Kiedy Reichsführer-SS Heinrich Himmler rozkazywał w 1936 powołanie stowarzyszenia Lebensborn dla zwiększenia liczby Niemców i odnowienia krwi niemieckiej poprzez selekcję ludzi przeznaczonych do rozrodu, połczyński dom zdrojowy Luisenbad podupadał, a Halina Witaszek w stanie błogosławionym szła z mężem Franciszkiem ulicą Fredry ku modnej kawiarni Dobskiego w Poznaniu.

Sześć lat później pani Witaszkowa cierpiała w obozie koncentracyjnym, pan Witaszek nie żył, a połczyński dom zdrojowy kwitł jako ośrodek Lebensbornu i germanizował dwie małe Witaszkówny, aby dać je niemieckiej rodzinie.

Dyskretne rodzenie nordyków

Oficjalny cel stowarzyszenia Lebensborn (niem. Źródło Życia), czyli branie pod opiekę samotnych brzemiennych kobiet i dzieci, zawężał tę troskę do jednostek dziedzicznie wartościowych.
W ośrodkach Lebensbornu umożliwiano Niemkom dyskretne rodzenie bez ślubu, potem także rodzenie przez kobiety z państw podbitych, będące w ciąży z niemieckimi żołnierzami – naturalnie jeśli dzieci rokowały rasowość. Było to przeciwstawnie lepsze dla ekspansji Rzeszy niż aborcje, jednak nie wystarczało.

 

Kobiety z SS wkraczają do akcji

Na terenach okupowanych Lebensborn porywało dzieci, by je germanizować. Te odpowiednio wyglądające brano z sierocińców, chwytano na ulicy albo zabierano z domów, najlepiej pod nieobecność rodziców.
Ale że dzieci nauczyły się chować przed oddziałami umundurowanych kidnaperów, szkolono i wysyłano w teren kobiety z SS. Przebrane za wieśniaczki, wchodziły między domostwa i wyłuskiwały właściwe dzieciaki. Te trafiały do obozów przejściowych i jeśli nie przeszły pozytywnie badań rasowych, wywożono je do obozów śmierci.
Gdy się nadały, po wstępnej obróbce przerzucano je do Lebensborn, gdzie dalej formowano i w końcu rozdawano rodzinom SS. Nowe nazwiska dawano dzieciom często dwukrotnie: po przyjęciu do Lebensborn i kolejne po adopcji – nowych „rodziców”. Ślad się urywał. Jak to ujęła w jednym z wywiadów dr Joanna Lubecka z krakowskiego IPN, chodziło o to, żeby nie było tego sznureczka, po którym można by dojść do prawdziwej tożsamości. To już miał być Niemiec.
Wiele ofiar lub ich potomków nie wie, kim są. Część wie, że nie są tymi, którymi „są”. Szacuje się, że przez 23 placówki Lebensbornu w Europie przeszło nawet 200 tysięcy dzieci, głównie słowiańskich. Ale i to nie wystarczało, zwłaszcza od czasu strat na froncie wschodnim.

 

Pary Führera

Lebensborn rozszerzył więc działalność o kojarzenie par kopulacyjnych. Było nawet zalecenie, by każda Niemka, która do 30. roku życia nie ma dziecka, udała się do ośrodka, gdzie dostanie esesmana na ojca jej dziecka.
Przyszli rodzice przechodzili badania genetyczne, a po uznaniu, że spłodzą równie wartościowe potomstwo, następował akt ku chwale tysiącletniej Rzeszy. Jako reproduktorzy największe gwarancje dawali oficerowie SS.
Łączeniu nadawano charakter nastrojowy. Obie grupy spotykały się w zaciszu świetlic ze świecami, kwiatami, flagami Rzeszy i portretami wodza lub jego matki Klary. Mistrz ceremonii przypominał o zaszczytnym obowiązku, wyczytywał nazwiska i pary odchodziły do pokoi. Po paru tygodniach reproduktorzy wracali na front, a przyszłe matki zgodnie z hasłem „dem Führer ein Kind schenken” (podaruj wodzowi dziecko) trafiały do ośrodka matczynego Lebensborn, nie łączono bowiem w jednym obiekcie prokreacji z porodami i opieką.

bild-121554-resimage_v-variantBig16x9_w-1024

A miało być tak aryjsko

Organizacja ucieleśniała marzenia nazistów o kraju zamieszkałym przez ludzi z przepisowymi poglądami, proporcjami ciała, rozmiarami czaszek, o właściwym kształcie uszu i kącie osadzenia oczu. Tymczasem wielu z Niemców, którzy wiedzieli o ośrodkach prokreacyjnych, nazywało je domami publicznymi, a nawet krążyły pogłoski o haremach dla wysokich funkcjonariuszy korzystających ze swobody pod pozorem płodzenia. Wracające z ośrodków kobiety miały w środowisku opinię rozwiązłych.
Dodatkowo stowarzyszenie było próbą przeciwdziałania abortom, choć i tak były zakazane w Niemczech. Ale proporcje okazały się marne: do wojny w tym kraju szacunkowa liczba usuniętych ciąż wynosiła 600 tysięcy rocznie, podczas gdy cały program Lebensborn przyniósł 7-11 tys. urodzeń.

