kontrolowania żywności instytucjach suchej nitki stwierdził, że urzędy odpowiedzialne za bezpieczeństwo żywności w ogóle nie monitorują ani nie oceniają ryzyka związanego z kumulacją spożycia dodatków do żywności, ich wzajemnym oddziaływaniem i interakcjami z lekami, koncentrując się głównie na kontrolowaniu jakości handlowej. NIK oszacował, że przeciętny konsument w trakcie jednego dnia, jedząc 5 posiłków może pochłonąć 85 różnych dodatków do żywności. Rekordzistką wśród badanych przez NIK produktów została kiełbasa, w której składzie znaleziono aż 19 dodatków technologicznych (!).

Główny Inspektor Sanitarny w odpowiedzi na zarzuty z raportu NIK-u broni się twierdząc, że stosowanie dodatków do żywności jest regulowane na poziomie prawa europejskiego, do jego zadań należy przede wszystkim weryfikacja postępowania producentów żywności zgodnie z przepisami prawa, a zarzuty dotyczące wzajemnego oddziaływania na siebie dodatków do żywności są stawiane na wyrost. Każda ze stron, kontrolująca i kontrolowana dzierży argumenty, a konsument dalej pozostaje w kropce.

 

Nie wszystkie „E” są złe

Oczywiste jest, że w produkcji przemysłowej nie da się uniknąć stosowania dodatków do żywności. Należy wspomnieć, że wiele środków spożywczych zawiera naturalnie występujące substancje, które są jednocześnie dopuszczone jako dodatki do żywności. Na przykład w jabłkach można znaleźć ryboflawiny (E 101), karoteny (E 160a), antocyjany (E 163), kwas octowy (E 260), kwas askorbinowy (E 300), kwas cytrynowy (E 330), kwas winowy (Ε 334), kwas bursztynowy (E 363), kwas glutaminowy (E 620) oraz L-cysteinę (E 920). Nie wszystkie „E” są złe. Z drugiej strony nadmierna ich ilość niekorzystnie oddziałują na dzieci, osoby starsze i chore, wchodzą w reakcje ze składnikami żywności w czasie produkcji lub przechowywania, przyczyniają się do powstawania szkodliwych przemian metabolicznych. Na przykład popularna witamina C, czyli kwas askorbinowy w połączeniu z benzoesanem sodu (popularnym konserwantem stosowanym w napojach czy sokach) tworzy rakotwórczy benzen, zwiększa wydzielanie kwasu żołądkowego i przyczynia się do powstawania kamicy nerkowej.

 

e300

 

 

Metodą na uniknięcie nadmiernego spożycia chemicznych dodatków jest unikanie żywności wysoko przetworzonej, kupowanie produktów z pewnego źródła (sklepy ekologiczne), posiadających certyfikaty żywności ekologicznej, a co najważniejsze – czytanie etykiet. Jako świadomi konsumenci możemy także skorzystać z bezpłatnych aplikacji na telefon, które umożliwiają odczytanie kodu kreskowego z opakowania i podpowiadają, czy produkt jest bezpieczny, czy też zawiera kontrowersyjne składniki.

Byłoby nieroztropne uznać, że rynek dodatków do żywności pozostaje kompletnie bez kontroli, jednak skala ich zastosowań jest wprost proporcjonalna do kreatywności asortymentowej producentów, co sprawia, że instytucje powołane do dbania o bezpieczeństwo zdrowotne społeczeństwa w swej opieszałości nie są w stanie prowadzić bieżącej weryfikacji, rzetelnej kontroli i reagować szybką zmianą przepisów w oparciu o nowe dowody naukowe.

raportnik

Źródło: raport NIK