Pewnie trudno uwierzyć w to, że publikację naukową da się czytać z zapartym tchem. Dr Jolanta Kazimierczyk-Kuncer pracą „Jedźmy do Rosji. O kulturze rosyjskiej we francuskiej literaturze podróżniczej XVIII i pierwszej połowie XIX wieku” osiąga efekt, o którym marzy każdy autor: pierwszymi stronami książki budzi takie zaciekawienie, że czytelnik nie chce oderwać się od lektury po ostatnią kropkę w tekście. I trzeba od razu dodać, że to nie jest rzecz wyłącznie dla polonistów, rusycystów, romanistów albo historyków. Kto choć trochę interesuje się Rosją, również współczesną, znajdzie w niej wartościową wiedzę i dużo stwierdzeń i nawiązań, które wydadzą się mu zdumiewająco aktualne.

 

Ta aktualność polega przede wszystkim na nieodpartym wrażeniu ciągłości w funkcjonowaniu systemu władzy, a wręcz w jej odrębnej naturze, jaka od stuleci ujawnia się w Rosji – carskiej, radzieckiej, współczesnej. Władimir Putin ma poparcie większości Rosjan, choć trudno zmierzyć ilu dokładnie, bo wybory w Rosji odbywają się w sposób nietransparentny, manipulowane przez rządzących zgodnie z ich aktualnymi potrzebami. Rytuały demokracji okazują się puste, bo to tylko konieczne dla zachowania pozorów dekoracje – niczym Potiomkinowskie wsie z czasów Katarzyny II.

Dr Jolanta Kazimierczyk-Kuncer

Tym, za co Rosjanie szczególnie cenią Putina, jest jego ambicja odbudowy imperium. Pojęcie „imperium” pojawia się również w książce Jolanty Kazimierczyk-Kuncer często, bo to słowo-klucz, jeśli chodzi o zbiorową i historyczną świadomość Rosjan przynajmniej od czasów cara Piotra Wielkiego, a może nawet Iwana IV Groźnego. To dlatego zbrodniarz Stalin, mimo wymordowania milionów Rosjan, przez potomków ofiar jest nadal uważany za „ojca narodu”. Za jego czasów państwo było przecież potężne i bali się go wszyscy, a to napawało Rosjan dumą i poczuciem wyższości kompensującym skutki biedy i zamordyzmu.

Dr Kazimierczyk-Kuncer badała recepcję Rosji w tekstach osiemnasto- i dziwiętnastowiecznych podróżujących do i po Rosji Francuzów, ale było to w gruncie rzeczy badanie wyobrażeń ludzi Zachodu o tajemniczym Wschodzie Europy w ogóle. Fascynacja Francuzów rozległym imperium carów miała jednak wyjątkowy charakter i intensywność. W większości idealizowali oni Rosję, zanim się w niej nie znaleźli. Ci, którzy poznali ją podczas podróży i widzieli jej w miarę prawdziwy obraz, nastawienie zazwyczaj zmieniali. Ci zaś, którzy zobaczyli ją i się nią przerazili a to przerażenie oddawali w swoich utworach, byli traktowani po powrocie do ojczyzny z nieufnością a czasami nawet agresją, o czym przekonał się boleśnie na przykład markiz Astolphe-Louis-Léonor de Custine.

Dr Jolanta Kazimierczyk-Kuncer i moderująca promocyjne spotkanie prof. Bernadetta Żynis

Jego dziennik wydawany pod tytułem „Rosja w roku 1839” albo „Listy z Rosji. Rosja w roku 1839” (w wersji skróconej lub pełnej) zawiera z jednej strony plastyczny opis, a z drugiej analizę rosyjskiej rzeczywistości bliższe naszej polskiej percepcji niż relacjom innych Francuzów. Był on przez wielu ziomków atakowany za demistyfikację obrazu Rosji. Zarzucano mu kłamstwa. Warto od razu zaznaczyć, że część ataków inspirowała dyplomacja rosyjska, która w dziedzinie działania skrytego i manipulacji przy pomocy „pożytecznych idiotów” albo opłacanych agentów nie ma sobie równych w świecie do naszych czasów.