 

Niewinni opiekunowie

W Norymberdze kierownictwo Lebensborn oskarżono o zbrodnie przeciw ludzkości (m.in. kradzież dzieci w podbitych krajach), grabież mienia na wyposażenie (głównie z żydowskich szpitali) i o przynależność do organizacji przestępczej (SS). Jednak w wyroku z 1948 r. szefów organizacji z przewodniczącym Maksem Sollmannem zwolniono z obowiązku odbywania kary, bo siedzieli do sprawy od 1945, zaś jedyną funkcjonariuszkę-kobietę postawioną przed sądem, zastępczynię Sollmanna Inge Viermetz uniewinniono z braku dowodów.

 

Placówka pomorska

W kontekście Lebensbornu niefortunnie brzmiałby slogan „Chcesz mieć córkę albo syna, wyślij żonę do Połczyna”; powstał w związku z powojennym połczyńskim ośrodkiem Podhale, który jako pierwszy w Polsce zaczął leczyć niepłodność.

Pięknie położony kompleks Lebensbornu w Bad Polzin (Połczynie-Zdroju) funkcjonował od 1938 do 1945 r. w obecnym sanatorium Borkowo. Miał oddziały kobiet ciężarnych, położniczy i małego dziecka. Dzieci urodzone tu przez Niemki uroczyście chrzczono – w takich ośrodkach były podręczne urzędy stanu cywilnego. Natomiast dzieciom dostarczonym z Polski czy Ukrainy nadawano nową tożsamość od fałszywego aktu urodzenia zaczynając. Łatwo szło z najmłodszymi, które nie umiały mówić i nic nie pamiętały, świadomość starszych należało przenicować. W miarę postępów dzieci dawano niemieckim rodzinom.

 

Do trzech umorzeń sztuka

W 1967 r. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Koszalinie wszczęła śledztwo wskutek pisma Głównej Komisji, że w Połczynie germanizowano polskie dzieci. Sędzia Andrzej Zientarski delegowany do wspomnianej okręgowej komisji dokonał oględzin Mütterheim Lebensborn, „ustalił” oficjalne cele stowarzyszenia i po konstatacji, iż utrudnieniem jest brak dokumentów, po pięciu latach umorzył śledztwo wobec niestwierdzenia przestępstwa.

W 2001 r. w Połczynie zjawili się Niemcy kręcący dokumentalny film „Skradzione dzieci”. Przywieźli dwóch mężczyzn, „wychowanków” tutejszego Lebensbornu. Konsultantką filmu była słupska dziennikarka i pisarka Jolanta Nitkowska-Węglarz, która przywiodła filmowców i bohaterów dokumentu do koszalińskiej delegatury IPN. Jej prokurator Krzysztof Bukowski wznowił śledztwo i doszedł, że w Połczynie germanizowano polskie dzieci, lecz po trzech latach też umorzył postępowanie wobec śmierci pierwszego kierownika i naczelnego lekarza ośrodka Hauptsturmführera-SS Roberta Wilhelma Dükera, prawdopodobnej śmierci ostatniego – Sturmführera-SS Norberta Schwaba (podeszły wiek, rocznik 1908) i niewykrycia innych sprawców.
W 2016 r. po doniesieniach medialnych prokurator Bukowski znów zainteresował się połczyńskim Lebensbornem, ale nie z powodu germanizacji dzieci, lecz doświadczeń medycznych na tych, które z ośrodka wskutek jakichś niedoskonałości nie trafiły do adopcji, lecz do pobliskiego dawnego obiektu pływackiego Jugendherberge (po wojnie Skaut, dziś Natura Park).

Dziennikarka Inga Domurat, a potem prokurator rozmawiali z mieszkańcem podpołczyńskiej wsi, który twierdził, że był zrabowanym dzieckiem umieszczonym w Lebensborn, skąd jednak wykradła go matka, a potem opowiedziała mu o eksperymentach w Jugendherberge i grzebaniu dzieci opodal, gdzie zaraz po wojnie Polacy zbudowali kapliczkę. Ale dziennikarka zmieniła pracę i wątek medialny się urwał. Co było dalej? W kwietniu 2017 prokurator Bukowski wszczął śledztwo i po pół roku umorzył, bo nic nie potwierdził.

