– Ktoś za 30 lat znajdzie na strychu taką płytę i sobie przypomni, że był taki jeden świr, który jeździł w dziwnym garniturze po Polsce i te płyty rozdawał. Jeśli tak będzie, to satysfakcja, że mnie zauważono. Ale może być przemilczana albo ktoś znajdzie i nie będzie wiedział, do czego to, a nawet na czym odtworzyć – zastanawia się Przemysław Majewski, koszaliński raper, właściciel studia tatuażu i piercingu.

IMG_8473 (2)

– Mylą pana z bokserem Przemysławem Majewskim? Rocznik ten sam.
– Nie, aczkolwiek od 16. roku życia też trenuję – kiedyś w Bałtyku, teraz w Fight Clubie Koszalin, amatorsko. Ostatnio dobrze zaboksowałem w Warszawie, w kategorii superciężkiej.

– Znalazłem ciekawy synonim rapera: melorecytator.
– Przyjmuję, choć bardziej mi znane jest nawiązanie do rhythm and poetry.

– Jest pan elementem kultury hip-hopowej, której pozostałe filary to graffiti, breakdance i DJ-ing. Próbował pan?
– Młodzieńczo breakdance, ale bez wirowania na głowie.

– Na najnowszej płycie „Międzywojenna nuta“ patriotyczny rap przeplata pan refrenami przedwojennych piosenek: „Chryzantemy złociste”, „To ostatnia niedziela”, „Dobranoc, oczka zmruż”. To normalne u raperów?
– No… nie. Nikt tak bezpośrednio nie nawiązał do dwudziestolecia. W tak posuniętej koegzystencji stylowej, i to na całej płycie, jestem pierwszy. Jej wygląd też nawiązuje do czarnego winylu. Zainspirował mnie dziadek Jan, legionista Piłsudskiego, portret wisi na honorowym miejscu. Mam dwa dyplomy do medali dziadka, w tym jeden z podpisem Marszałka, pamiątki od szkół, w których gram, srebrne spinki z Pałacu Prezydenckiego…

– Próbuję nadążyć za pańską propozycją w sieci: gdy ktoś kupi koszulkę z napisem „To ostatnia niedziela” czy „Tylko we Lwowie”, to dostanie wspomnianą płytę, a gdy nie zamówi koszulek, to też dostanie.
– Musi tylko zapłacić za dostawę. Krążek jest na mój koszt, jakieś pięć procent dodały ratusz i urząd marszałkowski. A zysk z koszulek, zresztą bardzo mały, idzie na produkcję kolejnych egzemplarzy płyty. Z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości rozdam 100 tysięcy. 50 tys. już dałem – tutaj w Koszalinie, w Szczecinie, Warszawie, Poznaniu, przy okazji koncertów albo bez nich.

– Niech przeniknę reakcje znajomych: co dziesiąty mówi brawo, a reszta się głowi, co pan kombinuje.
– Zgadł pan. Od osób trzecich wiem, że pytają jeden drugiego, o co chodzi. Niekonwencjonalna sprawa. Mam coraz większe poczucie upływu czasu, więc już znalazłem, co zrobię dla kraju: silny akcent łączenia w czasach, gdy tak dużo dzieli. Sam pan widzi, co się dzieje – teraz Adamowicz, bandyta musiał się nasłuchać. A przecież „mamy jeden wspólny dom, który nazywa się Polska”, to z refrenu piosenki „100 lat!”, która otwiera płytę.

Ekipa po pracy na planie filmowym klipu dla Fundacji MAGIA

Oto grono osób (wśród nich Przemysław Majewski, jego żona Beata i córeczka Zuzia) zaangażowanych w przygotowanie klipu dla Fundacji Pomocy Dzieciom MAGIA. O tej produkcji, której premiera już wkrótce, będziemy jeszcze pisać. Przedstawimy wówczas również bliżej wszystkich, którzy przyczynili się do powstania filmu.

