Marek Zmysłowski, rocznik 1986. W Polsce menedżer-wizjoner, który próbował wprowadzić naszą branżę pogrzebową do Internetu. W Afryce przedsiębiorca-celebryta z sukcesami w dziedzinie użytkowych rozwiązań IT. Przez cały ubiegły rok na czerwonej liście Interpolu jako osoba podejrzewana o nadużycia finansowe na wielką skalę. Skreślony z niej tuż przed Bożym Narodzeniem 2018 po ciężkiej batalii prawnej w obronie dobrego imienia. W końcówce lutego br. ukażą się w formie książkowej jego wspomnienia, w których opowiada swoje nie tylko biznesowe przygody. Opowiada, powiedzmy od razu, w sposób brawurowy.

 

MZ 1Czy można, będąc koszalinianinem, lubić kogoś, kto o Koszalinie wyraża się per „miasteczko”? Można, pod warunkiem że mówi to ktoś, kto zakotwiczył na kilka lat w dwudziestomilionowej stolicy Nigerii, odwiedzając biznesowo w tym czasie wielkie metropolie świata częściej niż każdy z nas zagląda do hipermarketu. W tym kontekście nasze miasto to rzeczywiście „miasteczko”.

Pan Marek pisze: „Nie mówię o Koszalinie przez przypadek. To między innymi dzięki temu miastu jestem tu, gdzie jestem. A dokładniej mówiąc, dzięki przemożnej chęci, by jako nastolatek spieprzać z niego jak najdalej. Zapewne to właśnie wygnało mnie na studia do Poznania, a potem w Polskę i jeszcze dalej w świat. Bo małe miasteczka docenia się i wraca się do nich dopiero, gdy ma się już za sobą okres szaleństw i zachłyśnięcia się wielkimi miastami, ze wszystkimi atrakcjami i niebezpieczeństwami, które oferują. Dlatego też smak Koszalina, podobnie jak chałwy i czerwonego wina, zacząłem doceniać dopiero koło trzydziestki.”
Kiedy czyta się opowieść Marka Zmysłowskiego, trudno uciec od wrażenia, że wszystko co robił w życiu było po to, żeby komuś coś udowodnić. Sam resztą to przyznaje, pisząc, że napędzał go „jawampokażyzm”. Najpierw „ja wam pokażę” odnosiło się do kolegów ze szkoły, którzy mieli Marka za grubaska – fajtłapę, takie klasowe popychło bez szans u płci pięknej. „Pokazał” im, bo dzięki treningowi i pracy nad sobą stał się pewnym siebie przystojniakiem, który mając ledwie 20 lat zarabiał porządnie pieniądze, nosił drogie garnitury i jeździł szpanerskim autem.

Później „ja wam pokażę” powracało zawsze, kiedy pojawiało się wyzwanie i okazja do rywalizacji.
Ale po kolei. W Koszalinie katolicka podstawówka i snobistyczny „dibulec”. Później w Poznaniu studia łączone od początku z pracą. Szczególną, bo pan Marek był jednym z tych pełnych entuzjazmu i bezwzględnych „wilczków”, którzy tysiącami wciskali ludziom rozmaite „produkty finansowe” – najczęściej tzw. polisolokaty. Było to coś, na czym z zasady nabywca nie mógł zarobić. Sprzedawcy o tym wiedzieli, ale przed klientami roztaczali miraże wielkich zysków i spokojnej starości na dostatniej emeryturze. Sprzedawali, bo kilka takich „dealów” w miesiącu oznaczało zarobek parę razy wyższy niż na przykład pensja nauczyciela czy asystenta na uczelni.
Interes się kręcił, pojawiały się coraz większe pieniądze, a w ślad za nimi coraz droższe rozrywki i poczucie, że studia to strata czasu.
Coraz więcej polisolokat, coraz więcej kasy, coraz kosztowniejsze balangowe życie. Po drodze awans na menedżera mającego zbudować kolejny zespół handlowy. W końcu nieuniknione wypalenie w wieku dwudziestu paru lat.

Później – w największym skrócie – próba działania na własny rachunek. Między innymi w biznesie pogrzebowym. Tam zderzenie z twardą polską rzeczywistością, nawet z układami mafijnymi.
W końcu poszukiwanie nowego wyzwania. Początek pracy dla potężnej firmy Rocket Internet, która agresywnie inwestuje na całym świecie w biznesy internetowe.
W ten sposób Marek Zmysłowski trafił do Nigeriii zaczął budować od zera serwis rezerwacyjny na wzór takich potęg jak Booking.com czy Expedia. Wylądował nagle w świecie, którego zupełnie nie znał – z zadaniem, które było ogromnym wyzwaniem.