 

Zawód wpisany w zawód

W 2018 – tym razem w ramach badań – na zaproszenie prokuratora wkroczył szczeciński zespół ds. poszukiwań i identyfikacji IPN wspomagany przez archeologów IPN w Warszawie. Kopali w dniach 2-6 VII, do ziemnej warstwy pierwotnej, gdzie nie było żadnej ingerencji, koparką i ręcznie. Koordynator Michał Ruczyński: – To była duża odkrywka. Przede wszystkim w pobliżu kapliczki, ale kiedyś ją przesuwano, więc wzięliśmy duży zakład – i nic. Mamy więcej swobody niż prokurator potrzebujący twardych dowodów, braliśmy pod uwagę luźne podania, w tym relację osadnika, któremu robotnik przymusowy powiedział: dbajcie o to miejsce, tu są szczątki. Potem wzdłuż ścieżki, bo inny osadnik pamiętał kopczyki – ale i tu nic; był świadek, który logicznym wywodem zawęził obszar do 30×15 m – też nic; nawet w głąb lasu – żadnych szczątków ani artefaktów. Czasem ktoś wskaże miejsce metr na metr i mamy trafienie, ale bywa, że są kwerendy, świadkowie, wiele wskazań – i nic. To był zawód.

 LEBEN1

Nie byłam taka jak Ursel

Historyczka gdańskiego IPN dr Monika Tomkiewicz wspomogła kwerendami 200 śledztw, z których umorzono… wszystkie. Także czuje niedosyt, ale nie chce komentować spraw, również tej z lat 2001-04, gdy na zlecenie prok. Bukowskiego szukała w Bundesarchiv w Berlinie faktów dotyczących połczyńskiego Lebensbornu. Publikując wyniki swej mrówczej pracy w „Przeglądzie Historycznym” dała poruszające świadectwo także losów pojedynczych osób, takich jak Alodia i Daria Witaszkówny z Poznania. Ich ojca, lekarza Franciszka Witaszka, w 1942 Niemcy powiesili pod zarzutem sabotażu, a matkę Halinę osadzili w Auschwitz, potem w Ravensbrück. Dziewczynki (5 i 4 lata) poddano badaniom rasowym i umieszczono w Połczynie. Tu stały się Alice i Dorą Witke. Nowe nazwiska starano się dostosować do źródłosłowu i dotychczasowego brzmienia, zachowując do czterech początkowych liter [jest teza, że ułatwiało to dzieciom przejście do nowej tożsamości – dop. aut.]. Pobyt w Lebensborn tak wspomina Alodia: „przypominam sobie pokój bawialny z półokrągłym oknem. Siadałyśmy na parapecie, ponieważ było tam ciepło, co sprawiało szczególną przyjemność zimą. Drugą zaletą parapetu było to, że wiosną można było przez okno wyjść na trawnik”. Siostry rozdzielono i przydzielono niemieckim rodzinom. W wyniku akcji rewindykacyjnej w 1947 r. powróciły do matki Haliny, która przeżyła obozy. Ogólnie z dzieci wziętych do Lebensbornu wróciło do domu co ósme.

Basię Gajzler w połczyńskim zakładzie nazwano Bärbel Geisler. Dr Tomkiewicz dotarła do korespondencji Rossmannów z Północnej Westfalii z centralą Lebensborn w Monachium: „Szanowny Panie Rossmann, dziękuję za Pański list i cieszę się, że mała Bärbel podoba się Panu. Zawiadomię Dom Dziecka Pommern o Pańskim przybyciu. Jeżeli dziewczynka spodoba się Panu, może ją Pan natychmiast zabrać”. Barbara Gajzler tak wspomina przyjazd do Rossmannów: „Starszy pan zawinął mnie w swoją marynarkę i tak pojechaliśmy do Lemgo. Przywitały nas dwie kobiety, które rozpłakały się razem ze mną. Wykąpały, nakarmiły mnie i położyły do dziecięcego łóżeczka. Długo płakałam zanim zasnęłam. Kiedy obudziłam się, miałam ‘mamę’, ‘tatę’ i ‘babcię’. Byłam małą Bärbel, ‘sierotą po zmarłym oficerze niemieckim’ [takie rzeczy wmawiano niemieckim rodzinom, a gdy dzieci słabo mówiły po niemiecku, przekonywano, że są sierotami po volksdeutschach – dop. aut.]. W pokoju wisiał portret dziewczynki Ursel, która zmarła mając 9 lat. Jej postać była dla mnie wzorem. Miałam wcielić się w jej skórę. Nosiłam też jej rzeczy, ale nigdy jej nie dorównywałam, mimo różnych kar. Byłam po prostu inna”.

 

Autor: Fitzroy / Foto: Bundesarchiv