– Pańskie poprzednie zagadnienia brzmiały mniej niepokojąco z raperskiego punktu widzenia, weźmy płyty „Człowiek w kapturze” czy „Uliczne przesłanie”. A tu patriotyzm, międzywojnie, nienaganny garnitur z kamizelką, kapelusz z rondem w dobrą stronę, a nawet dziadek w legionach. Nie jest pan podejrzany dla środowiska?
– Jakie życie taki rap. Jestem patriotą i mam swoje lata. Wielu raperów porusza tematy związane z patriotyzmem, ja zrobiłem to inaczej. A garnitury to wizerunek do tej konkretnej płyty. Mam trzy, szyte przez pasjonata z Bydgoszczy, mistrza Karola Włodarskiego – ma klientów z całego świata, a materiały dobiera w Anglii. Najstarszy, w prążki, jest z tkalni, która robi to samo od 100 lat, a w tym „lwowskim” z pumpami i w kaszkiecie nagrywałem z Piotrkiem Lechem teledysk we Lwowie. Zawiozłem tamtejszym Polakom kilkaset płyt, oni łakną polskości, a ja ją tam czułem bardziej niż tu. Nazywali mnie baciarem. W tym niezwykłym mieście byłem już cztery lata temu. Nie wiem, czy bez tego powstałaby „Międzywojenna nuta”.

– Czemu na okładce patrzy pan na spinkę?
– Czy na zegarek, który symbolizuje czas, 100 lat, które upłynęły? Chociaż myślę, że od tamtych ludzi różni nas głównie to, że wtedy było mniej chemii.

– I nie było internetu. Trudno znaleźć w sieci słowa pańskich utworów, może poza najsłynniejszym „Mam biało-czerwone serce”.
– Ja w ogóle nie zapisuję komputerowo moich utworów, mam je napisane ręcznie na karteczkach, tak wygodniej. A ten utwór wcale nie był promowany. Nie był na żadnej płycie, tylko sam wrzucony do sieci. Spodobał się, bo jest inny. Ktoś dorobił zdjęcia i zrobiło się milion wyświetleń. Dopiero po latach powstał teledysk, a teraz remiks do najnowszej płyty. Jest też w podręczniku języka polskiego do klasy V – konkretnie refren z zadaniem wysłuchania całego utworu dołączonego na CD do książki. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne dostrzegły walor dydaktyczny.

– Na ognisku kolonii letnich we Wrocławiu były występy dzieci, śpiewałem piosenkę „Hej, buty me!”. Z powodu tremy zaczynałem trzy razy.
– W razie wsypy improwizuję, trzeba jechać dalej, nie każdy się zorientuje. Długie teksty opanowuję pisząc ręcznie, skreślając, przepisując na czysto, no i powtarzając ustnie, przez kilka dni po 15 razy.

IMG_0342

– Co pan teraz robi?
– Mój nowy pomysł to siedem grzechów głównych. „Pychę” już mam, ale robię to na spokojnie. Przede wszystkim natomiast poproszono mnie o teledysk promujący koszalińską fundację Magia, która pomaga dzieciom. Mój tekst już nagrała córka Zuzia, mamy większość wideo i bity. Spot ma zachęcać do przekazania Magii jednego procentu.

– Co na to żona, że siedmioletnie dziecko angażuje pan do show-biznesu?
– Nie ma nic przeciwko, a ja zauważyłem, że rap uczy rozumienia metafor, rozwija pamięć i poczucie rytmu. Zuzię słychać też we wspomnianym remiksie „Mam biało-czerwone serce”: jej cieniutki głosik przenosi nas w następne pokolenie. W ogóle lubię się nią zajmować, dużo gramy w szachy… A propos: mamy czas do godziny 14, potem zawożę Zuzię na chiński do pani Barbary Li. Ja też próbowałem, ale się zniechęciłem; dzieci jednak bardziej chłoną. Przy ekspansji tego kraju chiński daje dobry start w życie, myślę do przodu jak w szachach. Utwór po chińsku też nagrałem, o nowym Jedwabnym Szlaku, z perspektywy muzyka. Trzy miesiące tak się tego uczyłem, że nawet Chińczycy zrozumieli.

– Przejdźmy do tego, z czego pan żyje. Lubi pan okazałych mężczyzn.
– Co ma pan na myśli?

– Łatwość tatuowania. Na moich rękach nic się nie zmieści.
– Wielu szczupłych przychodzi, bardzo dużo jest skóry na ciele, tatuaż można zrobić wszędzie.