Metody dyskredytacji wroga, którym był każdy krytycznie nastawiony wobec imperium pisarz, dziennikarz albo uciekinier z Rosji przechodzą chyba z pokolenia na pokolenie. Doświadczył ich na przykład Władimir Bukowski, dysydent, pisarz i obrońca praw człowieka w ZSRR, który w obozach karnych i zakładach psychiatrycznych spędził łącznie 12 lat.

W 1976 został on deportowany z ZSRR na Zachód i wymieniony na lotnisku w Zurychu za sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chile Luisa Corvalana. Jego wydany już na Zachodzie esej zatytułowany „Pacyfiści kontra pokój” wzbudził wściekłość radzieckich władz i służb specjalnych. Próbowały one na rozmaite sposoby pozbawić Bukowskiego wiarygodności. A na czym polegała jego wina? On po prostu dowiódł, że zachodni „ruch pokojowy” był inspirowany i opłacany przez komunistów z ZSRR. Tak, pacyfistyczne ruchy na Zachodzie, w które angażowały się w dobrej wierze tysiące młodych idealistów, w dużej części były niestety sowiecką dywersją. Ale tak jak de Custine’owi nie chcieli uwierzyć jego współcześni, tak intelektualiści wolnego świata odrzucali dowody zebrane przez Bukowskiego.

Jolanta Krawczykiewicz, dyrektor Słupskiego Ośrodka Kultury, w którego ramach działa Teatr RONDO

Skrzętnie filmowane przez radziecką telewizję demonstracje pokojowe z jednej strony destabilizowały sytuację w krajach Zachodu, a z drugiej służyły za treść odpowiedniego przekazu na użytek wewnętrzny w ZSRR: „zobaczcie, my walczymy o pokój, a ich policja rozpędza biednych ludzi, którzy protestują przeciw wojnie”. O tym, że ZSRR w tym samym czasie zbroił komunistyczne partyzantki na całym świecie a nawet słał setkami doradców wojskowych, radziecki telewidz dowiedzieć się nie miał szans.

Współcześnie manipulować jest jeszcze łatwiej. Nie trzeba się nawet ruszać z Moskwy czy Petersburga, by za pomocą światowej sieci internetowej wpływać – jak to obserwowaliśmy niedawno – na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Ale wróćmy do relacji Francja-Rosja. Fascynacja działała w obie strony. Francuzów ciągnęło na Wschód, a Rosjanom imponował Paryż. Nie bez powodu francuski stał się językiem codziennej komunikacji elity rosyjskiej na prawie 200 lat. W szkołach dla dobrze urodzonych w ruch szła trzcinka, kiedy zapomniawszy się, ktoś posłużył się rodzimą, „barbarzyńską” mową. Francuski był również językiem wykładowym w szkołach kadetów – za jego pomocą oficerowie rosyjscy mieli dostęp do świeżej wiedzy wojskowej Zachodu.

Po spotkaniu autorka zbierała zasłużone gratulacje 1

Marzeniem każdego rosyjskiego szlachcica było przynajmniej raz w życiu odwiedzić Paryż, a najlepiej w nim zamieszkać… Z tym, że na to trzeba było carskiego przyzwolenia. Dotyczyło to również polskiej szlachty z terenów objętych zaborem rosyjskim. Niesubordynacja powodowała cofnięcie paszportu, a samowolne pozostanie za granicą poddanego Jego Cesarskiej Mości skutkować mogło karami, z konfiskatą dóbr włącznie. Zagrożenie takie obejmowało nawet tak wysoko usytuowane w hierarchii społecznej osoby jak hrabia Zygmunt Krasiński, nasz romantyczny „trzeci wieszcz”, którego ojciec – generał Wincenty Krasiński – był wiernym sługą cara i nawet z carskiej łaski namiestnikiem Królestwa Polskiego.

Opresję, klimat zniewolenia dostrzegali i opisywali francuscy podróżnicy: Jean-Baptiste Chappe d’Auteroche – uczony a jednocześnie katolicki duchowny, Louis Philippe de Ségur – dyplomata, Charles-François-Philibert Masson – wykładowca w szkole kadetów i sekretarz księcia Aleksandra, późniejszego cara Aleksandra I oraz Astolphe-Louis-Léonor de Custine – wspomniany już arystokrata. Ich wszystkich kontakt z realną Rosją pozbawił złudzeń. Każdy z nich pozostawił po sobie ciekawe teksty, które w większości od razu trafiały na listę książek zakazanych w imperium carów. Na przykład „Rosja w roku 1839” de Custine’a została przetłumaczona na język rosyjski 150 lat po pierwodruku! Zakaz druku obowiązywał nawet za czasów ZSRR!