Marek Zmysłowski i Yaritza Reyes

Kto przeczyta część relacji pana Marka dotyczącą Nigerii, z pokorą przyzna, że o współczesnej Afryce nie wiemy prawie nic. A właściwie zupełnie nic. Kto ma świadomość, że Nigeria to dynamicznie rozwijający się gospodarczo 200-milionowy kraj, w stolicy którego mieszka 20 milionów ludzi? Kto wie, że obecnie Afrykę zamieszkuje już 1,2 mld ludzi, z czego połowa z nich nie ma więcej niż 30 lat, co oznacza, że przy obecnym poziomie przyrostu naturalnego w końcu bieżącego stulecia niemal 80 procent ludzkości będzie mieszkać na tym właśnie kontynencie? Czy można się dziwić, że młodzi Afrykanie prą za wszelką cenę na bogatą północ, by szukać miejsca dla siebie? Afryka to jednocześnie kontynent, na którym toczy się wielka wojna biznesowych potęg i państw (zwyciężają w niej Chiny). Obszar szybkiego rozwoju i bezwzględnej rywalizacji wszystkich z wszystkimi.
Kiedy pewien Francuz stwierdza w książce Marka Zmysłowskiego, że „Polska to taka Nigeria Europy”, można się obruszyć, ale trzeba się z nim po części zgodzić. Nowy, chłonny rynek, mnóstwo ambitnych ludzi spragnionych sukcesu i nieźle przy tym wykształconych, ale również układy, korupcja i zwykły bandytyzm. Ale dodajmy jednak od razu – w diametralnie mniejszej skali niż w Nigerii zjawiska te występują w Polsce.

To z powodu niewyobrażalnej korupcji mściwy hinduski inwestor był w stanie spowodować, że nazwisko naszego bohatera trafiło na listę przestępców najbardziej poszukiwanych przez międzynarodową policję. Dużo szczęścia miał Marek Zmysłowski, że dowiedział się o tym podczas odprawy paszportowej na lotnisku Okęcie. Gdyby stało się to w jakimkolwiek innym miejscu świata, byłby od razu deportowany do Nigerii, a tam bez szans na obronę, wydany na łaskę i niełaskę osobistego wroga o nieograniczonych wpływach. Więzienia nigeryjskie – o ile by w ogóle dożył osadzenia w którymś z nich – mają opinię gorszą niż azjatyckie albo meksykańskie.
Jednak dzięki staraniom prawników i szczęśliwemu zbiegowi wielu okoliczności nasz bohater zdołał oczyścić się z absurdalnych zarzutów. Pomogło mu z pewnością również to, że w Afryce uchodził za cudowne dziecko biznesu internetowego, udzielał się w mediach, był przez nie lubiany i szanowany.

Życiowo stanął jednak w punkcie wyjścia: znów bez wielkiego wyzwania przed sobą, ale jednak z bagażem doświadczenia, które ma trudną do wycenienia wartość . No i z miłością wicemiss świata, pięknej Yaritzy Reyes. Nota bene towarzyszyła ona panu Markowi podczas ubiegłorocznego otwarcia Dune Resort w Mielnie, przykuwając uwagę gości swoją nadzwyczajną urodą i wdziękiem.

 

Opowieść Marka Zmysłowskiego jest dowodem na to, że ma on wiele talentów – również literacki. Czyta się ją jak książkę przygodową, momentami jak podręcznik biznesu lub doskonały reportaż. Naprawdę są fragmenty, jak na przykład ten o uwolnieniu młodej Polki z rąk muzułmańskiego męża, który poznany w Londynie traktował ją jak księżniczkę a później w rodzinnej wsi jak niewolnicę, będące de facto zamkniętymi całostkami o walorach świetnego reportażu. Inny przykład to poruszająca historia bohaterskiej lekarki, która zdecydowała się na kontakt z człowiekiem zarażonym wirusem Ebola, choć wiedziała co to dla niej oznacza. Gdy próbował uciec ze szpitala, zatrzymała go i tym samym uniemożliwiła rozprzestrzenianie się zakażenia wśród mieszkańców Lagos. Pacjent po trzech dniach zmarł. Ona zaś odeszła w wielkim cierpieniu po miesiącu. Heroizm na miarę poświęcenia ojca Maksymiliana Marii Kolbego.

Wart uwagi jest język. To dowcipna, żywa polszczyzna, z wulgaryzmami, wyrażeniami żargonowymi. Jednak to co mogłoby razić u kogoś innego, u tego autora nie razi, a raczej dodaje autentyzmu opisywanym zdarzeniom.
Czyta się to doskonale. Zapewne dużo tutaj zasługi Ariadny Machowskiej, doskonałej redaktorki, przez wiele lat pracującej w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”, a obecnie w wydawnictwie książkowym Agory. Tu nie ma przegadania, dłużyzn, nudy. Jest zmienne tempo relacji, żart, przytoczone świetne dialogi. Musimy przyznać, że czytaliśmy tę opowieść do ostatniej strony z niegasnącą ciekawością. Warto było, bo to świetna lektura, dostarczająca mnóstwo emocji i wartościowej wiedzy.

 

Premiera książki zaplanowana jest na 27 lutego br. Dostępna będzie ona wtedy w sieci Empik.

Marek Zmysłowski: „Goniąc czarne jednorożce. Jak polski Wilk z Wall Street został afrykańskim terrorystą”. Stron 384. Wydawca: Agora, 2019