– Co pan ma na myśli?
– Na przykład plecy. Ale i dosłownie. Niektórzy najpierw pytają, gdzie najmniej boli – na ramieniu. Kobietom robimy nawet w miejscach intymnych, mężczyznom nie, ale też się robi.

– A jest coś, czego się nie przekłuwa?
– Nie.

IMG_1229

– Jeśli otworzy pan tamte drzwi, będzie słychać jęki?
– Nieraz ktoś krzyczy, jeszcze rzadziej są omdlenia, ale raczej przy kolczykach. Przede wszystkim „okazałe chłopaki”. Wątła dziewczyna lepiej wytrzymuje.

– Próbujecie czasem coś wyperswadować?
– Nie robimy symboliki nazistowskiej, pytamy o przeciwwskazania medyczne, a nieletni musi przyjść z rodzicem. Większości odradzamy twarze i dłonie, bo to najbardziej widoczne miejsca – w banku już się pracy nie dostanie.

– Zdarzyła się osoba duchowna?
– Nie wiem, nikt nie mówił, że jest księdzem. Ale policjanci, lekarze, panie nauczycielki – cały przekrój, wiekowy także.
Tatuator Aleks: – Jest teraz pan po sześćdziesiątce, chce portret zmarłej żony.

– Przewidujecie, że gdy kiedyś ktoś młody będzie chciał się wyróżnić, to niczego nie przekłuje, a fanaberią będzie rezygnacja z tatuażu?
– Tak może być. Już większość się widzi z tatuażem czy kolczykiem.

– Bohumil Hrabal wspomina w „Takiej pięknej żałobie”, jak oczarował go jako malca wytatuowany piaskarz. Zapragnął więc mieć na piersiach łódeczkę, jaką Pan Jezus pływał po jeziorze Genezaret. Podjął się pan Lojzio przesiadujący w gospodzie Pod Mostem, za dwa podwójne kieliszki rumu. Mały szczęśliwiec poleciał pokazać okręcik najpierw księdzu, gdyż akurat ze skarbonki kościelnej „pożyczył” pieniądze. I dopiero na plebanii spostrzegł w lustrze, iż na piersiach ma uśmiechniętą zieloną syrenę. „Z czymś takim nie możesz już służyć do mszy”, uznał dziekan. Potem mamusia trochę złagodziła: „Całe szczęście, że ta syrena ma łuski od pasa w dół, a nagie piersi”. Jak pan ocenia żart pana Lojzia?
– Swoiste poczucie humoru. Tu żadne niespodzianki, nieścisłości w detalach czy kolorze nie mogą się zdarzyć, bo najpierw klient widzi rysunek, potem jego zmywalną kalkę na ciele, a drobne korekty już przy nakłuwaniu są tylko na wyraźne życzenie.

– „No, kawalerze, łódeczka gotowa, nikt ci już jej nie odbierze, nie zetrze, a jeśli, to tylko w Pradze, robi to pewien doktor, co usuwa zmarszczki i piegi” – rzekł pan Lojzio po robocie.
– Mamy laser do usuwania. Po głębokim tatuażu może czasem zostać lekkie przebarwienie, wtedy możemy nałożyć następny.

IMG_1836

– Przodownik pracy Bronek Talar z serialu „Dom” zadysponował na klatę napis „300 procent normy”. Wasze przebicie?
– Jest dużo pomysłów, jedni chcą wyglądać, inni coś wyrazić: kwiaty, bohaterowie kreskówek, monstra, zwierzęta, motyw czaszki, daty ślubu, imiona dzieci, kompozycje z okiem i zegarami…
Aleks: – Arka Gdynia po arabsku.

– A co ma raper z biało-czerwonym sercem?
– Na sercu herb Koszalina. Największy wokół całego podudzia – biomechanika nogi. A tu ŻPŻ – skrót od życia po życiu; wierzę, że człowiek się zmienia co siedem lat. R.I.P. Onil – to na cześć nieżyjącego kolegi z zespołu, taki sam ma Liroy. Z tej strony szyi mam kasetę magnetofonową, żeby pokazać, jak wyglądały; śmieją się, że z drugiej strony zrobię winylową płytę, ale na razie szkoda miejsca.

– Który pan zrobił sam sobie?
– Ja w ogóle nie robię, nie mam cierpliwości. To godziny siedzenia, a ja jestem energiczny, lubię działać. Teraz rozdaję płyty.