53779448_2116137678451397_7830566451168673792_nTeksty te, choć oficjalnie zakazane, były obecne w świadomości rosyjskiej elity politycznej oraz intelektualnej i dlatego żarliwie zwalczane przez aparat państwowy. Caryca Katarzyna Wielka sama na przykład napisała 500-stronicowe, wydane anonimowo, dzieło wyśmiewające Chappe d’Auteroche’a jako nieuka, gdy tymczasem był to człowiek wszechstronnie wykształcony i ceniony za nieprzeciętne zdolności umysłowe. Jako uznanego astronoma Akademia Nauk skierowała go do Tobolska, na Syberię, żeby dokonał obserwacji pierwszego z dwóch przejść planety Wenus na tle tarczy Słońca (pierwsze przewidziane było na 6 czerwca 1761 roku, drugie zaś na 3 czerwca 1769 roku). Badaniem tego zjawiska interesował się cały ówczesny naukowy świat, gdyż miało ono na celu określenie paralaksy, czyli odległości Ziemi od Słońca. Uczony ksiądz prowadził badania astronomiczne i poczynił (niejako przy okazji) szereg wnikliwych obserwacji życia imperium, szczególny akcent kładąc w zapiskach na rozpaczliwe położenie chłopstwa rosyjskiego i demoralizację szlachty. Jego dzienniki wywołały złość carycy, bo pokazywały obraz odmienny od tego, jaki kształtowała ona za pomocą propagandy i wpływowych „przyjaciół” we Francji (Woltera, Diderota, Rousseau).

Jedynie Anne-Louise Germaine Necker, baronowa de Staël-Holstein, znana jako Madame de Staël – powieściopisarka, zdawała się nie widzieć rys na obrazie Rosji. Ale cóż – w jej przypadku silniejsza była podszyta zawodem osobistym nienawiść do Napoleona niż racjonalna postawa niezaangażowanego obserwatora.
Rozprawa dr Jolanty Kazimierczyk-Kuncer dokładnie analizuje nie tylko narysowany w pamiętnikach i zapiskach Francuzów obraz Rosji, ale również ich motywacje i systemy wartości. Autorka śledzi również, jak te – w większości obrazoburcze z punktu widzenia rosyjskiego imperializmu – teksty przenikały do rosyjskiego obiegu idei i jakie w nim wywoływały reakcje.

„Jedźmy do Rosji” to praca niezwykle erudycyjna, przy tym napisana bardzo zdyscyplinowanym naukowym językiem, który jednak nie ogranicza obrazowości i płynności wywodu. Momentami tekst główny to zaledwie piąta część strony. Więcej miejsca zajmują rozbudowane przypisy, które stają się źródłem arcyciekawych dodatkowych, kontekstowych wiadomości. Jak powiedzieliśmy na początku, książkę czyta się z zapartym tchem. Komu będzie mało, może kierując się wskazaną przez autorkę wielojęzyczną bibliografią, poszerzyć rozpoznanie poszczególnych wątków.

Promocja książki odbyła się 28 lutego br. w słupskim Teatrze RONDO i była sama w sobie dużym wydarzeniem. Autorskie wprowadzenie do lektury moderowała prof. Bernadetta Żynis.

Wybór Słupska na miejsce promocji rozprawy dr Jolanty Kazimierczyk-Kuncer był nieprzypadkowy. Jest ona wieloletnim pracownikiem naukowym, adiunktem Instytutu Neofilologii Akademii Pomorskiej, obecnie zaś starszym wykładowcą Politechniki Koszalińskiej. Jak podkreśliła w swojej wypowiedzi prof. Danuta Zawadzka, prorektor PK, uczestnicy promocji mieli do czynienia z ucztą intelektualną. Będąc świadkami wydarzenia, podpisujemy się po tymi słowami z pełnym przekonaniem. Ogromny szacunek budzi nie tylko rozległa i interdyscyplinarna wiedza autorki, ale również klasa wywodu i jej sprawność pisarska.

Aż żal, że ta znakomita prezentacja wybitnej książki nie miała miejsca w Koszalinie. Ale może da się ją w naszym mieście powtórzyć?